Chciałaś ich oboje, to teraz sama ich wychowuj. Mam dość, odchodzę! usłyszała Justyna, gdy mąż odwrócił się i nie spojrzał już za siebie.
Drzwi zamknęły się powoli, niemal bezgłośnie, ale w duszy Justyny rozszedł się dźwięk, którego echo miało rozbrzmiewać w niej jeszcze długo. Nie trzask. Nie krzyk. Tylko zimne odejście, nieuchronne i ostateczne.
Paweł nie wrócił już nigdy. Ani spojrzeniem, ani myślą.
Jeszcze kilka miesięcy wcześniej całe jej życie rozpadło się w ciszy, gdy spojrzała na test ciążowy z dwiema kreskami. A potem na monitor USG dwa bijące serca. Bliźnięta. Podwójny cud.
Dla Justyny to był koktajl łez, lęku i radości, której nie umiała ubrać w słowa. Dla Pawła to był tylko problem.
Nie damy sobie rady, Justyna Już teraz ledwo starcza. Jakim cudem mamy wychować dwoje dzieci? mówił, uciekając gdzieś oczami za okno.
Te słowa bolały bardziej, niż kiedykolwiek przyznałaby się sama przed sobą. Ale najgorszy ból przyszedł wtedy, gdy zaproponował, by zrezygnować. Z nich.
Z tych dwóch żyć, które już teraz czyniły ją matką.
Tamtej nocy, stała długo przed lustrem, ściskając dłonie na płaskim jeszcze brzuchu. Czuła więź cichą, ale niezłomną.
Jak mogła się poddać? Jak mogłaby żyć ze świadomością, iż wybrała strach zamiast miłości?
Gdzie zje jedno dziecko, tam i drugie się zmieści powiedziała kiedyś, ledwo panując nad drżeniem głosu, choć decyzję miała już w sobie jak skałę.
Została przy ciąży.
Nosiła dzieci z dumą. choćby kiedy Paweł oddalał się coraz bardziej oschły, obcy.
Wciąż miała nadzieję iż kiedy weźmie je na ręce, coś się odmieni.
Ale zmiana przyszła zupełnie z innej strony.
Po porodzie zmęczenie zaczęło ją dławić, codzienność coraz bardziej doskwierać, a Paweł zniknął już całkiem. Jego wyrzuty przemieniły się w ciszę, a cisza w mur nie do przeskoczenia.
Aż w końcu nadszedł ten dzień.
Sama chciałaś, to sobie teraz wychowuj te dzieci. Ja wychodzę!
I tyle.
Bez wyjaśnień.
Bez żalu.
Justyna została w progu, trzymając się ramy drzwi, podczas gdy jej dwójka dzieci spała spokojnie w łóżeczkach. Dłonie jej drżały, serce pękało ale nie rozsypało się.
Nastały ciężkie dni.
Nieprzespane noce.
Chwile, gdy płakała po cichu, żeby nie przestraszyć dzieci.
Ale były i poranki, gdy cztery małe oczka patrzyły na nią, jakby była całym światem. Maleńkie uśmiechy wystarczające, by się podnieść.
Nauczyła się być matką, ojcem, podporą i pocieszeniem.
Nauczyła się, iż jest znacznie silniejsza, niż sądziła.
Że prawdziwa miłość nie odchodzi wtedy, gdy zaczyna być ciężko.
Mijały lata, a Justyna odradzała się na nowo.
Nie dlatego, iż życie stało się prostsze. Ale dlatego, iż ona stała się mocniejsza.
Pracowała, walczyła, wychowała dwójkę dzieci pięknych i życzliwych, które zawsze wiedziały, iż są kochane bez względu na braki.
I któregoś dnia, patrząc jak jej bliźniaki śmieją się, goniąc się w promieniach słońca nad Wisłą, Justyna zrozumiała:
Nie została porzucona.
Została uwolniona. Teraz miała dwie pary rąk, dwie pary oczu, które ją wspierały nie jedną.
Bo czasem szczęście nie przychodzi z tym, kto coś obiecuje, ale z tym, kto zostaje.
A ona została.
Dla nich.
I dla siebie.
Zostaw serduszko w komentarzu, dla wszystkich matek samotnie wychowujących dzieci, dla kobiet, które się nie poddały, choćby gdy zostały same. Każde serce to uścisk.







