Same się nie umyją: Opowieść o młodej mamie, teściowej Natalii i walce o domowy spokój w polskiej ro…

polregion.pl 5 godzin temu

Podłogi same się nie umyją

Ola, skoro Bartek jest w pracy, to ty powinnaś pilnować domu zauważyła pani Jadwiga. Podłogi same się nie umyją. A kto obiad ugotuje? Co ty tak siedzisz, na co czekasz?

Oliwia przeciągnęła dłonią po swoim wielkim brzuchu. Siódmy miesiąc, bliźniaki; każdy poranek zaczynał się od walki, żeby po prostu usiąść na łóżku. Kręgosłup bolał jakby miała się rozsypać, jedyne o czym marzyła, to położyć się i nie ruszać aż do porodu.

Pani Jadwigo, przecież pani widzi, jaki mam brzuch. Chodzę po mieszkaniu, podpierając się ścian, a pani o obiedzie mówi.

Teściowa machnęła ręką, jakby Ola narzekała na lekki katar.

Oj, Ola, jesteś w ciąży, a nie umierasz. Ja jak nosiłam Bartusia, do samego końca gotowałam, prałam i jeszcze ogródek przekopywałam. A ty leżysz całymi dniami, jak jakaś hrabianka. Sprytna jesteś, Ola, tylko chcesz żeby wszyscy wokół biegali i cię żałowali.

Odeszła, zostawiając brudną filiżankę i gorycz w gardle, której Ola nie mogła przełknąć.

Wieczorem Bartek wrócił po dziewiątej, zmęczony, z podkrążonymi oczami. Ola poczekała aż zje kolację, a potem usiadła obok.

Bartek, musimy porozmawiać o twojej mamie. Codziennie przychodzi i strofuje mnie jak uczennicę. Ja ledwo chodzę, a ona chce, żebym myła podłogi i gotowała domowe zupy. Porozmawiaj z nią, proszę.

Bartek potarł czoło i westchnął. Od razu było widać, iż nie miał na to ochoty.

Dobrze, Olka. Porozmawiam. Obiecuję.

Mijały dni, a nic się nie zmieniało. Jadwiga przychodziła co drugi dzień, przesuwała palcem po półkach w poszukiwaniu kurzu, demonstracyjnie wzdychała nad brudnym talerzem w zlewie.

Po dwóch miesiącach Ola urodziła bliźniaki. Dwóch zdrowych, rozwrzeszczanych chłopców Michałka i Damiana. Gdy położono ich jej na piersi, cały świat przestał istnieć. Ola tuliła do siebie dwóch malutkich ludzików i płakała ze szczęścia, które było tak wielkie, iż aż brakowało oddechu. Bartek wbiegł do sali, podniósł ostrożnie Michałka, jakby był z najcieńszej porcelany, i sam się wzruszył.

Ola, to są nasi chłopcy…

Tydzień w szpitalu minął w miękkim, ciepłym kokonie, gdzie liczyli się tylko oni we czwórkę. Potem Ola wróciła do domu. Bartek niósł jednego synka, ona drugiego. Otworzyła drzwi do pokoju dziecięcego, który wspólnie malowali na miętową zieleń, gdzie składali łóżeczka i układali na półkach maleńkie śpioszki i zamarła.

Na jednym z łóżeczek leżał fioletowy szlafrok z wyszytymi inicjałami. Przy przewijaku stała otwarta walizka. Drugie łóżeczko zostało odsunięte, a na jego miejscu stał rozkładany fotel, na którym siedziała pani Jadwiga w domowej sukience, przeglądając gazetę.

Och, jesteście już podniosła wzrok z zupełnie niewzruszoną miną. Rozgościłam się tutaj na razie, żeby wam pomóc przy maluchach.

Ola stała w progu, mocno ściskając Michałka, nie mogąc uwierzyć w to, co widzi. Walizka, szlafrok, cudze rzeczy na półkach, gdzie jeszcze tydzień wcześniej stały pieluszki dziecięce. Teściowa zajęła pokój dzieci tak, jakby miała do tego pełne prawo.

Wolno odwróciła się w stronę Bartka, który stał w korytarzu z Damianem na rękach i uciekał wzrokiem gdzieś w bok.

Bartek, co to ma znaczyć?
Ola, mama powiedziała, iż pomoże na początku odezwał się, patrząc na nią tylko przez chwilę. Jest ich dwóch, ty sama, a ja w pracy. Ciężko by ci było.

Ola poprawiła Michałka w ramionach i pokręciła głową.

Poradzę sobie. Przecież o tym rozmawialiśmy, Bartek. Dam radę sama.

Jadwiga już stała za nią, bezszelestnie pojawiła się w korytarzu.

Olu, nie wygłupiaj się. Masz dwójkę noworodków, po porodzie ledwo trzymasz się na nogach. Odpocznij, połóż się, a ja zajmę się chłopcami. Wszystko będzie dobrze.

Ola chciała zaprotestować, ale zmęczenie odebrało jej energię do kłótni. Poród, powrót do domu z dwójką dzieci na rękach… Pokiwała głową, oddała Michałka teściowej i wyszła do sypialni, przekonując siebie, iż to tylko na chwilę, para dni pomocy niczego nie zmieni.

Pierwsze trzy dni rzeczywiście były w porządku. Jadwiga wstawała w nocy do dzieci, pozwalała Oli spać, szykowała śniadanie, wrzucała rzeczy do pralki bez słowa. Ola zaczęła choćby myśleć, iż jednak się pomyliła iż instynkt babci wygrał i wszystko się jakoś ułoży. Jednak gdy Bartek wrócił do pracy, mieszkanie zmieniło się nie do poznania.

Jadwiga przestała pomagać, a zaczęła rządzić. Ola brała Damiana, by go nakarmić, a teściowa zaraz stawała nad nią i zrzędziła: nie tak trzymasz, główkę lepiej podtrzymuj, nie ściskaj go, daj dziecku oddychać. Ola przewijała Michałka, a Jadwiga natychmiast przewijała go jeszcze raz, bo krzywo, cały się poskręca. Chciała usiąść po karmieniu na kanapie, a po pięciu minutach niosło się z kuchni: Ola, naczynia same się nie umyją, dość tego siedzenia.

Każdego dnia, od rana do wieczora, bez oddechu. Ola nie zdążyła skończyć jednego, a już słyszała krytykę za drugie. Do dzieci coraz rzadziej ją dopuszczała odbierała ich z rąk mówiąc daj tutaj, znowu robisz źle i Ola łapała się na tym, iż boi się przy teściowej podnieść synów.

Tydzień tej atmosfery wyczerpał ją do granic możliwości. Wieczorami drżały jej nogi, myśli się plątały ze zmęczenia i napięcia. Ola zaczekała aż Jadwiga zaśnie w pokoju dziecięcym, zamknęła sypialnię i usiadła obok Bartka.

Bartek, dłużej tak nie mogę mówiła cicho, by teściowa nie usłyszała przez ścianę, przez co złość tylko narastała. Twoja mama mi nie pomaga, tylko mnie wykańcza. Nie mogę nakarmić własnych dzieci, żeby nie wtrąciła się z uwagami. Nie mogę usiąść na chwilę, żeby nie kazała mi myć podłóg. Własnym domu czuję się jak służąca, wszystko robię źle.

Bartek leżał, patrzył w sufit i milczał.

Albo ona wyjeżdża Ola przełknęła ślinę i powiedziała to, co krążyło jej w głowie od trzech dni albo ja zabieram chłopców i wyprowadzam się sama.

Bartek uniósł się na łokciu i spojrzał tak, jakby Ola powiedziała coś zupełnie niepojętego.

Ola, spokojnie. Mama chce dobrze, była wychowana inaczej. Może spróbujecie porozmawiać, znaleźć wspólny język? Jest babcią, dba o wnuków.

Ola przyłożyła dłonie do twarzy i zacisnęła powieki, bo czuła, iż zaraz się rozpłacze i nie przestanie do rana. Wszystko zbierało się miesiącami od czasu ciąży, tych wiecznych udajesz i ja w twoim wieku robiłam więcej a teraz wylało się gorącą falą.

Bartek, przez tydzień nie mogłam spokojnie nakarmić dzieci odjęła dłonie od twarzy, po policzkach spływały łzy. Biorę Damiana na ręce, a ona natychmiast mi go odbiera. Przewijam Michałka, a ona poprawia po mnie. Własnym domu boję się podejść do synów, rozumiesz? To ja ich urodziłam, a ona traktuje mnie jak opiekunkę na próbę.

Drzwi sypialni zaskrzypiały, a w progu pojawiła się Jadwiga w fioletowym szlafroku, ramiona skrzyżowane, usta zaciśnięte.

Wszystko słyszę, ściany cienkie powiedziała i pokręciła głową. Wstydź się, Ola. Zostawiłam swój dom, przyjechałam pomagać z wnukami, śpię na fotelu mając sześćdziesiąt dwa lata, a ty sceny robisz i syna przeciw matce buntujesz. Wdzięczności za grosz nie masz.

I właśnie wtedy coś się w Oli zmieniło. Zobaczyła, jak Bartek patrzy na swoją mamę, potem na nią zapłakaną, roztrzęsioną, w wygniecionej koszulce z plamą od mleka na ramieniu. I wreszcie coś w nim drgnęło zobaczył, o czym Ola mówiła przez te tygodnie.

Mamo Bartek usiadł na łóżku spakuj się. Jutro rano odwiozę cię do domu.

Jadwiga zamarła w progu, jakby usłyszała coś w niezrozumiałym języku.

Bartuś, żartujesz? Wyrzucasz własną matkę przez tę dziewczynę?
Mamo, mówię poważnie. To nasz dom, nasze dzieci, moja żona i poradzimy sobie sami. Pomożesz, jeżeli poprosimy. Ale mieszkać będziesz u siebie.

Teściowa narzekała do północy, z hukiem pakowała rzeczy do walizki, trzaskała szafkami, dwa razy szła do kuchni po melisę i głośno skarżyła się na niewdzięcznego syna i synową, co rozbija rodzinę. Ola siedziała w sypialni, karmiła Michałka i płakała już nie z bezsilności, a z wielkiej, nieśpiesznej ulgi.

Rano Bartek zapakował walizkę do auta, odwiózł mamę do jej mieszkania i wrócił po dwóch godzinach. Wszedł do pokoju dziecięcego, wziął Damiana, który właśnie zaczynał marudzić, i ułożył sobie na ramieniu.

Poradzimy sobie, Ola powiedział, kołysząc synka. We dwoje damy radę.

I dali sobie radę. Ola w ciągu kilku dni odnalazła swój rytm, gdy nikt nie patrzył jej na ręce. Karmiła maluchy wtedy, kiedy tego potrzebowały, przewijała ich po swojemu i dom przestał być obcym miejscem. Bartek wstawał co drugą noc bez narzekania, a w weekendy zabierał bliźniaków na długie spacery, żeby dać żonie trochę ciszy i odpoczynku. Spokój w ich małym mieszkaniu nie wrócił od razu, ale z każdym kolejnym rankiem, gdy Ola mogła bez obaw podejść do swoich synów, w domu robiło się coraz lepiej.

Czasem choćby najbardziej szczerą chęć pomocy trzeba umieć przyjąć z rozsądkiem i ustawić granice bo to właśnie miłość, szacunek i zaufanie, a nie wieczne poświęcenie, tworzą prawdziwy dom.

Idź do oryginalnego materiału