Samotność w gronie bliskich

polregion.pl 1 dzień temu

**Samotna w tłumie bliskich**

– Mamo, daj spokój, znowu się martwisz! – zirytowana rzuciła Zofia, nie odrywając wzroku od telefonu. – Wielka sprawa, iż nie przyjechali na twoje urodziny. Ludzie mają swoje sprawy.

– Jakie sprawy? – cicho spytała Weronika Kazimierzówna, ściskając w dłoniach serwetkę. – Kasia obiecała przyjechaś z dziećmi, Marek też mówił, iż się zwolni. A Tomek w ogóle zapewniał, iż prezent już kupił.

– No i co z tego? – Zofia w końcu oderwała wzrok od ekranu. – Kasia siedzi z chorymi dziećmi, Marek ma problemy w pracy, a Tomek utknął w delegacji. Nikt specjalnie nie kombinował.

Weronika Kazimierzówna w milczeniu nakrywała stół w salonie. Piękny obrus, najlepsze talerze, które wyciągała tylko od święta. Siedemdziesiąt lat – czy to nie święto? Cały tydzień kupowała składniki, od rana gotowała ulubione potrawy dzieci. Śledź w śmietanie dla Kasi, smażone ziemniaki z grzybami dla Marka, tort „Karpatka” dla Tomka.

– Zosiu, może jeszcze do nich zadzwonimy? – poprosiła. – Może zdążą?

– Mamo, przestań! – Zofia wstała od stołu. – Muszę już wracać. Sławek sam z dziećmi siedzi, zmęczy się.

– Ale choćby dobrze nie zjedliśmy…

– Co tu jest do jedzenia? Sałatki jakieś. W domu zjem porządnie.

Weronika patrzyła, jak młodsza córka pakuje torbę. Szybko, pospiesznie, jakby bała się spóźnić na coś bardzo ważnego.

– No dobra, mamo, nie smuć się. Następnym razem wszyscy się zjadą, zobaczysz.

Pocałunek w policzek, trzask drzwi. Weronika Kazimierzówna została sama przy stole nakrytym na sześć osób.

Długo siedziała, wpatrując się w puste talerze. W mieszkaniu panowała cisza, przerywana tylko tykaniem zegara na ścianie. Tego samego, który podarował jej nieżyjący mąż na trzydziestolecie. Ileż świąt obchodzili przy tym stole! Urodziny dzieci, Nowy Rok, matury, wesela…

Weronika wstała i zaczęła sprzątać ze stołu. Śledzia w śmietanie zapakowała do pojemnika – jutro zaniesie sąsiadce Basi. Ziemniaki z grzybami też do lodówki. Tort pokroiła na kawałki i schowała. Wyszło ich sporo.

Kiedy już wszystko było posprzątane, usiadła w ulubionym fotelu męża i wyjęła telefon. Na ekranie świeciły się nieprzeczytane wiadomości.

*„Mamusiu, wszystkiego najlepszego! Wybacz, iż nie wpadłam. Dzieci chore, gorączka pod czterdzieści. Na święta na pewno przyjadę. Całuję.”* Od Kasi.

*„Mamo, gratulacje! Problemy w pracy, mogą mnie zwolnić, nie mam głowy do niczego. Prezent przekażę przez Zosię. Zdrowia życzę.”* Marek, jak zwykle krótko.

*„Mamuś, z okazji urodzin! Utknąłem w Krakowie, odwołali pociąg. Nadrobię przy spotkaniu. Kocham.”* Tomek, najmłodszy.

Wszyscy przepraszają, wszyscy kochają, wszyscy na pewno przyjadą później. Weronika schowała telefon i zamknęła oczy. Zmęczenie spadło na nią nagle, ciężkie i kleiste.

Następnego dnia obudził ją dzwonek do drzwi. Na progu stała sąsiadka Basia z bukietem astrów.

– Weroniko, z okazji wczorajszych urodzin! – uśmiechnęła się. – Wybacz, iż nie przyszłam, miałam z wnukiem zawody.

– Dziękuję, Basiu – Weronika przyjęła kwiaty. – Wpadnij, herbatę wypijemy.

– Jak poszło świętowanie? Dzieci były?

Weronika nastawiła czajnik i milczała. Basia zrozumiała bez słów.

– Znowu nie zdążyli?

– Sprawy mają – cicho odparła Weronika. – Praca, dzieci chore…

– Weroniko, a mówiłaś im, jak bardzo ci na tym zależało?

– Po co? Nie maluchy już, sami powinni rozumieć.

Basia pokręciła głową.

– Powinni, ale nie rozumieją. Moje też takie. Dopóki nie powiesz wprost, nie dociera.

Pili herbatę z resztkami tortu „Karpatka”. Basia chwaliła, pytała o przepis, opowiadała o wnukach. Weronika słuchała i myślała, iż z sąsiadką rozmawia się jej łatwiej niż z własnymi dziećmi.

– Weroniko, może zapiszemy się na jakieś zajęcia? – zaproponowała Basia. – Albo do klubu seniora. Są tańce, śpiewanie.

– Co ty, Basiu. Nie mam głowy do takich rzeczy.

– A do czego masz? Dzieci dorosłe, żyją swoim życiem. Dlaczego ty nie możesz żyć dla siebie?

Po wyjściu Basi Weronika długo rozmyślała nad jej słowami. Żyć dla siebie? Jak to? Całe życie żyła dla innych. Najpierw dla rodziców, potem dla męża, potem dla dzieci. choćby po śmierci męża żyła dalej dla dzieci. Pomagała z wnukami, gotowała, prała, gdy przynosili pranie.

Wieczorem zadzwoniła Kasia.

– Mamo, jak tam? Jak minęły urodziny?

– Normalnie – odpowiedziała Weronika.

– Zosia mówi, iż siedziałyście we dwie. Przecież tłumaczyłam, masakra tu jest. Wojtek z gorączką, Ola kaszle. Doktora wzywałyśmy.

– Rozumiem, córeczko. Dzieci ważniejsze.

– Mamo, nie mów tak. Wiesz, iż cię kocham. Po prostu pechowo wyszło.

– Wiem.

– Słuchaj, a możesz w sobotę wpaść? Posiedzieć z dziećmi parę godzin? Muszę do lekarza, a z chorymi nie przyjmą.

Weronika zamilkła.

– Jasne, przyjdę.

– Dziękuję, mamusiu! Jesteś najlepsza!

Po rozmowie Weronika usiadła przy oknie i patrzyła na podwórko. Dzieci bawiły się w piaskownicy, mamy gadały na ławkach. Zwykły wieczorny widok, ale dziś wydawał się jej obcy, niedostępny.

W sobotę poszła do Kasi. Dzieci rzeczywiście chorowały, choć już miały się lepiej. Wojtek marudził, domagał się uwagi. Ola wieszała się na babci, prosiła, żeby poczytać.

– Babciu, a czemu nie przychodzisz do nas codziennie? – spytała Ola, układając się na kolanach.

– A po co codziennie?

– No żebyśmy byli razem. Mama ciągle zajęta, tata w pracy. A z tobą fajnie.

Weronika przytuliła wnuczkę mocniej. Chociaż komuś była potrzebna.

Kasia wróciła po trzech godzinach.

– Mamo, dzięki ogromne!Weronika uśmiechnęła się do siebie, patrząc na puste krzesła przy stole, i po raz pierwszy od dawna poczuła, iż jej życie może być pełne choćby bez ciągłego czekania na innych.

Idź do oryginalnego materiału