Pamiętam, iż kiedyś, na jednej z ławek przy rynku w Warszawie, starannie rozwiązywałam wiązanie sznurka, czując, jak mała bucik w moich dłoniach drży. Sznurki były nowe, mocne nie tak przetarte, jak te, które dostawałam w schronisku. Westchnęłam i spojrzałam na podrapane kolano chłopca.
Już gotowy, nie potkniesz się już więcej powiedziałem, a on uśmiechnął się szeroko, tak czysto i szczerze, iż na chwilę otaczający nas szary świat zdawał się blednąć.
Dziękuję, pani odparł.
Nazywam się Bogna poprawiłam, czując niepokój przy własnym imieniu, którego tak dawno nie słyszałam od nikogo.
Chłopiec skinął głową, wyciągnął z kieszeni zgniataną chusteczkę i podał ją mi.
Weź, wytrzyj ręce.
Uśmiechnęłam się smutno i odmówiłam.
Nie, zachowaj ją dla siebie. Twój nos lekko krwawi.
Posłusznie przetarł czoło, gdy nagle na ulicy zatrzymał się czarny jeep. Hamulce piszczały, a z pojazdu wyskoczyło dwóch mężczyzn w garniturach i kobieta w okularach.
Kacprze! zawołała kobieta drżącym głosem. Boże, co zrobiłeś?!
Chłopiec podskoczył.
Tylko goniłem gołębie
Miałeś go doprowadzić do zawału! krzyknęła, chwytając go za ramiona. Spojrzała na mnie. Kim jesteś? Co mu zrobiłaś?!
Odsunęłam się o krok.
Nic po prostu upadł. Pomogłam mu.
Kobieta przyjrzała się mi od stóp do głów: podarty sweter, zmęczona twarz, ręce z popękaną skórą.
Czy jesteś bezdomna?
Milczałam, jedynie pochylając głowę.
W tym momencie otworzyły się drzwi jeepu i wyszedł wysoki mężczyzna o siwych włosach przy twarzy. Długi płaszcz, wzrok twardy niczym stal.
Co się tu dzieje? zapytał spokojnie, ale tonem, który zdawał się gęstnieć w powietrzu.
Ta kobieta dotknęła dziecka oznajmiła Helena. Twierdzi, iż mu pomogła.
Mężczyzna spojrzał na mnie.
Kim jesteś?
Połknęłam nerwowo.
Nikim. Po prostu osobą, której nie mogło przejść obok płaczącego dziecka.
Zamilkł, po czym ukucnął przed chłopcem, dokładnie obejrzał jego czoło.
Boli cię, Kacprze?
Nie, tato. Ta pani mi pomogła. Jest dobra.
Wstał, a jego spojrzenie na chwilę się złagodziło, po czym znów zatwardziało.
Wstaw go do samochodu rozkazał Helenie.
Gdy zostali sami, odwrócił się do mnie.
Czy wiedziałaś, kim on jest?
Nie. Dla mnie to po prostu dziecko, które potrzebowało pomocy.
Spojrzał na mnie uważnie.
Czy wiesz, ile ludzi udawałoby współczucie, gdyby dowiedzieli się, iż jest synem jednego z najbogatszych w Warszawie?
Skinęłam głową.
Nie miałam pojęcia. I to nie miałoby znaczenia. Jego krew płynęła. To wystarczyło.
Wyciągnął portfel, wyciągnął banknot 100 złotych i podał go mi.
Weź.
Odsunęłam się.
Nie, dziękuję.
To tylko wyraz wdzięczności.
Gdybym go wzięła, stałoby się to transakcją. A ja nie sprzedaję tego, co czuję.
Spojrzał na mnie przenikliwie.
Jesteś dumna jak osoba bez domu.
Może to jedyne, co mi pozostało wyszeptałam.
Mężczyzna nie odpowiedział. Patrzył na mnie długo, po czym odwrócił się i wsiadł z powrotem do jeepu.
Następnego poranka znów siedziałam na tej samej ławce. Miasto budziło się zapach kawy i pączków mieszał się z hałasem tramwajów i kroków przechodniów. Wyjęłam z kieszeni mały kamień ten, który Kacper wcisnął mi w dłoń przed odejściem.
Weź go, mała Bogno powiedział. To mój kamień szczęścia. Nie będziesz się bała w nocy.
Uśmiechnęłam się i mocno ścisnęłam go w dłoni.
Wtem przed mną zatrzymał się ten sam czarny jeep. Tym razem mężczyzna był sam.
Czy mogę usiąść? zapytał.
Skinęłam głową. Stałyśmy w milczeniu chwilę.
Wczoraj myślałem, iż jesteś jak wszyscy inni rzekł mężczyzna. Ale dziś rano mój syn zapytał, dlaczego nie zaprosiliśmy cię do domu. Powiedział, iż jesteś dobra.
Odwróciłam wzrok.
Nie należę do waszego świata.
A mój świat czy jest prawdziwy? uśmiechnął się gorzko. Pełen jest ludzi z majątkami, ale bez serc.
Wyciągnął kopertę i położył ją w moim kolanie.
W środku nie ma pieniędzy. Tylko adres. Ośrodek pomocy, który finansuję. Powiedz, iż przychodzisz ode mnie. Dostaniesz pokój i pracę.
Spojrzałam zdziwiona.
Dlaczego to robisz?
Bo wczoraj mój syn powiedział, iż ktoś jest dobry. Zrozumiałem, iż sam już nie zasługuję na to słowo.
Łzy napłynęły mi do oczu.
Dziękuję
Nie dziękuj mi uśmiechnął się lekko. Powiedz to sobie. Uratowałaś nie tylko jego a może i mnie.
Wstał, ale zanim odszedł, jeszcze się odwrócił.
Przy okazji w ośrodku szukają opiekunki. Kacper z pewnością ucieszy się, widząc cię.
Zostałam sama na ławce, drżąc, ale z nowym ciepłem w sercu.
Otworzyłam kopertę. W środku był naprawdę adres i dziecięcy rysunek: chłopiec trzyma kobietę za rękę, a pod nim niepewnym pismem napisało się:
Mała Bogno, nie bój się. Wszystko będzie dobrze.
Łzy spływały, ale tym razem nie z bezsilności, a z nadziei. Wstałam. Kroki moje były niepewne, ale prowadziły naprzód.
Trzy tygodnie później, na podwórku ośrodka w dzielnicy Praga, rozlegał się śmiech.
Głośniej, mała Bogno! Głośniej! wołał Kacper, huśtając się na huśtawce.
Uważaj, żeby nie wylecieć! rozbawiona odparłam, delikatnie popychając huśtawkę. Na szyi wisiał kamień, przywiązany sznurkiem mój talizman szczęścia.
Przy bramie stał mężczyzna. Patrzył na nas w ciszy, a w jego oczach nie było już chłodu.
Wiedział, iż tego dnia, kiedy nieznajoma kobieta podniosła z ziemi jego syna, nie zmieniło się jedynie życie chłopca. Zmieniło się i jego własne. I moje. Na zawsze.











