Sąsiedzi z kamienicy postanowili udowodnić, kto tu rządzi – i to bez powodu! Nasza rodzina z trójką dzieci w nowym mieszkaniu na warszawskiej Pradze musiała się zmierzyć z koalicją roszczeniowych lokatorów

newsempire24.com 16 godzin temu

Sąsiedzi postanowili nam pokazać, kto tu naprawdę rządzi. Bez żadnej przyczyny.

To działo się pięć lat temu. Z moim mężem, Piotrem, mieliśmy już dwójkę dzieci Marysię i Hanię a cała nasza rodzina tłoczyła się w jednym, malutkim pokoju. Każde spojrzenie na ściany przypominało nam, iż brakuje miejsca, a rozmowy o przeprowadzce wracały niemal codziennie przy herbacie. Ale nic z tego nie wynikało.

Wszystko się zmieniło, kiedy dowiedzieliśmy się, iż na świat ma przyjść nasze trzecie dziecko. Nie było wyjścia musieliśmy znaleźć większe mieszkanie. Jedyne sensowne rozwiązanie to sprzedaż tego, co mieliśmy, dołożenie zaoszczędzonych złotówek i szukanie trzypokojowego lokum gdzieś dalej od centrum Warszawy.

Udało się. Po sprzedaży mieszkania kupiliśmy upragnioną trójkę w starej warszawskiej kamienicy na Pradze. Mieszkanie było świeżo po remoncie pachniało jeszcze farbą i lakierem. Wnieśliśmy meble, rozpakowaliśmy kartony z ubraniami dzieci i zaczęliśmy układać sobie życie od nowa.

Byliśmy szczęśliwi, dopóki nie zderzyliśmy się z sąsiadami z wyższych pięter. Zawiązali swego rodzaju sojusz, żeby pokazać, iż to oni mają tu władzę.

Zasypywali nas pretensjami i żalami, jeden po drugim:

Proszę pani, dlaczego drzwi wejściowe są tak długo otwarte?!
Przenosiliśmy rzeczy, a drzwi musiały być otwarte. To chyba zrozumiałe.
A to, gdzie stawia pan samochód, to już przechodzi ludzkie pojęcie!
Mieszkam na pierwszym piętrze, więc parkuję pod własnymi oknami. Twoje są wyżej, nie mogę latać.

To jeszcze nic kolejny zarzut wytrącił mnie z równowagi.

Dzieci biegają po klatce, jakby były na placu zabaw, cały czas coś leci z telewizora. One mi przeszkadzają po pracy.
Przecież mieszkasz nade mną, nie pod nami! Jak mogą ci przeszkadzać dzieci, które ledwo wróciły z przedszkola?

Ale apogeum przyszło, kiedy sąsiadki urządziły mojej ciężarnej żonie, Joannie, awanturę, a mnie nie było wtedy w domu. Przyszły popołudniu, kiedy Joasia była sama, i zaczęły krzyczeć.

Musimy porozmawiać.
W jakiej sprawie?
Twój mąż, wychodząc na papierosa, wpuścił do klatki jakiegoś obcego faceta. Chodził potem po mieszkaniach i proponował dorabianie kluczy do domofonu!
Piotr nie pali nigdy nie palił. Macie coś sobie do wyjaśnienia, to róbcie to ze mną!

Jeszcze dorzuciły, iż jeżeli ten nieznajomy dorobi klucze, to kto wie, kto będzie wchodzić do kamienicy.

Kiedy dowiedziałem się, co się wydarzyło, zacisnąłem zęby i poszedłem do sąsiadów. Powiedziałem im jasno i dosadnie, żeby zaprzestali tych oskarżeń i intryg.

Od tamtej pory żyliśmy już spokojniej relacje się ochłodziły, sąsiedzi przestali nas choćby witać na klatce. Ale przynajmniej dali nam wreszcie spokój.

Idź do oryginalnego materiału