Dziś znowu wspominam te wydarzenia sprzed pięciu lat, które na długo odebrały mi spokój ducha. Wtedy wraz z mężem, Bartoszem, i naszą dwójką dzieci Zosią i Jagodą ledwo mieściliśmy się w ciasnym pokoiku w jednej z kamienic na Pradze. Żyliśmy, jak się dało, ale coraz częściej myśleliśmy, iż musimy coś zmienić. Dzieci rosły, a ja czułam, jak ściany coraz bardziej się do nas przybliżają.
Kiedy zaszłam w trzecią ciążę, nie było już odwrotu musieliśmy znaleźć większe mieszkanie. Przeliczyliśmy starannie każdy grosz, sprzedaliśmy tę naszą klitkę i dołożyliśmy oszczędności. Udało się kupiliśmy wymarzone trzypokojowe mieszkanie na Woli. Stara kamienica, ale mieszkanie po generalnym remoncie, świeżo malowane ściany, pachniało nowością. Wystarczyło tylko rozpakować kartony i ustawić meble.
Na początku byliśmy pełni nadziei. Czułam, iż w końcu zaczynamy nowy rozdział. Jednak euforia gwałtownie ustąpiła rozgoryczeniu, gdy sąsiedzi z góry zaczęli zawiązywać przeciwko nam jakieś porozumienie. Byli wobec nas nieprzyjaźni od pierwszego dnia. Drobnostki zmieniały się w wielkie pretensje.
Najpierw narzekali, iż drzwi wejściowe do klatki są zbyt długo otwarte. Przecież musieliśmy wnieść meble, wózek, masę rzeczy nie było innej możliwości. Potem im przeszkadzało, gdzie stawiamy auto. Mój fiat stał pod naszymi oknami na pierwszym piętrze, a oni twierdzili, iż pod ich na trzecim! Rozkładałam ręce, bo co mogłam zrobić?
Pewnego razu przyszli z jeszcze inną uwagą. Skarżyli się, iż nasze dzieci, gdy wracają z przedszkola, robią za dużo hałasu, iż puszczamy bajki zbyt głośno. Zastanawiałam się, w jaki sposób nasze dzieci mogą im przeszkadzać przecież mieszkają nade mną, nie pod nami…
Jednak prawdziwym ciosem była sytuacja, kiedy przyszli do mojego mieszkania pod moją nieobecność, a Ania, wtedy będąca już w zaawansowanej ciąży, została sama. Pojawiły się dwie sąsiadki: głośne, roszczeniowe, bez grama życzliwości.
Przyszłyśmy pomówić o pani mężu rzuciły szorstko. Wypuścił jakiegoś obcego, a on łaził po klatce i proponował dorabianie kluczy do domofonu!
Ania już ledwo stała na nogach, odpierała te zarzuty, jak mogła, tłumacząc, iż Bartosz nie pali, a tym bardziej nie wpuściłby obcego bez powodu. A one swoje, iż jeżeli dorobi klucz, to każdy dziwny będzie mógł wchodzić.
Kiedy wróciłem, Ania płakała ze złości i bezsilności. Pojechałem do sąsiadów i powiedziałem im wprost, żeby zostawili moją rodzinę w spokoju. Nie poskromiłem wtedy swoich emocji byłem już na skraju wytrzymałości. Od tego czasu przestali z nami rozmawiać, choćby się nie witają na klatce.
Z czasem ta wrogość jakoś ucichła. Dziś wiem, iż sąsiedzi bywają różni, ale najważniejsze, żeby w swoim domu czuć się bezpiecznie. Dla mnie najważniejsze jest zdrowie i spokój mojej rodziny. A resztę… jakoś się przeżyje.










