Sąsiedzi postanowili udowodnić nam, kto tutaj naprawdę rządzi. Bez żadnego powodu.
To wszystko zaczęło się pięć lat temu. Mój mąż Piotr i ja wiedliśmy już wtedy życie z dwójką naszych dzieci cała czwórka tłoczyła się w jednym malutkim pokoju w starej kamienicy na Pradze w Warszawie. Trudno się dziwić, iż zaczęliśmy rozmawiać o powiększeniu przestrzeni, ale wciąż pozostawało to tylko w sferze marzeń i nieśmiałych planów.
Gdy tylko dowiedziałam się, iż spodziewamy się trzeciego dziecka, nie było już odwrotu musieliśmy znaleźć większe mieszkanie, i to jak najszybciej. Jedyne, na co mogliśmy sobie pozwolić, to sprzedać dotychczasowe cztery ściany, dołożyć trochę oszczędności i spróbować upolować coś większego, chociażby na obrzeżach miasta. Zdecydowaliśmy się na Bielany tam czteropokojowe mieszkanie w starej kamienicy kosztowało mniej niż dwupokojowe w centrum. Po miesiącach nerwów w końcu się udało weszliśmy do świeżo wyremontowanego mieszkania pachnącego jeszcze farbą. Zostało tylko dokupić meble i zamieszkać.
Przez chwilę wydawało się, iż trafiliśmy na upragniony spokój. Ale szczęście nie trwało długo. Sąsiedzi z wyższych pięter zwłaszcza pani Jadwiga i pani Danuta gwałtownie zawarli sojusz przeciwko nam i postanowili nam pokazać, gdzie nasze miejsce.
Zaczęli dosłownie zalewać nas pretensjami i ciągłymi skargami.
Dlaczego drzwi od bramy były takie długo otwarte?!
Przenosiliśmy meble i rzeczy po przeprowadzce, trudno, żeby za każdym razem je zamykać tłumaczyłam zrezygnowana.
Po co parkuje pani samochód pod moim balkonem?
Samochód parkuję pod własnym balkonem, na wyznaczonym miejscu. Pani okna są piętro wyżej, nie mam na to wpływu.
Nie miałam już siły na kolejne awantury, a jednak się pojawiły. Kiedy wasze dzieci wracają z przedszkola, biegają jak dzikie sarny! Przeszkadzają mi! Poza tym pozwalacie im oglądać bajki po powrocie! wykrzykiwała raz pani Danuta.
Ależ pani Danuto, przecież pani mieszka nade mną choćby gdyby dzieci biegały, chyba nie słychać tego u góry?
Kres mojej cierpliwości przyszedł pewnego popołudnia, kiedy sąsiadki postanowiły zrobić awanturę mojej ciężarnej żonie, Justynie, która miała rodzić za kilka tygodni.
Przyszły do nas, gdy byłem w pracy. Nie zważając na jej stan, zaczęły wrzeszczeć:
Przyszłyśmy wyjaśnić jedną sprawę! zaczęła pani Jadwiga wchodząc bez zaproszenia.
O co chodzi?
Pani mąż, wychodząc na papierosa, wpuścił obcego faceta do klatki! Ten człowiek chodził od drzwi do drzwi z ofertą dorabiania kluczy do domofonu!
Mój mąż nie pali, nigdy nie palił odpowiedziała Justyna, zaciskając pięści z nerwów.
Sąsiadki nie dawały za wygraną: A jeżeli teraz każdy będzie miał klucz, każdy wejdzie do środka i już nigdy nie będziemy bezpieczne!
Kiedy wróciłem do domu i Justyna, czerwona ze złości i upokorzenia, opowiedziała mi, co się wydarzyło, natychmiast udałem się do sąsiadek i wyjaśniłem im po męsku, żeby nie ważyły się więcej urządzać takich przedstawień.
Od tamtej pory zapadła cisza. Relacje się ochłodziły nikt się już do siebie nie odzywa, ale mamy wreszcie spokój. Kamienica może nie jest najprzyjaźniejsza, ale przynajmniej własna.







