Sabinka nie znosiła tych dni, kiedy do domu dziecka przychodzili potencjalni adopcyjni rodzice! Przez te siedem lat, odkąd tu trafiła, nikt nigdy jej nie wybrał.
Kiedyś, gdy była zupełnie mała, wyczekiwała takich dni z drżącym sercem. Zaczarowana patrzyła na eleganckie panie i panów, którzy wydawali się jej niczym czarodzieje tacy, co zabiorą ją do wielkiego pałacu! Wyobrażała sobie, iż nowa mama tuli ją do snu, a nowy tata nosi na barana. Że będzie mieć swój własny pokój I nigdy więcej nie zobaczy złośliwego Władzia, który zawsze starał się pociągnąć ją za warkocze i wołał Szczygieł!.
Sabinka choćby nie wiedziała, co to znaczy. Ale brzmiało bardzo przykro. A Władek powtarzał:
Szczygieł! Szczygieł!
Gdy trafiła do domu dziecka w Warszawie, miała pięć lat. Jej rodzice zginęli w wypadku samochodowym. Sabinka długo nie mogła pojąć, czemu mama i tata nie przychodzą, dlaczego ją zostawili.
Z czasem zrozumiała, iż już ich nie ma, i powoli zaczęła zapominać ich twarze Zatarły się w pamięci głosy, zapachy, ich mieszkanie w starym bloku na Pradze. Coraz bardziej bolało ją, iż nikt jej nie chciał wybrać. Marzyła o cudzie, ale on nie nadchodził. W końcu pogodziła się pewnie nigdy nikt jej nie wybierze Szczególnie iż nigdy nie należała do najładniejszych dzieci. Wszyscy wybierali zawsze dziewczynki z kokardami w grubych, błyszczących włosach i z rozpromienionymi buziami.
Władek nie przestawał jej dokuczać. Dopiero później Sabinka dowiedziała się, iż szczygieł to ptaszek.
Znów nadszedł dzień, gdy odwiedzili ich możliwi opiekunowie. Wszystkie dziewczynki uczesano, powplatano kokardy w warkocze. Sabinka tymczasem obcięła własne włosy na chłopaka. Miała już dosyć nie chciała, żeby ktokolwiek ją wybrał. Chciała, by to ona od dzisiaj mogła decydować o wszystkim!
Widząc jej krótką fryzurę, opiekunki załamały ręce, a Władek, nie omieszkał zawołać za nią:
Szczygieł!
Sabinka miała wtedy dwanaście lat; Władek był o trzy lata starszy. Oczywiście tego dnia nikt jej nie wybrał. Jej krzywo ścięte włosy i błyskawice w oczach odstraszały ludzi może i dobrze.
Po trzech latach Władek opuszczał już dom dziecka. Pożegnał się ze wszystkimi, a potem podszedł jeszcze do Sabinki.
To co, Szczygieł, żegnamy się? powiedział.
No, na razie odpowiedziała obojętnie Sabinka.
Trzymaj się! Jeszcze tylko trzy lata! Potem cię po siebie zabiorę! rzucił zdecydowanym tonem.
Akurat! A kto powiedział, iż ja ciebie wybiorę, głupku! odpyskowała mu.
Władek spojrzał na nią długo, dziwnie i po prostu odszedł, nie oglądając się za siebie.
Sabinka przekroczyła wreszcie próg domu dziecka, wyszła na spacer po warszawskiej ulicy i wciągnęła głęboko powietrze wolności i dorosłości. Przez te wszystkie lata z brzydkiego kaczątka przemieniła się w pięknego łabędzia. Długie, lśniące włosy do pasa, wielkie zielone oczy i smukła sylwetka. Ruszyła do starego, rodzinnego mieszkania Gdy nagle usłyszała za sobą głos:
Cześć, Szczygieł!
Odwróciła się stał przed nią Władek.
Co ty tu robisz? zapytała.
Przecież obiecałem, iż wrócę po ciebie powiedział i podszedł bliżej.
Ale mówiłam, iż to ja będę wybierała! Sabinka spojrzała na niego z dołu. Władek przez te lata mocno wyrósł i szerokie miał ramiona.
Wybierz mnie, Sabinko poprosił cicho.
Zastanowię się rzuciła, ruszając w stronę swojego bloku.
Władek szedł za nią aż do klatki schodowej, doczekał aż przekroczy drzwi i dopiero wtedy odszedł. Od tamtego dnia wieczorami siadywał pod jej oknami, na ławce pod blokiem, czekając, aż pogasi światło.
Czerwone lato przemieniło się w deszczową jesień, potem przyszła zima, a Władek wciąż przychodził. Pewnego dnia Sabinka podeszła do niego.
Przysiadła na ławce.
Jeszcze ci się nie znudziło? Zimno chyba, co?
Nic nie szkodzi. Wytrzymam. Tylko wybierz mnie, Sabinko, proszę znów spojrzał na nią ciepło i długo.
Sabinka zerwała się z ławki, jakby ją pokłuło, i uciekła do mieszkania. Spoglądała zza firanki, jak Władek patrzy w jej okno.
31 grudnia Sabinka pędziła do domu po pracy. Trzeba jeszcze ustawić talerzyki, przebrać się w nową sukienkę, zaraz Sylwester! Władka nie było na ławce. Serce zamarło z niepokoju Może coś się stało?
Godzinę później, pośpiesznie zakończywszy przygotowania, nalewała sobie kieliszek szampana za dwadzieścia złotych. Podeszła do okna, ale Władka nigdzie nie było. W piersi ścisnął ją nieprzyjemny lęk W brzuchu zawijał się strach.
I co teraz? Szukać? Gdzie? Przecież ani adresu, ani telefonu nie znam! Głupia jestem, o durna! mamrotała zła Sabinka.
W tym momencie coś rozbłysło pod oknem!
Strzelają już pomyślała i podeszła, by popatrzeć na sztuczne ognie.
Na śniegu wielkimi, gorącymi literami jasniał napis:
WYBIERZ MNIE, SABINKO!!!
A Władek siedział na ławce, patrzył w jej okna i machał do niej rękąSabinka nie wytrzymała dłużej. Wbiegła na dół, w pantoflach, z roztrzęsionym sercem. Śnieg skrzypiał pod nogami, a ona biegła ku ławce i tam czekał Władek, z lampionem w rękach i uśmiechem większym niż całe sylwestrowe niebo.
Spojrzała na niego, łzy płynęły jej po twarzy i nie mogła się już dłużej zgrywać.
Głupi jesteś, Władek powiedziała łamiącym się głosem. Ale jak cię nie wybrać?
Władek nie powiedział nic, tylko szeroko rozłożył ramiona. Sabinka wtuliła się w niego mocno, tak jakby odtąd nikt już nigdy nie miał jej stamtąd zabrać.
Za ich plecami wybuchły kolorowe fajerwerki. Z nieba sypały się płatki śniegu.
A kiedy nastał Nowy Rok, Sabinka wypowiedziała pierwszy raz w życiu życzenie, które już wiedziała, iż się spełni:
Wybieram ciebie, Władku. Na zawsze.










