Teresa Grocholska szła wiejską drogą w Lipowej Górze, trzymając dłonią torbę z zakupami, i czuła coraz mocniej, iż coś jest nie tak. Zaczynał się maj. Za płotami bielały kwitnące śliwy, w powietrzu mieszał się zapach wilgotnej ziemi i dymu — ktoś gdzieś palił zeschłą trawę z zeszłego roku. Zwykły wiosenny wieczór. Tylko iż ludzie patrzyli na nią inaczej. Mówili „dzień dobry", ale potem odprowadzali ją za długo. Ktoś wymieniał uśmieszki z sąsiadką, ktoś odwracał się bokiem, gdy się z nią mijał.
Teresa uczyła chemii i biologii w miejscowej podstawówce od dwudziestu sześciu lat. Znała prawie każdego mieszkańca wsi — jeżeli nie jego samego, to na pewno jego dzieci. Jednym stawiała pierwsze piątki, innym pierwsze jedynki. Rodzice niektórych absolwentów do dziś przy okazji dziękowali:
— Pani Tereso, dziękuję, iż pani naszego Krzyśka wtedy nie odpuściła.
Przywykła do szacunku. Do tego, iż to jej się kłania pierwszemu. Że na zebraniach słucha się jej opinii. A teraz coś się zepsuło.
Doszła do domu, otworzyła bramkę i zauważyła sąsiadkę — Pelagię Wójcik. Ta stała przy swoim płocie z dwiema innymi kobietami i coś im ożywienie opowiadała. Gdy zobaczyła Teresę, zamilkła. Jej rozmówczynie też się odwróciły. Na kilka sekund zawisła nieprzyjemna pauza.
— Dobry wieczór — odezwała się Teresa.
— Dzień… dobry — wymamrotała Pelagia i prawie od razu zniknęła na swoim podwórku.
Teresa wniosła torbę do domu i usiadła przy stole w kuchni. Miała pięćdziesiąt lat. Od jedenastu lat żyła sama: mąż zmarł, syn po studiach wyjechał daleko, pracował jako programista we Wrocławiu. Do domu wpadał rzadko. Teresa się nie żaliła. Nauczyła się żyć sama. Zostały jej szkoła, książki i ogródek. Zimą jeździła na nartach w Białce Tatrzańskiej, latem zbierała jagody i grzyby w sosnowym lasku za wsią. Czy to nudne życie? Może. Ale nieszczęśliwa nie czuła się nigdy.
Tylko ostatnimi miesiącami zaczęło jej doskwierać zdrowie. Najpierw wzięła ją ciągła słabość. Potem czasem dopadały mdłości. Waga poszła w górę — przybyło jej chyba sześć kilo, choć jadła wtedy choćby mniej niż zwykle, jej spódnice przestały się zapinać w pasie. A brzuch zaczął rosnąć. Twardy, niewygodny, wypychający się do przodu tak, jakby ona…
Jakby naprawdę była w ciąży. Czasem taka absurdalna myśl przychodziła Teresie do głowy, ale od razu ją odpychała. Pięćdziesiąt lat. I od kogo, na litość boską. Pewnie zmiany związane z wiekiem, hormony. Tak się zdarza.
Była już kilka razy na badaniach w szpitalu w Nowym Targu. Lekarze brali krew, zlecali kolejne USG, rozkładali ręce i powtarzali:
— Trzeba poczekać na wyniki.
I Teresa czekała. A tymczasem po wsi rozchodziły się już całkiem inne wyjaśnienia jej wyglądu.
Pierwsza zmiany zauważyła Pelagia Wójcik. Kobieta miała niezwykłą zdolność obserwacji. O takich mówiono: nic jej nie umknie — wszystko zobaczy, o wszystkim się dowie i obowiązkowo komuś opowie. Pelagia też żyła sama. Mąż dawno odszedł z rodziny, dzieci wyjechały do Krakowa i Katowic. Większość dnia spędzała albo przy oknie, albo na ławce koło furtki. Zauważała, kto przyjechał. Kto wyjechał. Do kogo zajrzał. Z kim rozmawiał. Dokąd pojechał. Nie było w tym może żadnej szczególnej złości. Po prostu cudze sprawy zastąpiły jej z czasem własne życie. U niej samej nic się nie dzieje, więc śledziła, co dzieje się u innych.
Już w kwietniu Pelagia zauważyła, iż sąsiadka wygląda inaczej. Przybrała na wadze. Chodziła wolniej. A ten brzuch… Pelagia szczególnie uważnie przyjrzała się sprawie jednego dnia, gdy Teresa rozwieszała na podwórku wypraną pościel. No tak, pomyślała. Prawie nie ma co do tego wątpliwości.
— No to mamy historię — wymruczała do siebie. — Przecież ona ma pięćdziesiąt lat. To od kogo by to było?
Tego samego wieczoru Pelagia poszła do znajomej Krystyny, która pracowała w sklepie spożywczym na rynku. Przy herbacie zapytała jakby od niechcenia:
— Krysiu, nie zauważyłaś czegoś dziwnego?
— A co masz na myśli?
— No, Terenię naszą. Nauczycielkę. Zaokrągliła się jakoś.
Krystyna wzruszyła ramionami.
— Może po prostu przytyła.
— Jaka tam przytyła! — Pelagia od razu zniżyła głos. — Sama się przypatrz dokładniej. Ona nie tylko wagę nabrała — brzuch wyszedł do przodu. Jak u kobiety w ciąży, ot co. I do szpitala ciągle jeździ. Co tydzień, co tydzień. Niby lekarze coś sprawdzają, a nic konkretnego nie mówią. A wiesz, czemu nie mówią? Bo już nie ma czego skrywać!
— Co ty! — zdumiała się Krystyna. — Przecież ona ma prawie pięćdziesiątkę!
— No właśnie o tym mówię. Prawie pięćdziesiątka, a brzuch jak brzuch. Sama zobaczysz.
Następnego dnia Krystyna podzieliła się tą nowiną z dwiema koleżankami w sklepie. Te opowiedziały w domu mężom. Mężczyźni uśmiechali się, każdy dodawał coś swojego. Po kilku dniach rozmowa toczyła się już prawie na każdym podwórku. Do końca kwietnia prosty domysł obrósł w mnóstwo szczegółów. Jedni twierdzili, iż Teresa ma romans podczas wyjazdów do szpitala. Inni zapewniali, iż mężczyzna nie jest wcale przyjezdny, a miejscowy, tylko oba to dokładnie skrywają. Trzeci szeptali o jakimś żonatym człowieku z sąsiedniej gminy i mówili, iż właśnie od niego ona rzekomo czeka dziecka.
Teresa zaczęła wyraźnie zauważać zmiany w traktowaniu. Ludzie rzadziej się kłaniali. Rozmowy przy jej pojawieniu się czasem nagle się przerywały. Na jednym z zebrań rodzicielskich młoda kobieta, znana ze swojej bezczelności, powiedziała na głos:
— A może dzieciom przydzielić innego nauczyciela? Żeby mieli przed oczami normalny przykład?
Teresa choćby nie od razu zrozumiała, co ta kobieta ma na myśli. Zgubiła się. Wicedyrektorka Joanna Kaczmarek pospieszyła przerwać przykrą rozmowę i przejść do innego tematu. Ale było już za późno. Plotka zdołała zatruć wszystko wokół.
W połowie maja Teresę zaprosił do siebie dyrektor szkoły Mieczysław Lenart. Mężczyzna miał około pięćdziesięciu pięciu lat. Głupcem go nazwać nie można było, jednak ostrożność w nim czasem przechodziła wprost w tchórzostwo. Długo przekładał długopis z jednej ręki do drugiej, odchrząkiwał, zbierał myśli. Wreszcie powiedział:
— Pani Tereso, wybaczy pani, iż zadaję takie pytanie… Ale rodzice zaczęli się niepokoić. choćby pisma piszą. Mówią o obliczu moralnym nauczyciela… No, pani rozumie.
— Nie — odpowiedziała Teresa. Pod stołem jej palce zacisnęły się na pasku torebki tak, iż pobielały kostki, choć głos pozostał równy. — Nie rozumiem. Proszę wyjaśnić konkretnie.
Mieczysław spłonął rumieńcem.
— Ano… krążą rozmowy, iż pani… Że pani jest w ciąży.
— I co dalej?
— No w sensie — co?! — dyrektor się zmieszał. — A… kto jest ojcem?
Teresa podniosła się z krzesła. Krzesło zaskrzypiało na podłodze. Dyrektor drgnął.
— Panie Mieczysławie, nie jestem zobowiązana zdawać panu relacji z mojego życia osobistego. Ale skoro to pana tak interesuje, powiem wprost: nie, nie jestem w ciąży. Żadnego „ojca" nie ma, bo nie ma dziecka. Mam problemy zdrowotne. Przechodzę badania i czekam na wynik. Taka odpowiedź pana satysfakcjonuje?
— Oczywiście, oczywiście… — dyrektor gwałtownie pokiwał głową. — Ja adekwatnie tak przypuszczałem. Niech pani wybaczy. Po prostu rodzice…
Teresa nic już nie dodała i wyszła z gabinetu. Przeszła przez szkolny korytarz i wstąpiła do pokoju nauczycielskiego. Tam nieoczekiwanie zrobiło się cicho. Koledzy wpatrzyli się — jedni w dzienniki, drudzy w telefony, inni po prostu w leżące na stole papiery. Tylko Joanna podeszła do niej i powiedziała ciszej:
— Teresa, nie zwracaj uwagi. Ludzie bywają głupi. Sama wiesz.
— Wiem — odpowiedziała Teresa. — Tylko łatwiej od tego jakoś nie jest.
Wieczorem usiadła na długo koło okna. Za szybą wciąż kwitła śliwa — ta sama, która rosła wzdłuż płotu. Zdjęła z regału stare zdjęcie — siebie z synem na jego rozdaniu świadectw, dwadzieścia lat temu — i przez chwilę trzymała je w rękach, gładząc kciukiem zagięty rożek. Dwadzieścia sześć lat oddała szkole. Tyle uczniów pomogła odnaleźć sobie drogę. Tylu dociągnęła do matury. Tylu chłopaków dzięki jej wymaganiom wybrało potem normalną ścieżkę. I teraz jedna brudna plotka zamieniła ją w oczach otoczenia prawie w hańbę szkoły?
Telefon niespodziewanie zadzwonił. Syn.
— Mamo, cześć. Jak tam u ciebie?
— Dobrze, Tomek. Wszystko w porządku.
— Na pewno? Coś głos ci dziwny…
— Po prostu zmęczona. Koniec roku szkolnego, zbliżają się egzaminy.
— Pilnuj się. Może przyjechać?
— Nie trzeba. Masz pracę. Sama poradzę sobie.
Skończywszy rozmowę, Teresa odłożyła telefon na stół. Powiedzieć synowi wszystko? Nie. Nie warto. Zacznie się tylko zamartwiać. A ona już i tak miała nadwyrężone zdrowie, nerwów jej nie trzeba. Jakoś się to przeżyje.
Ale już następnego dnia zadzwonił telefon ze szpitala — i wtedy wszystko ruszyło z miejsca inaczej, niż się komukolwiek wydawało.
Pielęgniarka z Nowego Targu poprosiła, żeby Teresa przyjechała na rozmowę z lekarzem jeszcze tego samego dnia, koniecznie osobiście, koniecznie z kimś bliskim, jeżeli to możliwe. Głos w telefonie był uprzejmy, ale ten ton — zbyt wyważony, zbyt spokojny — powiedział Teresie więcej niż same słowa. Nikogo bliskiego pod ręką nie miała, więc poprosiła tylko Joannę, żeby zastąpiła ją na dwóch lekcjach, złapała autobus o 11:40 do miasta i jechała sama, z teczką dokumentów medycznych na kolanach.
Doktor Halina Bursztyn, onkolog, nie owijała w bawełnę. Na biurku przed nią stał kubek z wystygłą herbatą i czarno-biały wydruk USG, na którym długopisem zakreśliła okrągły cień.
— Pani Tereso, to guz jajnika. Duży, stąd ten obwód brzucha i cały obraz, który pani obserwowała. Dobra wiadomość — jest w dużej mierze otorbiony, operacja ma realne szanse na całkowite usunięcie. Musimy działać szybko, ale rokowania są niezłe.
Teresa wyszła z gabinetu z kartą skierowania do kliniki w Krakowie. Ręce jej się trzęsły tak, iż nie trafiła od razu zamkiem do torebki, a potem, już na korytarzu, musiała usiąść na plastikowym krześle pod automatem z kawą, bo nogi odmówiły jej posłuszeństwa. Miesiąc. Miesiąc, w którym cała wieś obgadywała jej brzuch, podczas gdy w tym brzuchu rósł guz, a nie żadne dziecko.
Operację zrobiono w czerwcu, zaraz po zakończeniu roku szkolnego. Guz usunięto w całości, bez konieczności chemii — doktor Bursztyn nazwała to „dużym szczęściem przy dużej czujności". Teresa wróciła do Lipowej Góry po dwóch tygodniach, szczuplejsza, z blizną i zaświadczeniem lekarskim w teczce, które skserowała sobie w trzech egzemplarzach jeszcze w Krakowie — bo już wtedy wiedziała, co z nim zrobi.
Wiadomość o prawdziwej diagnozie rozniosła się po wsi szybciej niż sama plotka. Ktoś widział ją z bandażem przy sklepie spożywczym. Ktoś inny zapamiętał, iż karetka pogotowia stała pod jej domem w dniu wyjazdu do Krakowa. A sąsiadka z dalszej ulicy, której siostra leżała akurat na tym samym piętrze w szpitalu w Nowym Targu, powtórzyła, co usłyszała na korytarzu od pielęgniarek. Te okruchy zeszły się w wiosce w ciągu jednego dnia, i plotka, która żyła własnym życiem przez cały maj, runęła.
Pelagia Wójcik stała akurat przy furtce, gdy zobaczyła Teresę wracającą z przystanku, z torbą w ręku i bez cienia tego nabrzmiałego brzucha, o którym opowiadała całej wsi.
— Pani Tereso… — zaczęła, a głos jej się załamał. — Ja… myślałam, że…
— Wiem, co pani myślała, pani Pelagio — powiedziała Teresa, nie przystając. — Cała wieś wiedziała, co pani myślała.
Weszła do domu, zostawiła torbę na ławce w kuchni i wyjęła z teczki jeden z trzech egzemplarzy zaświadczenia, które skserowała w Krakowie. Usiadła przy stole i napisała krótkie pismo do dyrektora szkoły: rezygnację z dalszego prowadzenia zebrań klasy ósmej, z którą pracowała od lat, i prośbę o przeniesienie wychowawstwa na inną osobę od nowego roku szkolnego. Do pisma dołożyła kopię zaświadczenia lekarskiego — bez żadnego komentarza, bez jednego słowa wyjaśnienia czy wyrzutu. Niech dyrektor Lenart sam to przeczyta i sam zrozumie, co podpisał pod tamtym pismem od rodziców.
We wrześniu, na pierwszym zebraniu rady pedagogicznej, Mieczysław Lenart przeczytał rezygnację na głos, zacinając się na każdym drugim słowie, a potem długo milczał, zanim zdążył powiedzieć coś w rodzaju przeprosin. Teresa słuchała go z drugiego końca stołu, z nowym, bardziej energicznym chodem, który zauważyła choćby Joanna. Wstała pierwsza, zanim ktokolwiek zdążył dodać jeszcze słowo, i wyszła poprawić się przed lekcją.
Klasę ósmą przejęła Joanna Kaczmarek. Pelagia Wójcik jeszcze przez długi czas nie siadała już na ławce przy furtce w te godziny, kiedy Teresa wracała ze szkoły.




