Witaj, mój drogi. Ostatnio natknąłem się na kobietę, która spacerowała po wrocławskim deptaku ze swoją półtoraroczną córeczką o swojsko brzmiącym imieniu Jagoda. Patrzyła w dal, zupełnie jakby szukała na niebie odpowiedzi na to, jak gotować rosół bez kości. Gdybym do niej nie machnął z entuzjazmem, przeszłaby obok, jakby była na innym świecie. Najpierw jej twarz się rozjaśniła, ale zaraz potem znowu pojawił się wyraz a co mnie to wszystko obchodzi.
Zapytałem, co się dzieje. Wtedy wylała mi całą swoją miskę żurku nieszczęść, czyli jak to się teraz mówi syndrom rodziny w fazie remontu generalnego.
Poznali się przez wspólnych znajomych wiecie, te niekończące się wesela i imieniny ciotek, gdzie królowały dewolaje i kotlety schabowe. Narzeczeństwo było jak reklama czekolady Wedla słodko, lepko, z kolorowymi kokardkami. Po ślubie jej Janek dosłownie nosił ją na rękach, choć czasem bardziej z powodu ulewy niż romantyzmu. Szukali wspólnego języka, chociaż każdy z nich czasem mówił gwarą z innego województwa.
Aż tu nagle na świecie pojawiła się Jagoda, a z nią całkowita rewolucja w domowym harmonogramie. Janek, pracując zdalnie, nagle odkrył, iż dziecko płacze głośniej niż robotnicy pod blokiem rozładowujący cegły. Zresztą, większość nocnych pobudek i przewijania spoczywała na Ewie, ale Janek, jak każdy dobry Polak, też się czasem poczuwał do połajanki typu: A możesz już ją uspokoić?
No i przyszedł moment, kiedy Janek, kalkulując na swoim kalkulatorze z logo PKO, wyliczył, iż na jednym dochodzie nie wyjdą choćby na pierogi z mięsem, nie mówiąc o wakacjach w Kołobrzegu. Zamiast więc okazać wsparcie, postanowił podzielić się problemem po polsku czyli przerzucić go na żonę. Zaczął nalegać, by Ewa wróciła do pracy, a córkę zostawiła babci albo (co w jego kalkulacjach brzmiało optymistycznie) w żłobku na osiem godzin dziennie.
Kiedy Ewa próbowała tłumaczyć, iż jej mama ledwo ogarnia Facebooka, a teściowa boi się pampersów bardziej niż podatków, Janek tylko wzruszał ramionami i powtarzał, iż domowy budżet nie napełni się sam choćby jeżeli dziecięce skarpetki pierze się w promocji. No i zaczął sam chodzić do Biedronki, bo twierdził, iż Ewa wydaje na bzdury, czyli cytując go kolejne jogurty o smaku dzieciństwa.
Gdy tylko mogła, Ewa uciekała więc z Jagodą do najbliższego parku choćby w deszcz, bo lepiej schować się pod liściem niż w czterech ścianach z mężem-kontrolerem paragonów.
W chwili największego doła zadzwoniła do mnie z pytaniem, co robić. Rozwód? A skąd! Przecież ona, jak przystało na porządną Polkę, kocha Janka choćby za jego skarpety w sandałach. A i Jagoda, wiadomo, musi mieć oboje rodziców to nie czas na rodzinne rewolucje.
A poza tym miała już dość słuchania, iż nie zarabia, jakby każdy urlop macierzyński był wycieczką do SPA w Ciechocinku.
Na pożegnanie tradycyjnie rzuciłam: Dasz radę, będzie dobrze, grunt to zdrowie! Bo co mogłam jej powiedzieć, skoro sama czekam, aż kiedyś ktoś wymyśli przepis na szczęście, dostępny od ręki, jak paczka chipsów Lays w sklepie za rogiem?
No cóż, trzymam kciuki i liczę, iż kiedyś, na którymś wspólnym spacerze, spotkam ją z uśmiechem, nie tylko dla mnie, ale i dla siebie.












