Studenckie święto czy kolejny produkt w miejskim kalendarzu? [KOMENTARZ]

tulodz.pl 2 godzin temu

Kiedy po raz pierwszy pojawiła się informacja, iż Uniwerek, Umed i Polibuda pod rękę z magistratem mają się udać w podskokach nie na osiedla akademickie, a do centrum miasta, by pobawić się na koncertach, w Łodzi zawrzało. Starzy absolwenci ronili łezkę, iż to śmierć tradycji, komercjalizacja i takie tam. Biedni żacy z kolei złapali się za kieszeń, bo do tej pory nikt im z niej pieniędzy nie wyciągał. Rok temu, owszem, impreza po raz pierwszy była biletowana, ale płacili tylko ci, którzy nie byli studentami. Teraz bilety dla nich są tańsze, ale zapłacą wszyscy, jak jeden mąż.

I tu rodzi się pytanie: o co kaman? Po co miasto kładzie łapę na studenckiej imprezie? Że bezpieczeństwo? Może i tak, bo w centrum miasta zaroi się pewnie od policji, tak jak ostatnio pod ZLM podczas protestów lokatorów. Wspólnota? Tu chyba jednak coś zgrzyta, bo już na sam pomysł środowisko studenckie się podzieliło.

Wygląda jednak na to, iż samorządy studenckie zostały mocno przyciśnięte do muru. Bo jeżeli nie wiadomo o co chodzi, to właśnie wiadomo. W jednym z komentarzy pod oświadczeniem Uczelnianej Rady Samorządu Studentów na profilu na Facebooku padło stwierdzenie, iż autorami pomysłu było miasto oraz kolegium rektorskie Uniwersytetu Łódzkiego, a potem smutny komentarz:
„Przy w tej chwili rosnących kosztach tego typu imprez, nie mieliśmy lepszej opcji. Lepiej mieć juwenalia niż nie mieć ich wcale”.
Może uczelnie i samorządy zwróciły się do miasta o wsparcie, a nasi włodarze poczuli okazję, by zrobić kolejny festiwal? A nuż nadarzy się okazja, by znów ściągnąć do Łodzi „warszawkę”? W końcu nasz wiceprezydent Tomasz Piotrowski za jeden z największych sukcesów Łódź Summer Festival uznał, iż w ubiegłym roku wielu uczestników ŁSF to byli Warszawiacy.

- Wydaliśmy więcej niż w zeszłym roku. 13,5 mln zł pykło, ale miasta jakoś skrajnie dużo nie kosztowało z uwagi na sponsorów i Łódzką Organizację Turystyczną. Poza tym to się pięknie przekłada na PR i marketing i liczbę turystów w mieście

- podsumował w rozmowie z Kanałem Zero.

No i o to chodzi. Czego się nie robi, by odebrać kolejną statuetkę i zrobić igrzyska dla - uwaga, tu padnie święte słowo łódzkich włodarzy - TURYSTÓW? Bo przecież Łódź to nie miasto dla mieszkańców, a juwenalia to nie święto dla łódzkich studentów.

Wszystko jasne. Priorytet jest taki, żeby w tym roku Trzaskowi żyłka pękła z zazdrości podwójnie. Drugi raz w wakacje po imprezie na Łódzkich Błoniach, a pierwszy juz w maju. Bo może się okazać, iż Łódź potrafi zrobić większe juwenalia niż stolica.

Na juwenaliach mają zagrać topowi polscy artyści. Jacy - jeszcze nie wiadomo, ale jaka to półka - wszyscy wiemy. I tak, kiedy na Łódź Summer Festival Warszawiacy będą pląsać za darmo w rytm „Firestartera” Prodigy (a może i Stinga), łódzcy studenci zapłacą za równie kultowy Kult z wokalistą, któremu zdarzało się zapominać słów „Celiny”, gdy zabawa rozkręcała się na dobre. Albo za występ jakiegoś innego dinozaura polskiej sceny, który od lat objeżdża juwenaliowe sceny od Lady Pank po Pidżama Porno. Choć z drugiej strony, dla równowagi pojawia się też ktoś z nowej generacji, jak Young Leosia, żeby przypomnieć, iż studenci jednak żyją w XXI wieku.

Obym się myliła. Może również na studenckie święto miasto ściągnie headlinera z prawdziwego line-upu. Pieniądze na igrzyska przecież zawsze się znajdą. Może miasto pyknie kilkaset tysięcy na jakąś gwiazdę, żeby się pięknie przełożyła na PR i marketing.

Cóż, juwenalia zawsze były trochę chaotyczne, trochę głośne i trochę pijane. Ale były studenckie. Teraz coraz bardziej przypominają mi kolejny produkt w miejskim kalendarzu festiwali.

Idź do oryginalnego materiału