Syn nie gotowy zostać ojcem… — Lekkoduch! Niewdzięczna Świnia! — wrzeszczała mama na Natalię ile…

newsempire24.com 3 godzin temu

Ladacznica! Niewdzięczna świnia! wykrzykiwała matka do swojej córki Małgorzaty, nie szczędząc jej przykrych słów. Zaokrąglony brzuch Małgosi nie powstrzymywał matczynej złości, wręcz przeciwnie tylko ją wzmagał. Wynoś się z mojego domu! Nie chcę cię więcej widzieć!

Tym razem matka naprawdę wyrzuciła ją z mieszkania. Już wcześniej zdarzało się, iż wypraszała Małgosię za różne przewinienia, ale za to, iż zaszła w ciążę, kategorycznie zabroniła jej wracać, oznajmiając, iż dom będzie dla niej zamknięty, choćby po wszystkim.

Zapłakana Małgosia, z małą walizką rzeczy, dotarła do ukochanego zagubionego Piotra. Okazało się, iż Piotr choćby nie zdobył się na odwagę, by poinformować własnych rodziców, iż Małgosia spodziewa się z nim dziecka. Matka Piotra zapytała tylko, czy nie jest za późno coś z tym zrobić”. Oczywiście było za późno ciążowy brzuszek nie pozostawiał złudzeń. Małgosia była w tak wielkim szoku, iż wszystko jej było obojętne, byleby tylko ktoś jej pomógł. Choć jeszcze miesiąc temu zapierała się rękami i nogami przeciwko rozwiązaniu, które proponowała jej matka, teraz ogarniała ją rozpacz i lęk o jutro.

Mój syn nie jest gotowy zostać ojcem zdecydowanie powiedziała matka Piotra. Jest młody, zmarnowałabyś mu życie. Oczywiście, w miarę możliwości pomożemy. A na teraz załatwiłam ci miejsce w ośrodku wsparcia dla takich jak ty niepotrzebnych nikomu ciężarnych głupich dziewczyn.

W ośrodku Małgosia dostała mały pokoik. To właśnie tam pierwszy raz od dawna mogła odetchnąć z ulgą, uspokoić się i naprawdę się wyspać. Nikt jej nie dokuczał, a specjaliści przygotowywali ją do porodu zarówno psychicznie, jak i fizycznie. Kiedy w końcu w jej rękach położono maleńki zawiniątek nowonarodzoną córeczkę Małgosię ogarnął lęk, wręcz panika. Gdy opanowała pierwsze emocje, zaczęła uważnie przyglądać się dziecku, podziwiać ten cud jej malutką Zosię.

Zbliżały się Święta Bożego Narodzenia, jednak zamiast radosnych przygotowań, Małgosia usłyszała ostrzeżenie musi szukać nowego schronienia, bo na jej miejsce czeka już inna potrzebująca. Siedząc w pokoiku, tuląc miesięczną Zosię, Małgosia nie miała pojęcia, jak sobie poradzą skąd wezmą pieniądze, gdzie będą spać. Serce jej matki nie zmiękło; nie zechciała choćby zobaczyć wnuczki, wygumkowała je obie ze swojego życia.

No cóż, córeczko, jaki mamy smutny ten Wigilię… szepnęła Małgosia do Zosi. Przecież uwielbiała ten czas: od dziecka chodziła z kolędnikami po sąsiedztwie, znała na pamięć wszystkie kolędy i zawsze wtedy zbierała sporo złotych, odwiedzając dom po domu z gromadką dzieciaków z podwórka. Bardzo zatęskniła za tym uczuciem za atmosferą świętowania. A może by tak spróbować znowu?” przemknęło jej przez myśl. Zosia jest spokojna, opatulę ją dobrze, przyczepię chustą do siebie i pójdziemy pośpiewać. Jak ktoś nie otworzy trudno, nie wszyscy muszą przyjmować kolędników.

Następnego dnia, tuż po Wigilii, Małgosia wybrała cichą dzielnicę domków jednorodzinnych. Przewidywała, iż nieszablonowej kolędniczce nie będą zbyt chętnie otwierać. W końcu tradycja nakazuje, by kolędnikami byli młodzi chłopcy. Jednak czasem udało jej się dostać do środka, a wtedy śpiewała tak pięknie i z sercem, iż gospodarze chętnie jej dziękowali nie tylko złotówkami, ale i świątecznymi smakołykami. Szczególnie rozczulał ich widok niemowlęcia. Ludzie rozumieli, iż kobieta śpiewająca z dzieckiem po domach robi to nie z wyboru, ale z potrzeby.

Kolędowanie nie było łatwe. Jeszcze zajrzę do tej willi na rogu, może się poszczęści, tam chyba mieszkają bogaci ludzie pomyślała Małgosia. Miała już w kieszeni całkiem ładną sumę, co dodawało jej pewności.

Można zakolędować? zapytała, kiedy właściciel domu otworzył drzwi i zaprosił ją do środka. ale jego reakcja zaskoczyła Małgosię. Spojrzał jej w twarz i zbladł, jakby zobaczył ducha. Przesunął wzrok na Zosię. Drżał, osunął się ciężko na kanapę.

Jadwigo? wyszeptał słabym głosem.

Słucham? Nie, ja nazywam się Małgorzata… Musi mnie pan z kimś pomylić.

Małgorzata…? Jesteś taka podobna do mojej żony… I ta dziewczynka… Ja też miałem córkę… Ale obie zginęły w wypadku. Ostatnio śniło mi się, iż wróciły… A tu stoisz ty… Czy to w ogóle możliwe?

Ja… sama nie wiem, co powiedzieć…

Proszę, wejdźcie, usiądźcie. Opowiedz mi swoją historię, bardzo proszę…

Małgosia początkowo przestraszyła się obcego mężczyzny. Wydawał się zbyt wzruszony i niepewny. Jednak pomyślała, iż i tak nie ma dokąd iść, weszła więc do przestronnego salonu samotnego mężczyzny. Na ścianie zauważyła zdjęcie kobiety z dzieckiem zmarła żona rzeczywiście była do niej bardzo podobna…

Wtedy Małgosia zaczęła opowiadać swoją historię. Mówiła bez powstrzymania, szczegółowo i szczerze. Po raz pierwszy ktoś słuchał jej z uwagą. Mężczyzna słuchał w ciszy, jakby każde jej słowo było najważniejsze na świecie. Często zerkał na Zosię, która słodko spała, czasem uśmiechając się przez sen. Może wyczuwała, iż trafiły wreszcie do domu, który już niedługo stanie się dla nich prawdziwie rodzinnym…

Życie nauczyło Małgosię, iż choćby pośród największej samotności i rozpaczy nigdy nie można tracić nadziei. Los potrafi połączyć zupełnie obcych ludzi pod jednym dachem i dać im szansę na nową, lepszą historię jeżeli tylko pozwolą sobie na odrobinę otwartości i wzajemnej życzliwości.

Idź do oryginalnego materiału