SZCZĘŚLIWY PRZYPADEK
Dorastałem bez ojca w wychowaniu pomagały mi mama i babcia. Brak taty zacząłem odczuwać już w przedszkolu. W podstawówce zazdrościłem rówieśnikom, którzy szli dumni z tatusiami, jeździli z nimi na rowerze czy samochodem, bawili się razem. Najbardziej dotykało mnie to, kiedy tatusiowie żegnali dzieci pocałunkiem, brali na ręce i wszyscy razem śmiali się serdecznie. Patrzyłem na nich z ukrycia i myślałem: To musi być prawdziwe szczęście
Swojego ojca też widziałem ale tylko na jednej fotografii, gdzie uśmiechał się ale nie do mnie. Mama mówiła, iż tata pracuje jako polarowiec, gdzieś na dalekiej północy, tak daleko, iż nie może przyjechać, ale zawsze przysyła mi prezenty na urodziny.
W trzeciej klasie odkryłem bolesną prawdę: żadnego taty-polarowca wcale nie mam i nigdy nie miałem. Przypadkiem usłyszałem, jak mama mówiła babci, iż nie ma już siły dalej mnie zwodzić i przekazywać prezenty w jego imieniu. Wspominając, iż tata nigdy nie zadzwonił ani na moje urodziny, ani na Boże Narodzenie… Chociaż żyje dostatnio, odwrócił się od nas, a jedyne wsparcie, jakie czuję, to ta odległa, mistyczna więź, prezent na specjalny dzień.
Przed kolejnymi urodzinami oświadczyłem mamie i babci, iż nie chcę żadnych prezentów od ojca, który nie istnieje. Wystarczy mój ulubiony tort ptasie mleczko i to wszystko.
Żyliśmy bardzo skromnie, na dwie niewielkie pensje mamy i babci. Jako student dorabiałem jako tragarz na dworcu i w sklepach. Pewnego razu sąsiad Sławek zaproponował mi, żebym za niego poprowadził zabawę jako Święty Mikołaj w ostatnie dni przed Świętami, w przedszkolach i domach rodzinnych na zamówienie. Do przedszkoli choćby się nie zgłaszałem wydawało mi się to zbyt trudne, cała oprawa, występ z Śnieżynką. Ale na wizyty do mieszkań, wyłącznie jako Mikołaj, zgodziłem się.
Sławek przekazał mi notes z wierszykami, zagadkami i adresami zamawiających. Program był prosty, zapamiętałem go szybko. Strach przed kompromitacją nie opuszczał mnie jednak. Pierwsze wyjście, ku memu zdziwieniu, wypadło znakomicie. Odwiedziłem dzieci według listy, wróciłem zmęczony, ale dumny, iż się nie zbłaźniłem. Policzyłem zarobek i niemal zatańczyłem ze szczęścia przez pół roku weekendowej dorywczej pracy nie uzbierałem tyle, ile zarobiłem przez kilka dni jako Mikołaj.
Od tamtej pory zimą pracowałem jako Mikołaj systematycznie, a latem jeździłem z ekipą studencką na budowy.
W czasie studiów prywatne życie nie układało się najlepiej nauka i praca dorywcza nie pozwalały mi na więcej. Z dziewczynami bywało, ale do poważnego związku nie dochodziło. Wierzyłem, iż po studiach, gdy zdobędę dobrą pracę i zarobki, poukładam sobie życie wtedy mogę pomyśleć o rodzinie.
Kiedy już ukończyłem politechnikę i pracowałem jako inżynier, choć jeszcze na początku kariery, wpadłem na pomysł, by kupić używany samochód. Mimo poprawy domowych finansów, na auto przez cały czas brakowało funduszy. Postanowiłem więc kolejny raz dorobić jako Mikołaj.
Mama wyjęła z szafy mój stary strój, zeszło z niego mnóstwo brokatu, a biała broda była puszysta i dobrze maskowała twarz. Dołożyłem gęste brwi, popatrzyłem w lustro i stwierdziłem, iż wyglądam nieźle. Mama westchnęła: Arturze, czas pomyśleć o swoich dzieciach, a nie ciągle innym sprawiać radość.
Spokojnie, mamo, jeszcze zdążę i całując ją w policzek, ruszyłem do pracy.
Na tydzień przed świętami dałem ogłoszenie do lokalnej gazety dostałem piętnaście zleceń. Odwiedziwszy sześć adresów i wykreśliwszy je z listy, spojrzałem na kolejny: ul. Sadowa 6, mieszkanie 19.
Wysiadłem z autobusu i ruszyłem w kierunku domu. Sadowa niemal na peryferiach, słabo oświetlona. gwałtownie znalazłem numer 6, wszedłem na II piętro, zadzwoniłem do drzwi.
Otworzył mi chłopiec około pięciu-sześciu lat.
Na polanie pod lasem, w chatce z drewna zacząłem zgodnie z repertuarem.
Ale chłopiec przerwał mi: My Mikołaja nie zamawialiśmy!
A ja nie jestem zamawiany, sam chodzę do grzecznych dzieci! odparłem zręcznie, choć z lekkim wahaniem. Mama, tata w domu?
Nie, mama poszła do babci Tosi zrobić zastrzyk. Zaraz wróci.
A ty jak masz na imię?
Artur.
No proszę, imiennik zaskoczony pomyślałem.
Oczywiście nie zdradziłem chłopcu, iż też jestem Artur. Przecież byłem Mikołajem! Arturku, gdzie masz choinkę?
W swoim pokoju.
Wziął mnie za rękę i zaprowadził do pokoiku, a całe mieszkanie urządzone było skromnie, ale przytulnie. Na stoliku przy łóżku, zamiast choinki, w trzyłitrowym słoiku stała gałązka sosny, ozdobiona małymi bombkami i kolorową girlandą. Obok na stoliku dwa zdjęcia kobiety i mężczyzny.
Spojrzałem uważniej i dosłownie zamarłem Z jednego zdjęcia patrzyłem na siebie to było moje zdjęcie z czasów studiów, w kurtce. A obok zdjęcie kobiety Elżbiety Górskiej. Poznaliśmy się kiedyś latem na wyjeździe studenckim jej spojrzenie było smutne, chociaż pamiętałem je jako pełne radości.
Kto to? spytałem, aż się głos załamał ze wzruszenia.
To mama.
Twoja?
Tak.
Jej imię Elżbieta? wymsknęło mi się.
Ojej, zgadł pan! Pan jest prawdziwym Mikołajem! Myślałem, iż nie istnieją!
A tutaj kto? wskazałem na swoje zdjęcie, już przeczuwając prawdę.
To mój tata! Jest prawdziwym polarowcem! Wyobraża pan sobie żyje i pracuje na wielkiej krze lodowej! Mama mówiła, iż wyjechał, gdy byłem bardzo mały i go nie pamiętam. Ale zawsze przysyła mi prezenty na urodziny i Boże Narodzenie. W tym roku też znajdę prezent pod poduszką, bo Mikołaj lubi je tam chować.
Poczułem, jak miejskie życie mnie ściska za serce, jakbym przeniósł się w swoje własne dzieciństwo tata polarowiec Czy każda mama dzieci ojców-wygnańców wysyła ich na północ, by tam znikali jak duchy?
Zasłabłem, jakby los wymierzył mi cios w serce.
Przypomniałem sobie naszą krótką, burzliwą znajomość z Elżbietą Wymieniliśmy się numerami telefonów przed rozstaniem, ale zaraz po powrocie ktoś ukradł mi komórkę i już nigdy nie zadzwoniłem. Często o niej wspominałem, ale studia, praca, spotkania z innymi przysłaniały mi pamięć…
A przecież ona mieszka dalej w tym samym mieście, nie zapomniała mnie, samotnie wychowuje naszego synka i moje zdjęcie stoi obok jej.
Już miałem powiedzieć Arturkowi, iż jestem jego ojcem, gdy nagle drzwi się otworzyły i weszła Elżbieta.
Synku, przepraszam za spóźnienie, musieliśmy wezwać karetkę dla babci Tosi i zawieźć ją do szpitala.
Zobaczywszy mnie zamarła: Ojej, a my Mikołaja nie zamawialiśmy!
Łzy szczęścia popłynęły mi po policzkach. Ściągnąłem czapkę z brodą, zdjąłem sztuczne brwi
Artur?! zaniemówiła Elżbieta.
Upadła na taboret w przedpokoju i rozpłakała się tak głośno, iż Arturek aż się przestraszył.
Ale Elżbieta dla synka gwałtownie się opanowała.
Powiedziałem Arturkowi, iż przyjechałem z dalekiej północy, żeby zrobić niespodziankę jemu i mamie jako Mikołaj. euforia Artura nie miała granic śmiał się, recytował wiersze, chwytając nas za ręce, jakby bał się, iż znowu będę daleko.
Nie myślał o prezencie wierzył, iż Mikołaj i tak go tam schowa.
A Artur zasnął, my z Elżbietą rozmawialiśmy do rana, jakby nie było lat rozłąki. Rano pobiegłem do sklepu po kolejny prezent i dopiero wtedy zdałem sobie sprawę z pomyłki weszłem do klatki 6A zamiast 6. Nocą nie zauważyłem tej literki.
Ale to właśnie był TEN dom ten, w którym musiałem się znaleźć!
Co za szczęśliwy, losowy przypadek myślałem z uśmiechem.
Teraz jesteśmy we troje! I jesteśmy naprawdę szczęśliwi!
Mama i babcia są zachwycone wnukiem i prawnukiem Arturem Arturowiczem!










