Gdy Magda dowiedziała się, iż nosi pod sercem dziecko, jej świat na chwilę się zatrzymał. Jej rodzina z Opola dosłownie zamarła ze zgrozy, patrząc na nią jakby widzieli kogoś zupełnie obcego. Matka, Elżbieta, zamarła z kubkiem herbaty w dłoni, a ojczym, pan Zbigniew, wpatrywał się przez okno na ruchliwą ulicę, próbując powstrzymać gniew i rozczarowanie. Nie mogli zaakceptować, iż Magda związała się z kimś, kto, jak sądzili, prędzej czy później odejdzie, zostawiając ją ze wszystkim samą.
Magda była zwyczajną dziewczyną z porządnego, opolskiego bloku, wychowaną w stabilnym, choć przeciętnym domu. Jej biologiczny ojciec wyjechał do Niemiec, gdy była mała, a Zbigniew wypełnił ojcowską lukę najlepiej jak umiał. Rodzice wspierali ją w szkole, dopingowali przed maturą, choć z angielskim zawsze miała kłopoty, a rekrutacja na studia do Uniwersytetu Opolskiego wisiała na włosku.
Szukała rozwiązania prywatnych lekcji. Przez ogłoszenia trafiła na Pawła, młodego, energicznego absolwenta anglistyki z Krakowa, który po prostu rozjaśniał wszystko wokół siebie swoim śląskim entuzjazmem. Początki były trudne poprawianie gramatyki, codzienne zadania domowe, frustracja i złość. Ale z czasem Paweł pokazał jej świat od nowej strony. Zaczęli spotykać się nie tylko na korepetycjach, ale na kawie, w kinie… Uczucie rozkwitło szybciej, niż się spodziewali. Oboje nie mogli już bez siebie żyć.
Wiadomość o ciąży była jak grom z jasnego nieba. W rodzinne mieszkanie wkradły się szeptane domysły i rozmowy przez ścianę. Elżbieta codziennie wychodziła na dłuższe spacery, a Zbigniew zaczął unikać wspólnych posiłków. Przewidywali przyszłość Magdy samotne wychowywanie dziecka, trudności finansowe, pogardliwe spojrzenia sąsiadek na podwórku, które nie przegapiały żadnego szczegółu. Trudno było im sobie wyobrazić, iż wnuczka może wyglądać inaczej niż dzieci w ich rodzinie od pokoleń.
Kiedy Paweł dostał świetną pracę w Warszawie, musiał wyjechać. Jednak codziennie rozmawiali przez telefon, dzielili się każdym dniem, zdjęciami, nowymi planami. Magda rodziła sama w szpitalu na Wodociągowej; płakała z tęsknoty, gdy trzymała malutką Julię na rękach i słuchała Pawła przez głośnik telefonu. Wrogość rodziny bolała ją bardziej niż poród. Czuła, iż musi odejść spakowała walizki i przeniosła się do Warszawy, żeby być bliżej Pawła.
Życie w stolicy ich nie oszczędzało. Wynajmowane mieszkania, ciągłe zmiany pracy, oszczędzanie każdego grosza. Warszawski gwar przytłaczał, ale byli razem. Po kilku latach, gdy Magda zaszła w drugą ciążę, ich szczęście zakwitło na nowo. Druga córeczka, Zosia, przyniosła do ich życia spokój i nadzieję. Jednak rodzinne telefony milkły. Elżbieta wysyłała tylko krótkie smsy na święta, a Zbigniew choćby wtedy potrafił nie odebrać.
Magda nigdy nie żałowała swojego wyboru. Choć droga okazała się wyboista, nie zamierzała zostawić Pawła dla domowego spokoju, który byłby tylko pozorny. Oboje zaczęli marzyć o nowym początku, z dala od szemrzących sąsiadek i rodzinnych pretensji. Kanadyjski Toronto wydało się miejscem, gdzie nikt nie zwraca uwagi na nazwisko czy kolor włosów. Ich marzenie o tolerancji i normalności odżyło w planach, które nocami rysowali na mapie świata, wyliczając złotówki na bilet samolotowy i spokojniejszą przyszłość dla córek.







