Tajemnicza korespondencja męża
Poranek u Ani i Marka zaczął się od totalnego chaosu. Przespałem budzik, więc razem z żoną rzuciliśmy się po mieszkaniu, próbując jednocześnie ogarnąć się do pracy i spakować synka, Krzysia, do przedszkola.
Kochanie! Zabierzesz dzisiaj Krzysia? zawołała Ania z sypialni, jednocześnie zakładając spodnie i pakując plecaczek.
Jasne! odkrzyknąłem. Gdzie są moje klucze?
Nie widziałam! odburknęła, biegając w panice i szukając telefonu. W końcu złapała aparat i zaczęła ubierać Krzysia, który bawił się samochodzikami i w ogóle nie zwracał uwagi na zamieszanie.
Dotarłem z Anią i Krzysiem do przedszkola w pięć minut. Ania zaczęła rozbierać synka, ale zamek w kurtce zaciął się na dobre. Wtedy spojrzała na małego, a on nagle rozpłakał się.
Mamo, nie chcę do przedszkola zaczął szlochać, marszcząc czoło i zaciskając pięści.
Krzysiu, proszę cię, nie zaczynaj. Naprawdę się spieszymy! Ania próbowała się opanować, ale dawało się słyszeć drżenie w jej głosie. Ukucnęła, głaskała syna po głowie i usiłowała go przekonać: Spotkasz się z kolegami, będzie super
Nic nie pomagało. Chłopiec uparcie stał w miejscu, a płacz tylko narastał. Wyszła wychowawczyni, uśmiechnęła się łagodnie i wzięła synka za rękę.
Proszę się nie martwić, Aniu powiedziała. Damy sobie radę. Krzysiu, chodź do dzieci, już na ciebie czekają.
Ania odetchnęła, ale natychmiast poczuła potężną falę stresu. Spojrzała na zegarek i szepnęła do siebie:
Matko, ile już jestem spóźniona Masakra.
Wybiegając z przedszkola, postanowiła zadzwonić do klientki i uprzedzić o poślizgu. Złapała telefon, zaczęła szukać numeru, ale nic nie pasowało. Przyjrzała się dokładniej w ręku trzymała nie swój, tylko mój telefon. W zgiełku pomyliliśmy obudowy. Przeklęte identyczne futerały, przeklęte jednakowe hasła.
No świetnie mruknęła, próbując wymyślić, jak zadzwonić do klientki. Musiała zadzwonić do mnie na swój telefon, żeby wysłać potrzebny numer.
Nim zdążyła to zrobić, mój telefon zawibrował. Na ekranie pojawiło się powiadomienie:
Dymi: I jak z tą laską z siłowni? Dała ci numer?
Ania zamarła i przeczytała komunikat kilka razy. Potem, jakby w transie, otworzyła rozmowę i zaczęła czytać dalej.
Dymi: To co, zdobyłeś jej zaufanie?
Marek: Tak, dała numer. Ustalone, iż w weekend. U mnie.
Ania czytała to w przerażeniu. W ten weekend? Miała przecież wieźć Krzysia do swojej mamy i tam przenocować
O Matko wyszeptała, czując ścisk w sercu. Lepiej, żebym tego nie wiedziała. Przeklęte identyczne obudowy
Bardzo trudno było zachowywać się normalnie. Każda rozmowa, każde spojrzenie na Marka stały się próbą charakteru. Do soboty zostały trzy dni, ale Ania już pogrążała się w myślach, nie wiedząc, jak postąpić. Próbowała sobie wmówić, iż to tylko przypadek, może coś źle zrozumiała. Ale wciąż słyszała w głowie te słowa: W weekend. U mnie.
Ja natomiast zachowywałem się normalnie, byłem opiekuńczy, pomagałem w domu, wieczorami pytałem o jej dzień i tuliłem Krzysia do snu. Ania patrzyła mi w oczy, szukając odpowiedzi. Ani śladu winy to przeraziło ją najbardziej.
W środę siedzieliśmy razem, oglądając film. Objąłem ją za ramiona, tak jak dawniej, a ona milczała, zaciskając usta, żeby nie rozpłakać się przy mnie. Każdy mój gest był dla niej podejrzany, jakby za tym kryło się coś niewypowiedzianego.
W piątek położyliśmy Krzysia spać. Ania stała przy zlewie, bawiąc się wodą, kiedy podszedłem od tyłu, objąłem ją w pasie i szepnąłem:
Jakaś jesteś dzisiaj smutna, wszystko w porządku?
Zastygła na chwilę, przeszedł ją zimny dreszcz.
Tak, wszystko ok, po prostu trochę zmęczona odpowiedziała z wymuszonym uśmiechem.
Rozumiem pocałowałem ją w czubek głowy.
W nocy z piątku na sobotę, kiedy zasnąłem, Ania cicho poszła do łazienki, zamknęła się i usiadła na wannie. Woda płynęła, a ona płakała.
Dlaczego? szlochała cicho. Dlaczego właśnie teraz?
W kółko zadawała sobie te pytania, ale brakowało odpowiedzi. Myśli tłukły się po głowie.
Jak on mógł? Co mam zrobić? Powiedzieć mu, czy po prostu zniknąć?
Ból ściskał ją w piersi, w głowie mieszały się: lęk, żal i niedowierzanie.
Jedno tylko wiedziała na pewno rano znów będzie musiała założyć maskę. Jutro nadejdzie prawda.
W sobotę rano Ania zawiozła Krzysia do swojej mamy. Była totalnie rozbita, choćby nie patrzyła nikomu w oczy. Matka natychmiast wyczuła, iż coś się dzieje.
Aniu, wszystko dobrze? zapytała, obejmując córkę.
Ania tylko się uśmiechnęła i rzuciła lekko:
Tak, mamo, wszystko w porządku. Spieszę się Chcę zrobić Markowi niespodziankę. Pocałowała Krzysia i wybiegła do auta, nie oglądając się za siebie.
Całą drogę do domu Anię telepało. Myślała: Może on tylko idzie do kolegi? Może ta dziewczyna wcale nie przyjdzie? Może sobie coś wymyśliłam?
Chciała przyłapać męża na gorącym uczynku, a jednocześnie modliła się, by wszystko okazało się nieporozumieniem. Była rozdarta. Najchętniej zamknęłaby oczy i miała nadzieję, iż koszmar pęknie jak bańka.
Kiedy już zaparkowała pod blokiem, długo nie wysiadała. Przed oczami miała wszystkie szczęśliwe chwile: wspólne żarty w kuchni, spacery z Krzysiem, wieczory z winem i filmem. Rodzina wydawała się tak silna i szczęśliwa, iż teraz, siedząc sama w aucie, Ania czuła, jakby każda minuta opóźniała wyrok.
W końcu weszła na klatkę, zatrzymała się przed drzwiami. Klucz trząsł jej się w ręku, ale przekręciła go powoli i weszła. W mieszkaniu było ciemno, tylko z kuchni sączyło się światło lampki. Od razu usłyszała szept, cichy śmiech.
To on przemknęło jej przez myśl. Stało się.
Poczuła zawrót głowy. Krok po kroku szła w stronę kuchni. Serce waliło jej w piersi jak szalone.
Marek? szepnęła i nie poznała własnego głosu.
Powtórzyła głośniej:
Marek?!
Nie dostała odpowiedzi. Weszła do kuchni i… zobaczyła dwóch ludzi mężczyznę i kobietę. To nie był jej mąż. To był Dymitr, mój najlepszy przyjaciel. Ania na chwilę zamarła, Dymitr obrócił się gwałtownie i zbladł.
Anka! To nie tak, jak myślisz Ja po prostu Przecież wiesz, jak u mnie w domu jest? No Anka! No przecież nie będę iść do matki zaczął się tłumaczyć.
Ania niczego nie słyszała, tylko patrzyła na nich nie rozumiejąc. W głowie huczało. Łzy same zaczęły spływać po policzkach, ale choćby się uśmiechnęła.
Już rozumiem, Dymitrze powiedziała cicho, nie mogąc opanować emocji. Idę sobie.
Powoli wyszła z mieszkania. Chłodne powietrze owiało jej twarz, a ona sama była rozbita. Wyjęła telefon, trzęsącymi się dłońmi wykręciła mój numer.
Halo powiedziałem do słuchawki, a ona nie wiedziała, co powiedzieć. Wyrwało się tylko zwariowane, głupie wyznanie:
Kocham cię Bardzo mocno
Przez łzy i nerwowy śmiech próbowała wydusić cokolwiek sensownego, ale zalewały ją emocje. Wszelkie domysły i lęki pękły. Myśli biegały w różne strony.
Byłam w domu Tam Dymitr wyszeptała do słuchawki.
Rozumiem… Przepraszam, nie złość się, błagam. Siedzę w biurze, przyjedź do mnie! Słyszysz? Proszę cię Znasz Dymitra. Wpadniesz?
Już jadę
Ania wsiadła do auta pełna ulgi i tęsknoty, chcąc objąć mnie jak najszybciej.
Po chwili siedzieliśmy razem na podłodze w salce konferencyjnej, przed nami stała butelka polskiego wina. Ania położyła głowę na moim ramieniu, ściskając kieliszek w dłoni.
Przepraszam, nie chciałam podglądać twojej korespondencji. Nigdy wcześniej tego nie robiłam
Kochanie, to ja przepraszam, iż pozwoliłem ci przez to przechodzić. Powinienem był powiedzieć ci o wszystkim wcześniej.
Dlaczego Dymitr cię o to prosił?
Bo jestem jego najlepszym kumplem. A dzień wcześniej kompletnie palnął przed tą dziewczyną.
Jak to?
Wpadł na nią ze swoim energetykiem i oblał jej biały garnitur. Była cała niebieska Potem zachowywał się jak dzieciak z podstawówki. Nie umiem! Boję się! Marek, pomóż!.
Zacząłem przedrzeźniać głos przyjaciela. Ania aż się roześmiała.
To mój najlepszy przyjaciel. Szkoda mi go. Wziąłem od niej numer, poprowadziłem rozmowę za Dymitra, dodałem trochę humoru, no i udało się.
Ale po co wciągał ją do naszego mieszkania? Przecież mógł iść do hotelu
Przypomnij sobie, dlaczego ciągle mieszka z mamą.
Bo nie chce wydawać na wynajem No i mama robi kotlety i pierze skarpetki
No właśnie popatrzyłem znacząco na żonę.
On jest mistrzem oszczędzania! śmiała się Ania.
Przyjaźnimy się od podstawówki, może jestem jedynym, przed którym nie wstydzi się tego pokazać
No, Marku, masz złote serce. Naprawdę!
Ania pokręciła głową.
Stop. A jeżeli oni dalej tam są? Przecież nie będziemy spać w twoim biurze Do domu mi się nie spieszy Niech jeszcze posprzątają.
Pocałowałem ją.
Ja nie jestem taki dusigrosz jak on. Należy nam się romantyczny wieczór.
Naprawdę? Jedziemy do hotelu?
Pokiwałem głową i wstałem, po czym wziąłem ją na ręce. Śmiała się i próbowała się wyrwać, ale mocno ją objąłem.
Dostarczę cię do hotelu całą i zdrową!
Ania śmiała się na cały głos, nie mogąc uwierzyć, iż jeszcze niedawno w duszy żegnała swoje małżeństwoZamknęliśmy biuro i ruszyliśmy w noc, śmiejąc się po drodze z całego zamieszania. W samochodzie Ania w końcu wypuściła z siebie głęboki oddech, jakby zrzucała z pleców cały ciężar minionych dni.
Marek, obiecaj mi jedno powiedziała nieoczekiwanie miękko. Następnym razem, zanim wpuścisz do naszego mieszkania cokolwiek, co ma dłuższe włosy niż Krzysiu, daj mi znać, dobrze?
Przysięgam. I obiecuję, iż już zawsze będziemy rozmawiać o wszystkim. choćby o głupotach Dymitra.
Pocałowała mnie delikatnie w policzek, a później, trzymając moją dłoń, patrzyła w okno. Za szybą światła migały, ulice pustoszały.
W hotelu, gdy w końcu znaleźliśmy się w pokoju, najpierw oboje kręciliśmy się w nieporadnym, radosnym tańcu śmiejąc się, przewracając się na łóżko w ubraniach, jakbyśmy znowu byli nastolatkami. Czułem jej ciepło, jej śmiech rozpraszał resztki smutku.
Wiesz, Marek przez te kilka dni bardziej niż kiedykolwiek zrozumiałam, co dla mnie znaczysz. Bałam się stracić coś, co po prostu jest prawdziwe.
Objąłem ją mocniej.
Już nigdy nie pozwolę, żebyś poczuła się samotna przez moje głupoty. Jesteś dla mnie domem.
W tej chwili świat po drugiej stronie hotelowego okna przestał istnieć. Zostaliśmy tylko my trochę pokiereszowani, trochę rozbawieni, ale przede wszystkim pewni, iż choćby pośród największego zamieszania, wyciągniemy do siebie ręce.
Kiedy później usnęliśmy wtuleni w siebie, wiedziałem, iż przejrzystość, śmiech i odrobina szaleństwa to nasz sekret. I, iż nie zamieniłbym tej naszej niedoskonałej codzienności na żadne choćby najgłośniejsze romanse czy wielkie tajemnice.
Bo w końcu okazało się, iż największa tajemnica naszego małżeństwa to po prostu miłość silniejsza od niedomówień i cudzych pomyłek. Tego wieczoru w hotelu naprawdę poczuliśmy, co to znaczy być razem na dobre i na całkiem zwariowane.










