Dziennik Otylii
Dzień zaczął się dziś w biegu. Ja i Marek, jak zwykle, nie usłyszeliśmy budzika i wszystko posypało się jak domino. Próbowałam jednym okiem wciągnąć rajstopy, a drugim ogarniać plecak Jaśka do przedszkola, a Marek latał zdezorientowany po mieszkaniu, wołając o klucze.
Kochanie! Odbierzesz dziś Jaśka z przedszkola? zawołałam z sypialni, szukając w pośpiechu spodni i próbując nie zgubić skarpetki.
Jasne! odpowiedział Marek, ale zaraz potem: Gdzie są moje klucze?!
Nie widziałam! zirytowałam się, biegając po pokoju w poszukiwaniu telefonu. W końcu go znalazłam i ruszyłam ubierać Jaśka, który zupełnie nie przejmował się porannym chaosem i spokojnie bawił się samochodzikami.
Większość drogi do przedszkola przebiegła w milczeniu; byłam jak na autopilocie. W szatni próbowałam gwałtownie rozpiąć kurtkę synka, ale zamek znów się zaciął. Zerknęłam na Jaśka i zobaczyłam łzy, które pojawiły się w jego oczach.
Mamo, nie chcę dziś do przedszkola zaczął cicho, marszcząc czoło i zaciskając piąstki.
Przyklękłam przy nim, starając się mówić łagodnie, choć miałam wrażenie, iż sama zaraz się rozpłaczę.
Synku, proszę, nie zaczynaj. I tak się spieszymy W przedszkolu będzie fajnie, spotkasz kolegów, pobawisz się
Moje słowa nie pomogły. Synek coraz bardziej się buntował i zostawił mnie w totalnej bezsilności. Wtedy wyszła pani Maria, wychowawczyni.
Spokojnie, pani Otylio uśmiechnęła się ciepło. Poradzimy sobie z Jaśkiem. Chodź, chłopcze, twoi koledzy już są.
Poczułam ulgę i narastającą spiralę stresu. Jak na złość właśnie dziś znów się spóźniam.
Wybiegając w pośpiechu, sięgnęłam po telefon, aby zadzwonić do klientki i przeprosić za spóźnienie. Przesunęłam palcem po ekranie, by znaleźć numer, ale coś mi się nie zgadzało. Przypatrzyłam się to nie był mój telefon. W pośpiechu z Markiem zamieniliśmy się komórkami. Przeklęte jednakowe etui, przeklęte powtarzające się kody
No świetnie powiedziałam sobie pod nosem, próbując wymyślić, jak skontaktować się z klientką. Musiałam zadzwonić do Marka i poprosić o przysłanie mi jej numeru.
Nagle komórka Marka zawibrowała. Na ekranie wyświetliła się wiadomość:
Damian: I jak tam z tą dziewczyną z siłowni? Dała ci numer?
Serce mi stanęło. gwałtownie przetarłam oczy i przeczytałam jeszcze raz. Otworzyłam rozmowę i zobaczyłam dalszą wymianę:
Damian: No i co, wszedłeś w jej łaski?
Marek: Tak, dała numer. Umówiliśmy się na weekend. U mnie.
Czytałam w kółko słowa męża. W ten weekend. U mnie. Przecież wiedział, iż w ten weekend zawiozę Jaśka do mamy i zostanę tam na noc
O Boże wyszeptałam, czując, jak złość miesza się z rozgoryczeniem. Lepiej było nie otwierać tej rozmowy Przeklęte identyczne etui.
Wróciłam do domu z duszą na ramieniu. Codzienność zamieniła się w ciężki teatr musiałam sprawiać wrażenie, iż nic nie wiem. Każdy dzień był mordęgą. Gdy patrzyłam na Marka, słyszałam w myślach tamto: W ten weekend. U mnie. Starałam się wierzyć, iż może coś źle zrozumiałam, iż to tylko niefortunny żart. Ale za każdym razem, gdy na niego patrzałam, emocje brały górę.
A Marek? On niczego nie zauważał. Był taki, jak zawsze troskliwy, miły, ciepły. Pomagał przy kolacji, kładł Jaśka spać. Wieczorem pytał mnie o dzień, a ja coraz bardziej zaglądałam mu w oczy, szukając prawdy. Wina? Nic po nim nie widać. To było straszne.
Środa wieczorem. Oglądaliśmy film, a Marek mnie objął. Chciałam wybuchnąć płaczem, przytulając się do niego. Czułam się obco, jakby nasze życie lada moment miało się zawalić. Każdy gest wydawał się sztuczny, a śmiech z wymuszeniem.
W piątek wieczorem, po tym jak położyliśmy Jaśka spać, zamyśliłam się przy zlewie, przesuwając ręką po strumieniu wody. Marek podszedł i objął mnie w talii.
Dziś jesteś jakaś smutna. Wszystko okej?
Dosłownie zesztywniałam.
Tak, po prostu zmęczona jestem, odpowiedziałam, próbując się uśmiechnąć.
Rozumiem, kochanie odparł, całując mnie w czubek głowy.
Tej nocy, nie mogąc zasnąć, wymknęłam się do łazienki, zamknęłam się na klucz, puściłam wodę w kranie i usiadłam na brzegu wanny. Wtedy wszystko pękło.
Czemu? szeptałam sama do siebie, łkając. Dlaczego właśnie ja?
I tak wciąż zadawałam sobie jedno pytanie: co powinnam zrobić? Powiedzieć mu wszystko prosto w oczy? Czy po prostu odejść bez słowa? Strach, zawód i rozgoryczenie walczyły jak wściekłe wilki pod żebrami.
Jedyna myśl, która była wtedy pewna: rano muszę znów założyć tę samą maskę. Jutro dzień, gdy wszystko się wyjaśni.
W sobotę rano zawiozłam Jaśka do mamy, z sercem na ramieniu. Każde słowo przychodziło mi z trudem, czułam się ciężka, zmęczona. Mama, jak to ona, natychmiast wszystko wyczuła.
Otylko, coś się stało? zapytała zatroskana.
Spróbowałam się uśmiechnąć, zbywając sprawę żartem.
Wszystko okej, mamo, tylko się spieszę Chcę zrobić Markowi niespodziankę. Cmoknęłam Jaśka w czoło i już pędziłam do samochodu, żeby nie zatrzymywać się dłużej bałam się, iż się rozkleję.
Cała droga do domu była katorgą. W głowie krążyły dziesiątki myśli: A może on idzie tylko do kumpla? Może nie przyjdzie żadna dziewczyna? Może nie zrozumiałam rozmowy? Jednocześnie chciałam go złapać na gorącym uczynku i modliłam się, by to okazało się zwykłą pomyłką.
Kiedy zaparkowałam pod blokiem, nie miałam odwagi wysiąść. Zaczęły mi się przypominać wszystkie beztroskie chwile: śmiechy w kuchni, spacery po Plantach z Jaśkiem, wieczory przed telewizorem. Rodzina wydawała się taka silna, taka szczęśliwa. Teraz czułam, iż każda sekunda, którą jeszcze spędzam sama w samochodzie, to sekunda ucieczki zaraz wszystko może runąć.
Wreszcie zebrałam się na odwagę. Drżącą ręką włożyłam klucz do zamka, przekręciłam go z wahaniem, jakbym zwlekała z wejściem do rzeczywistości. W mieszkaniu panował półmrok, tylko w kuchni świeciło przytłumione światło. Od razu usłyszałam szepty i śmiech. Wszystko we mnie naprężyło się jak struna.
To on przeszło mi przez myśl. To się dzieje naprawdę.
Kręciło mi się w głowie. Posuwałam się korytarzem niemal jak we śnie. Serce waliło mi tak, jakby chciało wyskoczyć z piersi.
Marek? wyszeptałam niemal obcym głosem.
Nie doczekawszy się odpowiedzi, weszłam do kuchni. Zobaczyłam dwie postacie mężczyznę i kobietę. Mężczyzna to nie był mój Marek. To Damian, jego najlepszy przyjaciel. Na ułamek sekundy stanęłam jak wryta. Damian, widząc mnie, aż podskoczył.
Otylia! To nie to, co myślisz… Po prostu… Otylko, przecież u nas w domu… Otylko! No gdzie miałem pójść z Anią, do mamy? zaczął tłumaczyć się jak najęty.
Nie słyszałam już słów Damiana. Stałam w miejscu i nie mogłam zrozumieć, co się adekwatnie dzieje. W uszach dzwoniło. Poczułam na policzkach łzy, a jednocześnie Zdałam sobie sprawę, iż nagle się uśmiecham.
Zrozumiałam, Dami powiedziałam cicho, z dziwną ulgą, której choćby nie chciałam analizować. Idę już.
Odwróciłam się i wyszłam. Na zewnątrz chłód owiał mi twarz i ogarnęła mnie mieszanka dezorientacji i śmiechu przez łzy. W drżących palcach odpaliłam telefon i wybrałam numer Marka.
Halo? odezwał się w słuchawce.
Nie mogłam sklecić żadnego konkretnego zdania. Z moich ust padły tylko słowa, które choćby wydały mi się zbyt banalne:
Kocham cię Bardzo cię kocham
Pomiędzy szlochem a nerwowym śmiechem próbowałam powiedzieć cokolwiek, ale nie umiałam zebrać myśli. W końcu tylko wyszeptałam do słuchawki:
Byłam w domu Tam Damian
Jasne… Przepraszam, nie gniewaj się na mnie, proszę. Siedzę teraz w biurze, przyjedź do mnie, słyszysz? Nie gniewaj się, kochana Ty przecież znasz Damiana. Przyjedziesz?
Już jadę…
Pobiegłam do samochodu z uczuciem ulgi, którego nie potrafię opisać. Chciałam go zobaczyć jak najszybciej, przytulić, upewnić się, iż to, co najgorsze, było tylko wyobrażeniem.
Kilka godzin później, siedzieliśmy z Markiem na podłodze w pustym gabinecie firmy. Przed nami butelka czerwonego wina, a ja przytulona do jego ramienia, trzymałam kieliszek, czując, jak napięcie powoli mnie opuszcza.
Przepraszam, naprawdę nie chciałam czytać twoich wiadomości. Nigdy bym tak nie zrobiła, Marek mówiłam przez zaciśnięte gardło.
To ja przepraszam. Niepotrzebnie się w to wszystko wpakowałem i nie powiedziałem ci od razu.
Ale po co Damian cię o to poprosił?
Bo jestem jego przyjacielem. Dzień wcześniej zrobił tej dziewczynie z siłowni niezłą akcję wpadł na nią i wylał na nią energetyka. Cała biała garsonka do prania… I potem, no wiesz, kompletnie się zeszmacił w oczach, jak małolat. Nie mogę! Boję się! Marek, pomóż!. Musiałem załatwić to za niego, ubrać wszystko w śmieszną historyjkę i zdobyć dla niego ten numer.
Zaczął go nieudolnie parodiować, a ja wybuchłam śmiechem.
Damian to Damian… Chłopak od zawsze wszędzie z mamą i jeszcze jej kotlety jada Nic dziwnego, iż wolał przyprowadzić dziewczynę tutaj, niż do niej
A pamiętasz, czemu nie mieszka sam?
Bo żałuje na wynajem, a mama mu pierogi lepi i skarpety prasuje
Dokładnie, rzucił Marek, patrząc na mnie wymownie.
Ale z niego dusigrosz! śmiałam się jak dziecko.
Przyjaźnimy się dwadzieścia lat, od podstawówki, chyba tylko ja mogę z nim tak otwarcie rozmawiać…
Ta, Marek, jesteś najlepszym przyjacielem na świecie!
Zaczęłam się śmiać gorzko i radośnie zarazem.
Ale czekaj… A jak oni dalej tam siedzą? Nie mam ochoty wracać do domu póki co Niech posprzątają po sobie.
Marek pocałował mnie w czoło.
Ja nie jestem takim dusigroszem! Zasługujemy na romantyczny wieczór.
Naprawdę? Pojedziemy do hotelu?
Skinął głową i w jednej chwili podniósł mnie na ręce. Śmiałam się, próbując się wyrywać, a on tylko mocniej mnie tulił.
Dowiozę cię wszędzie, gdzie tylko chcesz, najbezpieczniej na świecie!
Śmiałam się głośno, nie wierząc, iż jeszcze kilka godzin temu wydawało mi się, iż wszystko się rozsypie Bo chyba miłość, choćby ta przewiana przez lęk i łzy, jest mimo wszystko silniejsza od katastrof w naszej głowie.











