Tajemnicza korespondencja męża Poranek u Olgi i Sławka zaczął się od totalnego spóźnienia. Zaspali przez wyłączony budzik, więc w popłochu biegali po mieszkaniu, próbując jednocześnie ogarnąć siebie do pracy i spakować synka, Witka, do przedszkola. — Kochanie! Odbierzesz dzisiaj Witka? — zawołała Olga z sypialni, próbując jedną ręką zapiąć spodnie, a drugą pakując rzeczy do przedszkolnego plecaka. — Jasne! — odpowiedział Sławek. — Gdzie są moje klucze? — Nie widziałam! — rzuciła zirytowana Olga, przebiegając pokój w poszukiwaniu telefonu. W końcu złapała komórkę i pobiegła ubrać Witka, który beztrosko bawił się resorakami, kompletnie ignorując rodzinny chaos. Do przedszkola prawie dobiegli na czas. Olga walczyła z suwakiem kurtki Witka, gdy chłopiec zaczął marudzić. — Mamo, nie chcę do przedszkola… — Witek stulił brwi i zacisnął piąstki. — Witek, kochanie, musimy się spieszyć! — Olga próbowała zachować spokój, choć głos jej zadrżał. Przykucnęła przy synku i gładząc go po głowie, mówiła: — W przedszkolu będzie super! Spotkasz kolegów, pobawisz się… Ale nic nie pomagało. Witek jeszcze bardziej się buntował. W szatni pojawiła się pani przedszkolanka, uśmiechnęła się łagodnie i wzięła chłopca za rękę. — Proszę się nie martwić, pani Olgo — powiedziała. — Poradzimy sobie, Witek, chodź, dzieci już czekają. Olga odetchnęła, ale zaraz znów poczuła narastający stres. — O matko, jaka jestem spóźniona… — mruknęła, gapiąc się na zegarek. Wybiegła na zewnątrz, wyciągnęła telefon, żeby zadzwonić do klientki i ostrzec, iż będzie później. Szukała kontaktu, ale nic nie pasowało. Dopiero wtedy zauważyła, iż trzyma nie swój telefon. W pośpiechu pomyliła z Sławkiem futerały na komórki — identyczne etui, ten sam kod. — No super… — mruknęła zrezygnowana, próbując wymyślić jak zdobyć numer. Trzeba będzie dzwonić do męża, żeby wysłał adekwatny kontakt. Nagle telefon zawibrował, na ekranie pokazała się wiadomość. Dymek: „I jak tam z tą laską z siłki? Dała ci numer?” Olga znieruchomiała. Przeczytała powiadomienie kilka razy. W końcu weszła w rozmowę. Dymek: „Czyli udało ci się ją przekonać?” Sławek: „Tak, dała numer. Umówiliśmy się na ten weekend. U mnie”. Olga w osłupieniu czytała wiadomość jeszcze raz. Na ten weekend?! Przecież właśnie wtedy miała zabrać Witka do swojej mamy i zostać na noc… — Boże… — szepnęła, czując, jak serce jej pęka. — Lepiej by było nie wiedzieć. Przeklęte identyczne etui… Kosztowało ją ogromnie dużo udawać, iż nic się nie stało. Każda rozmowa, każde spojrzenie na Sławka było dla niej wyzwaniem. Do soboty zostały jeszcze trzy dni, ale Olga już zaczęła pogrążać się we własnych myślach, zastanawiając się co zrobić. Próbowała sobie tłumaczyć, iż może to wszystko nieporozumienie, iż źle zrozumiała wiadomość. Ale za każdym razem, gdy patrzyła na Sławka, słyszała w głowie jego słowa: „Na ten weekend. U mnie”. Sławek nie wydawał się niczego zauważać. Był jak zawsze: troskliwy, czuły, gotowy pomóc. Wieczorem pytał, jak jej minął dzień, pomagał w kuchni, kładł Witka spać. Olga patrzyła mu w oczy, szukając odpowiedzi na pytania, których nie potrafiła zadać. Żadnego śladu winy. To przerażało ją jeszcze bardziej. W środę oglądali razem wieczorem film. Sławek objął ją za ramiona jak dawniej, a Olga musiała zacisnąć usta, by nie rozpłakać się na jego ramieniu. W jego objęciach czuła się bezbronna, jakby jej świat miał zaraz runąć. Każdy jego gest wydawał się fałszywy, jakby coś ukrywał. W piątek położyli spać Witka. Olga stała przy zlewie w kuchni, bawiąc się wodą i zamyślona. Sławek podszedł i objął ją w pasie, szepcząc: — Jesteś dziś taka smutna. Wszystko w porządku? Zamarła, czując dreszcz na plecach. — Tak, wszystko ok — uśmiechnęła się blado. — Po prostu jestem trochę zmęczona. — Rozumiem — odparł cicho i pocałował ją w czubek głowy. W piątek między północą a sobotą, gdy Sławek już spał, Olga po cichu poszła do łazienki. Przekręciła zamek, usiadła na brzegu wanny, puściła wodę. Wtedy całe napięcie w niej puściło. — Dlaczego? — szeptała przez łzy. — Dlaczego to zrobił? Zadawała sobie to pytanie ciągle, nie znajdując żadnego sensu. Myśli wirowały w głowie. „Jak on mógł? Co mam zrobić? Powiedzieć mu, czy po prostu odejść?” Serce ściskał ból, rozum szalał między strachem, żalem, próbą pogodzenia się z rzeczywistością. Jedno wiedziała na pewno — iż rano znowu musi założyć maskę. Jutro dzień, w którym wszystko wyjdzie na jaw. W sobotę rano zabrała Witka do swojej mamy. Miała ciężko na sercu, każdy ruch kosztował ją wysiłek. Mama od razu zauważyła, iż coś jest nie tak. — Olu, wszystko w porządku? — zapytała. Olga nerwowo się uśmiechnęła, starając się ukryć emocje. Jej głos zabrzmiał nienaturalnie lekko: — Tak, mamo, wszystko dobrze. Spieszę się… Chcę zrobić Sławkowi niespodziankę. — gwałtownie pocałowała synka w czoło i wybiegła do samochodu, choćby nie oglądając się za siebie. Całą drogę do domu trzęsła się ze strachu. W głowie kłębiły się myśli: „Może on naprawdę idzie do kumpla? Może ona nie przyjdzie? A może źle zrozumiałam?” Jednocześnie chciała przyłapać męża na kłamstwie i mieć dowód, a zarazem marzyła, by wszystko okazało się pomyłką. Chciała zamknąć oczy, zapomnieć o wszystkim i po prostu żyć jak dawniej. Pod domem siedziała długo w aucie. Przed oczami przelatywały jej obrazy szczęśliwych chwil: śmiech Sławka w kuchni, ich wspólne spacery z Witkiem po parku, wieczorne seanse przy telewizorze. Rodzina wydawała się taka szczęśliwa, teraz, siedząc w samochodzie — czuła, iż każda minuta tu przed blokiem wydłuża jej szczęście. To była cisza przed burzą. Zebrała się w sobie i wyszła z auta. Szła powoli na klatkę, stała pod drzwiami z kluczami w drżącej dłoni. Przekręciła zamek, jakby nie chciała wchodzić do rzeczywistości, która na nią czekała. W mieszkaniu panował półmrok, tylko w kuchni paliła się lampka. Od razu usłyszała przytłumione głosy, chichoty, szept. W środku wszystko ścisnęło jej się z bólu. „To on”, pomyślała. — „Wszystko się wydarzyło”. Na chwilę zakręciło jej się w głowie. Szła przez korytarz jak w transie, nie rejestrując dźwięków. Z każdym krokiem miała wrażenie, iż traci nad sobą kontrolę. Wszystko w niej się buntowało, ale szła dalej. Jeszcze chwila i zobaczy, co dzieje się w kuchni. Serce waliło jej jak oszalałe. — Sławek? — szepnęła, ale jej głos brzmiał obco, jakby mówił za nią ktoś inny. Powtórzyła głośniej: — Sławek?! Nie czekając na odpowiedź weszła do kuchni. Zobaczyła dwoje ludzi — mężczyznę i kobietę. To nie był jej mąż. To był Dymek, najlepszy przyjaciel Sławka. Olga na moment zamarła. Dymek gwałtownie się odwrócił i, zobaczywszy ją, spanikował. — Olga! To nie tak jak myślisz… Ja tylko… Olka! No przecież wiesz, co się stało u nas w domu? Olo! No nie pójdę przecież z nią do mojej mamy… — zaczął się rozpaczliwie tłumaczyć. Olga już nic więcej nie słyszała. Stała nieruchomo, nie rozumiejąc, co się dzieje. W głowie odbijał się złowrogi szum. Rozsądek i serce szarpały się w niej na kawałki. Poczuła spływające łzy, a jednocześnie, ku własnemu zdziwieniu, poczuła jak uśmiech rozlewa się po twarzy. — Zrozumiałam, Dymek… — wyszeptała roztrzęsiona. — Idę już. Odwróciła się i wyszła. Chłodny powiew powietrza przeszył ją na ulicy, była w szoku. W drżących dłoniach wyciągnęła telefon i zadzwoniła do męża. — Halo… — usłyszała jego głos, ale nie potrafiła złożyć sensownego zdania. Z jej ust wyrwała się tylko nerwowa, głupia deklaracja: — Kocham cię… Bardzo cię kocham… Wśród łez i histerycznego śmiechu próbowała powiedzieć cokolwiek, zalały ją emocje. Wszystkie podejrzenia, lęki, napięcie — pękły w jednej chwili. Myśli galopowały. — Byłam w domu… Był tam Dymek… — wyszeptała do słuchawki. — Rozumiem… Przepraszam, nie gniewaj się, proszę. Jestem w pracy. Przyjedziesz do mnie? Proszę, nie denerwuj się, kochanie… Znasz Dymka. Przyjedziesz? — Jadę… Olga rzuciła się do auta. Bardzo chciała przytulić męża jak najszybciej. Olga i Sławek siedzieli na podłodze w sali konferencyjnej, między nimi stała butelka wina. Olga oparła głowę na ramieniu męża i powoli obracała w dłoni kieliszek. — Przepraszam, nie chciałam czytać twojej korespondencji. Nigdy tak nie zrobiłam…©Stella Chiari — To mnie przepraszaj, iż dałem się wciągnąć w tę akcję. Powinienem ci powiedzieć od razu. — Dlaczego on cię poprosił? — Bo jestem jego kumplem. Bo dzień wcześniej zaliczył wtopę przed tą dziewczyną. — Jaką? — Wpadł na nią z puszką energetyka… Zalał jej biały garnitur, była cała niebieska… I znowu zachował się jak nastolatek. „Nie dam rady! Wstydzę się! Sławek, pomóż!”. Sławek zaczął przedrzeźniać Dymka. Olga zaczęła się śmiać. — To mój przyjaciel od podstawówki, chyba jestem jedynym, przed którym nie wstydzi się być sobą… — A po co przyprowadził tę dziewczynę do nas, a nie do hotelu? — Bo dalej mieszka z mamą? — Żeby nie płacić za wynajem… I żeby mama mu gotowała kotlety i prasowała skarpetki. — No właśnie… — Sławek spojrzał na żonę z uśmiechem. — Ale jest sknera! — parsknęła śmiechem Olga. — Przyjaźnimy się od dwudziestu lat, od podstawówki, jestem chyba jedyną osobą, przed którą może być taki. — No tak… Prawdziwy z ciebie przyjaciel, Sławek! Szacun! Olga pokręciła głową. — Ale stop. Co jeżeli oni przez cały czas tam są? Nie możemy przecież spać w twoim biurze… A do domu nie mam ochoty wracać… Niech się wynosi. Sławek pocałował żonę. — Ale ja nie jestem taki sknerowaty jak on. Należy nam się romantyczny wieczór. — Serio?! Jedziemy do hotelu? Sławek skinął głową, po czym podniósł Olgę na ręce. Śmiała się i próbowała się wyrwać, ale Sławek trzymał mocno. — Dostarczę cię całą i zdrową! Olga śmiała się w głos, nie mogąc uwierzyć, iż jeszcze chwilę temu w myślach żegnała swoje małżeństwo.

twojacena.pl 23 godzin temu

Dziennik Otylii

Dzień zaczął się dziś w biegu. Ja i Marek, jak zwykle, nie usłyszeliśmy budzika i wszystko posypało się jak domino. Próbowałam jednym okiem wciągnąć rajstopy, a drugim ogarniać plecak Jaśka do przedszkola, a Marek latał zdezorientowany po mieszkaniu, wołając o klucze.

Kochanie! Odbierzesz dziś Jaśka z przedszkola? zawołałam z sypialni, szukając w pośpiechu spodni i próbując nie zgubić skarpetki.

Jasne! odpowiedział Marek, ale zaraz potem: Gdzie są moje klucze?!

Nie widziałam! zirytowałam się, biegając po pokoju w poszukiwaniu telefonu. W końcu go znalazłam i ruszyłam ubierać Jaśka, który zupełnie nie przejmował się porannym chaosem i spokojnie bawił się samochodzikami.

Większość drogi do przedszkola przebiegła w milczeniu; byłam jak na autopilocie. W szatni próbowałam gwałtownie rozpiąć kurtkę synka, ale zamek znów się zaciął. Zerknęłam na Jaśka i zobaczyłam łzy, które pojawiły się w jego oczach.

Mamo, nie chcę dziś do przedszkola zaczął cicho, marszcząc czoło i zaciskając piąstki.

Przyklękłam przy nim, starając się mówić łagodnie, choć miałam wrażenie, iż sama zaraz się rozpłaczę.

Synku, proszę, nie zaczynaj. I tak się spieszymy W przedszkolu będzie fajnie, spotkasz kolegów, pobawisz się

Moje słowa nie pomogły. Synek coraz bardziej się buntował i zostawił mnie w totalnej bezsilności. Wtedy wyszła pani Maria, wychowawczyni.

Spokojnie, pani Otylio uśmiechnęła się ciepło. Poradzimy sobie z Jaśkiem. Chodź, chłopcze, twoi koledzy już są.

Poczułam ulgę i narastającą spiralę stresu. Jak na złość właśnie dziś znów się spóźniam.

Wybiegając w pośpiechu, sięgnęłam po telefon, aby zadzwonić do klientki i przeprosić za spóźnienie. Przesunęłam palcem po ekranie, by znaleźć numer, ale coś mi się nie zgadzało. Przypatrzyłam się to nie był mój telefon. W pośpiechu z Markiem zamieniliśmy się komórkami. Przeklęte jednakowe etui, przeklęte powtarzające się kody

No świetnie powiedziałam sobie pod nosem, próbując wymyślić, jak skontaktować się z klientką. Musiałam zadzwonić do Marka i poprosić o przysłanie mi jej numeru.

Nagle komórka Marka zawibrowała. Na ekranie wyświetliła się wiadomość:

Damian: I jak tam z tą dziewczyną z siłowni? Dała ci numer?

Serce mi stanęło. gwałtownie przetarłam oczy i przeczytałam jeszcze raz. Otworzyłam rozmowę i zobaczyłam dalszą wymianę:

Damian: No i co, wszedłeś w jej łaski?

Marek: Tak, dała numer. Umówiliśmy się na weekend. U mnie.

Czytałam w kółko słowa męża. W ten weekend. U mnie. Przecież wiedział, iż w ten weekend zawiozę Jaśka do mamy i zostanę tam na noc

O Boże wyszeptałam, czując, jak złość miesza się z rozgoryczeniem. Lepiej było nie otwierać tej rozmowy Przeklęte identyczne etui.

Wróciłam do domu z duszą na ramieniu. Codzienność zamieniła się w ciężki teatr musiałam sprawiać wrażenie, iż nic nie wiem. Każdy dzień był mordęgą. Gdy patrzyłam na Marka, słyszałam w myślach tamto: W ten weekend. U mnie. Starałam się wierzyć, iż może coś źle zrozumiałam, iż to tylko niefortunny żart. Ale za każdym razem, gdy na niego patrzałam, emocje brały górę.

A Marek? On niczego nie zauważał. Był taki, jak zawsze troskliwy, miły, ciepły. Pomagał przy kolacji, kładł Jaśka spać. Wieczorem pytał mnie o dzień, a ja coraz bardziej zaglądałam mu w oczy, szukając prawdy. Wina? Nic po nim nie widać. To było straszne.

Środa wieczorem. Oglądaliśmy film, a Marek mnie objął. Chciałam wybuchnąć płaczem, przytulając się do niego. Czułam się obco, jakby nasze życie lada moment miało się zawalić. Każdy gest wydawał się sztuczny, a śmiech z wymuszeniem.

W piątek wieczorem, po tym jak położyliśmy Jaśka spać, zamyśliłam się przy zlewie, przesuwając ręką po strumieniu wody. Marek podszedł i objął mnie w talii.

Dziś jesteś jakaś smutna. Wszystko okej?

Dosłownie zesztywniałam.

Tak, po prostu zmęczona jestem, odpowiedziałam, próbując się uśmiechnąć.

Rozumiem, kochanie odparł, całując mnie w czubek głowy.

Tej nocy, nie mogąc zasnąć, wymknęłam się do łazienki, zamknęłam się na klucz, puściłam wodę w kranie i usiadłam na brzegu wanny. Wtedy wszystko pękło.

Czemu? szeptałam sama do siebie, łkając. Dlaczego właśnie ja?

I tak wciąż zadawałam sobie jedno pytanie: co powinnam zrobić? Powiedzieć mu wszystko prosto w oczy? Czy po prostu odejść bez słowa? Strach, zawód i rozgoryczenie walczyły jak wściekłe wilki pod żebrami.

Jedyna myśl, która była wtedy pewna: rano muszę znów założyć tę samą maskę. Jutro dzień, gdy wszystko się wyjaśni.

W sobotę rano zawiozłam Jaśka do mamy, z sercem na ramieniu. Każde słowo przychodziło mi z trudem, czułam się ciężka, zmęczona. Mama, jak to ona, natychmiast wszystko wyczuła.

Otylko, coś się stało? zapytała zatroskana.

Spróbowałam się uśmiechnąć, zbywając sprawę żartem.

Wszystko okej, mamo, tylko się spieszę Chcę zrobić Markowi niespodziankę. Cmoknęłam Jaśka w czoło i już pędziłam do samochodu, żeby nie zatrzymywać się dłużej bałam się, iż się rozkleję.

Cała droga do domu była katorgą. W głowie krążyły dziesiątki myśli: A może on idzie tylko do kumpla? Może nie przyjdzie żadna dziewczyna? Może nie zrozumiałam rozmowy? Jednocześnie chciałam go złapać na gorącym uczynku i modliłam się, by to okazało się zwykłą pomyłką.

Kiedy zaparkowałam pod blokiem, nie miałam odwagi wysiąść. Zaczęły mi się przypominać wszystkie beztroskie chwile: śmiechy w kuchni, spacery po Plantach z Jaśkiem, wieczory przed telewizorem. Rodzina wydawała się taka silna, taka szczęśliwa. Teraz czułam, iż każda sekunda, którą jeszcze spędzam sama w samochodzie, to sekunda ucieczki zaraz wszystko może runąć.

Wreszcie zebrałam się na odwagę. Drżącą ręką włożyłam klucz do zamka, przekręciłam go z wahaniem, jakbym zwlekała z wejściem do rzeczywistości. W mieszkaniu panował półmrok, tylko w kuchni świeciło przytłumione światło. Od razu usłyszałam szepty i śmiech. Wszystko we mnie naprężyło się jak struna.

To on przeszło mi przez myśl. To się dzieje naprawdę.

Kręciło mi się w głowie. Posuwałam się korytarzem niemal jak we śnie. Serce waliło mi tak, jakby chciało wyskoczyć z piersi.

Marek? wyszeptałam niemal obcym głosem.

Nie doczekawszy się odpowiedzi, weszłam do kuchni. Zobaczyłam dwie postacie mężczyznę i kobietę. Mężczyzna to nie był mój Marek. To Damian, jego najlepszy przyjaciel. Na ułamek sekundy stanęłam jak wryta. Damian, widząc mnie, aż podskoczył.

Otylia! To nie to, co myślisz… Po prostu… Otylko, przecież u nas w domu… Otylko! No gdzie miałem pójść z Anią, do mamy? zaczął tłumaczyć się jak najęty.

Nie słyszałam już słów Damiana. Stałam w miejscu i nie mogłam zrozumieć, co się adekwatnie dzieje. W uszach dzwoniło. Poczułam na policzkach łzy, a jednocześnie Zdałam sobie sprawę, iż nagle się uśmiecham.

Zrozumiałam, Dami powiedziałam cicho, z dziwną ulgą, której choćby nie chciałam analizować. Idę już.

Odwróciłam się i wyszłam. Na zewnątrz chłód owiał mi twarz i ogarnęła mnie mieszanka dezorientacji i śmiechu przez łzy. W drżących palcach odpaliłam telefon i wybrałam numer Marka.

Halo? odezwał się w słuchawce.

Nie mogłam sklecić żadnego konkretnego zdania. Z moich ust padły tylko słowa, które choćby wydały mi się zbyt banalne:

Kocham cię Bardzo cię kocham

Pomiędzy szlochem a nerwowym śmiechem próbowałam powiedzieć cokolwiek, ale nie umiałam zebrać myśli. W końcu tylko wyszeptałam do słuchawki:

Byłam w domu Tam Damian

Jasne… Przepraszam, nie gniewaj się na mnie, proszę. Siedzę teraz w biurze, przyjedź do mnie, słyszysz? Nie gniewaj się, kochana Ty przecież znasz Damiana. Przyjedziesz?

Już jadę…

Pobiegłam do samochodu z uczuciem ulgi, którego nie potrafię opisać. Chciałam go zobaczyć jak najszybciej, przytulić, upewnić się, iż to, co najgorsze, było tylko wyobrażeniem.

Kilka godzin później, siedzieliśmy z Markiem na podłodze w pustym gabinecie firmy. Przed nami butelka czerwonego wina, a ja przytulona do jego ramienia, trzymałam kieliszek, czując, jak napięcie powoli mnie opuszcza.

Przepraszam, naprawdę nie chciałam czytać twoich wiadomości. Nigdy bym tak nie zrobiła, Marek mówiłam przez zaciśnięte gardło.

To ja przepraszam. Niepotrzebnie się w to wszystko wpakowałem i nie powiedziałem ci od razu.

Ale po co Damian cię o to poprosił?

Bo jestem jego przyjacielem. Dzień wcześniej zrobił tej dziewczynie z siłowni niezłą akcję wpadł na nią i wylał na nią energetyka. Cała biała garsonka do prania… I potem, no wiesz, kompletnie się zeszmacił w oczach, jak małolat. Nie mogę! Boję się! Marek, pomóż!. Musiałem załatwić to za niego, ubrać wszystko w śmieszną historyjkę i zdobyć dla niego ten numer.

Zaczął go nieudolnie parodiować, a ja wybuchłam śmiechem.

Damian to Damian… Chłopak od zawsze wszędzie z mamą i jeszcze jej kotlety jada Nic dziwnego, iż wolał przyprowadzić dziewczynę tutaj, niż do niej

A pamiętasz, czemu nie mieszka sam?

Bo żałuje na wynajem, a mama mu pierogi lepi i skarpety prasuje

Dokładnie, rzucił Marek, patrząc na mnie wymownie.

Ale z niego dusigrosz! śmiałam się jak dziecko.

Przyjaźnimy się dwadzieścia lat, od podstawówki, chyba tylko ja mogę z nim tak otwarcie rozmawiać…

Ta, Marek, jesteś najlepszym przyjacielem na świecie!

Zaczęłam się śmiać gorzko i radośnie zarazem.

Ale czekaj… A jak oni dalej tam siedzą? Nie mam ochoty wracać do domu póki co Niech posprzątają po sobie.

Marek pocałował mnie w czoło.

Ja nie jestem takim dusigroszem! Zasługujemy na romantyczny wieczór.

Naprawdę? Pojedziemy do hotelu?

Skinął głową i w jednej chwili podniósł mnie na ręce. Śmiałam się, próbując się wyrywać, a on tylko mocniej mnie tulił.

Dowiozę cię wszędzie, gdzie tylko chcesz, najbezpieczniej na świecie!

Śmiałam się głośno, nie wierząc, iż jeszcze kilka godzin temu wydawało mi się, iż wszystko się rozsypie Bo chyba miłość, choćby ta przewiana przez lęk i łzy, jest mimo wszystko silniejsza od katastrof w naszej głowie.

Idź do oryginalnego materiału