Tajemnicza korespondencja męża
Poranek u Anity i Marka zaczyna się od totalnego pośpiechu. Oboje zasypiają mimo budzika i teraz nerwowo krzątają się po mieszkaniu, próbując jednocześnie ubrać się do pracy i przygotować synka, Jasia, do przedszkola.
Kochanie! Odbierzesz dziś Jasia, dobrze? woła Anita z sypialni, naciągając spodnie i wciskając rzeczy do jego plecaka.
Jasne! odkrzykuje Marek. Ale gdzie są moje klucze?
Nie mam pojęcia! rzuca ze zniecierpliwieniem Anita, przeszukując pokój w poszukiwaniu telefonu. Gdy wreszcie znajduje komórkę, biegnie pomagać Jasiowi, który spokojnie bawi się resorakami, zupełnie ignorując zamieszanie.
Do przedszkola docierają w ekspresowym tempie. Anita próbuje rozpiąć synowi kurtkę, ale zamek się zacina. Wtedy zauważa, iż Jaś zaczyna łzawić.
Mamusiu, ja nie chcę do przedszkola po policzkach Jasia spływają pierwsze łzy, a jego małe rączki zaciskają się w pięści.
Jasieńku, proszę, nie zaczynaj Spieszymy się! Anita stara się mówić łagodnie, ale głos jej drży. Kuca przed synem i gładzi go po głowie. W przedszkolu będzie fajnie. Zobaczysz się z kolegami, pobawicie się
Żadne tłumaczenia nie skutkują. Jaś pozostaje w miejscu, coraz bardziej uparty. Do szatni wychodzi wychowawczyni, delikatnie się uśmiecha i bierze Jasia za rękę.
Proszę się nie martwić, Anito mówi pewnym tonem. My sobie z nim poradzimy. Jasiu, chodź, dzieci już czekają.
Anita z ulgą wypuszcza powietrze, ale zaraz znów narasta w niej stres.
Boże, jak bardzo się spóźniam Masakra mamrocze pod nosem, patrząc na zegarek. Wychodzi pospiesznie z przedszkola i postanawia zadzwonić do klientki, by uprzedzić o spóźnieniu. Przeszukuje torebkę, wyjmuje telefon i orientuje się, iż to nie jej. W zamieszaniu pomylili z Markiem etui. Te cholerne identyczne casey, te same łatwe hasła.
Świetnie syczy, próbując zorientować się, jak skontaktować się z klientką. Chce zadzwonić do Marka, by przesłał jej numer.
Nagle telefon w jej dłoni wibruje. Na ekranie pojawia się powiadomienie.
Dymek: I co z tą laską z siłowni? Dała ci numer?
Anita zamiera. Kilka razy czyta powiadomienie, potem, mając wrażenie, iż jest w jakimś śnie, otwiera rozmowę.
Dymek: No i co, wkupiłeś się w łaski?
Marek: Tak, dała numer. Umówiliśmy się na weekend. U mnie.
Anita czyta te słowa jak zahipnotyzowana. Weekend? Przecież ona miała zawieźć Jasia do mamy i nocować tam
Boże szepcze, czując narastający ból w piersi. Lepiej by było o tym nie wiedzieć Przeklęte casey
Z trudem udaje jej się grać dalej rolę, jakby nic się nie stało. Każdy dzień, każde spojrzenie na Marka to dla niej egzamin. Do soboty zostały jeszcze trzy dni, ale Anita już coraz mocniej zamyka się w sobie, analizując każde możliwe wyjaśnienie. Wmawia sobie, iż może źle zrozumiała. Ale w jej głowie brzmią wciąż słowa: W ten weekend. U mnie.
Marek zdaje się nic nie zauważać. Jest tak samo troskliwy, pomocny, pyta, jak jej minął dzień, pomaga przy kolacji, usypia Jasia. Anita lustruje jego twarz, szukając odpowiedzi na pytania, których nie potrafi wypowiedzieć. Ani śladu wyrzutów sumienia. To przeraża ją jeszcze bardziej.
W środę wieczorem oglądają razem film. Marek obejmuje ją jak dawniej, a Anicie ściska się gardło, by nie rozpłakać się na jego ramieniu. W jego objęciach czuje się jednak bezbronna, jakby wszystko w jej życiu miało za chwilę runąć. Każdy jego gest zaczyna wydawać jej się wyreżyserowany, udawany.
W piątek po kolacji, gdy Jaś już śpi, Anita stoi przy kuchennym zlewie i zamyślona przelewa strumień wody przez palce. Marek podchodzi, obejmuje ją lekko i szepcze do ucha:
Jesteś dziś jakaś smutna. Wszystko w porządku?
Anita zastyga. Po plecach przebiega jej dreszcz.
Tak, wszystko dobrze. Po prostu jestem zmęczona stara się uśmiechnąć.
Rozumiem przytula ją i całuje w czubek głowy.
W nocy z piątku na sobotę, gdy Marek śpi, Anita po cichu wychodzi z łóżka i zamyka się w łazience. Włącza wodę, siada na krawędzi wanny. Wtedy w końcu pozwala sobie na ból.
Dlaczego? szepcze przez łzy. Dlaczego tak się stało?
To pytanie nie daje jej spokoju, odbija się echem w głowie. Uczucia rozrywają ją na strzępy, nie pozwalają myśleć logicznie.
Jak on mógł? Co teraz? Czy powinnam mu powiedzieć, czy po prostu odejść?
Serce ściska się z bólu, głowę przepełnia natłok myśli i emocji.
Wie jedno rano znów założy maskę. Jutro wszystko się wyjaśni.
W sobotę Anita odwozi Jasia do swojej mamy. Ciężko jej na duszy, każdy ruch wydaje się ołowiany. Mama od razu zauważa, iż coś jest nie tak.
Ano, wszystko w porządku? pyta z troską.
Anita uśmiecha się wymuszenie i odpowiada z udawaną lekkością:
Tak, mamo, wszystko super. Po prostu się spieszę Chciałam Markowi zrobić niespodziankę. gwałtownie całuje synka i wychodzi, choćby nie patrząc wstecz, by nie zostać na dłużej.
Całą drogę do domu trzęsie się ze stresu. W głowie wirują myśli: Może on spotka się tylko z kolegą? Może ona wcale nie przyjdzie? Może wszystko źle zrozumiałam?
Z jednej strony marzy, by przyłapać Marka na kłamstwie, zobaczyć jego minę, kiedy spotka się z tamtą dziewczyną, a z drugiej sama siebie próbuje przekonać, iż wszystko to tylko niewinny zbieg okoliczności. Najchętniej zamknęłaby oczy i zapomniała o wszystkim.
Siedząc już pod blokiem, Anita wyłącza silnik i nie może się zdecydować, czy wejść. Wspomina chwile szczęścia Marka śmiejącego się w kuchni, ich wspólne spacery z Jasiem, wieczorne pogaduchy przy telewizorze. Rodzina wydaje jej się teraz tak krucha, iż każda minuta spędzona jeszcze w samochodzie daje jej złudzenie, iż wszystko jest na swoim miejscu. To jej moment ciszy przed burzą.
Wreszcie zdobywa się na odwagę, wychodzi z auta i wchodzi na klatkę schodową. Zatrzymuje się przy drzwiach, zaciska klucz w drżącej dłoni. Wsuwa go do zamka, przekręca powoli, jakby chciała zatrzymać czas. W mieszkaniu panuje półmrok, z kuchni sączy się tylko światło z lampki. Od razu słyszy stłumione głosy, śmiech i szept. Cała środek jej ściska się z lęku.
To on myśli, mając wrażenie, iż zaraz zemdleje.
Idzie ciemnym korytarzem jak w transie. Każdy krok odbiera jej oddech. Czuje, jak serce bije jej w piersiach jak szalone.
Marek? stara się powiedzieć, ale to tylko szept.
Głośniej:
Marek?!
Nie doczekawszy się odpowiedzi, wchodzi do kuchni. Stają tam dwie osoby mężczyzna i kobieta. To nie Marek. Mężczyzną jest Dymek, najlepszy przyjaciel Marka. Anita przez chwilę stoi osłupiała. Dymek gwałtownie się odwraca i patrzy na nią przerażony.
Anita! To nie to, o czym myślisz Ja Anita! No przecież dobrze wiesz, jak u mnie w domu No przecież nie będę z dziewczyną do mamy przychodził zaczyna się jąkać.
Anita nie słucha dalej, tylko patrzy i nie rozumie, co się dzieje. W uszach szumi, rozum i serce walczą ze sobą. Czuje, jak łzy spływają jej po policzkach, ale sama łapie się na tym, iż mimowolnie się uśmiecha.
Zrozumiałam, Dymek mówi cicho, nie będąc w stanie opanować uczuć. Ja już pójdę.
Otwiera drzwi i wychodzi na chłodne powietrze. Bezradnie wyciąga telefon i drżącymi palcami wybiera numer Marka.
Halo słyszy jego głos w słuchawce, ale ona nie potrafi nic powiedzieć. W końcu wyrzuca z siebie jedno, trochę infantylne wyznanie:
Kocham cię Naprawdę bardzo
Łzy mieszają się ze śmiechem, emocje wylewają się z niej niekontrolowanie. Wszystkie podejrzenia, obawy, napięcie wszystko wychodzi na wierzch. Myśli błądzą bez celu.
Byłam w domu Tam był Dymek szepcze do słuchawki.
Jasne Przepraszam, nie złość się, proszę. Jestem teraz w biurze. Przyjedziesz? Słyszysz? Nie złość się na mnie Przecież znasz Dymka. Przyjedziesz?
Już jadę
Anita biegnie do samochodu, pragnąc jak najszybciej przytulić Marka.
Anita i Marek siedzą na podłodze w salce konferencyjnej, przed nimi stoi butelka czerwonego wina. Anita opiera głowę na ramieniu Marka, ściskając w dłoniach kieliszek.
Przepraszam, nie chciałam zaglądać w twoje rozmowy. Nigdy wcześniej tego nie robiłam szepcze.
To ja przepraszam, iż wplątałem cię w tę historię. Od razu powinienem ci powiedzieć wszystko.
Dlaczego on cię poprosił?
Bo jestem jego kumplem. Bo dzień wcześniej totalnie się zbłaźnił przed tą dziewczyną.
Jak?
Wpadł na nią na siłowni i oblał ją energetykiem Cały jej biały garnitur był niebieski, bo napój miał barwnik. No i jak zwykle spanikował jak nastolatek. Nie dam rady, Marek! Pomóż mi, Marek!
Marek imituje głos przyjaciela. Anita wybucha śmiechem.
Jest moim najlepszym kumplem Szkoda mi go. Wziąłem od niej numer, zagadałem, przełamałem lody, dodałem do wszystkiego trochę humoru i gotowe.
Ale czemu do nas ją przyprowadził? Był hotel, pensjonat
Ty przecież wiesz, czemu on przez cały czas mieszka z mamą.
Bo szkoda mu pieniędzy na stancję I bo mamusia robi mu kotlety, pierogi, a skarpetki zawsze wyprane i wyprasowane.
No właśnie Marek patrzy na żonę z wymownym uśmiechem.
Ale z niego sknera! Anita parska śmiechem.
Znamy się od podstawówki, chyba tylko przede mną nie wstydzi się tej swojej oszczędności
No cóż Jesteś prawdziwym przyjacielem, Marek!
Anita pokręciła głową.
A co, jeżeli oni tam przez cały czas są? Nie będziemy spać w twoim biurze Do domu nie chcę jeszcze wracać Niech posprząta po sobie.
Marek całuje ją w usta.
Ja nie jestem takim sknerą jak on. Zasłużyliśmy na romantyczny wieczór.
Naprawdę?! Pojedziemy do hotelu?!
Marek kiwnął głową, nagle podniósł żonę i zarzucił ją sobie na ramię. Anita śmieje się i próbuje się wyrwać, ale mąż trzyma ją mocno.
Dowiozę cię na miejsce całą i zdrową!
Anita śmieje się głośno, nie mogąc uwierzyć, iż jeszcze kilka godzin temu żegnała w myślach swoje małżeństwo.











