Tamtego dnia mój mąż wrócił z pracy wcześniej niż zwykle, rozsiadł się na naszej kanapie i wybuchł płaczem jak dziecko. Gdy usłyszałam, co się stało, zaniemówiłam z wrażenia.

twojacena.pl 5 godzin temu

Jacek i ja spotkaliśmy się wtedy, gdy oboje mieliśmy po dwadzieścia siedem lat. On już w tamtym czasie ukończył z wyróżnieniem politechnikę w Warszawie i przygotowywał się do obrony pracy magisterskiej. W nauce radził sobie znakomicie. Udało mu się też zebrać pieniądze i kupić swoje pierwsze własne dwupokojowe mieszkanie na Ursynowie, a do tego niewielki garaż pod blokiem. Po zakończeniu studiów zamierzał kupić jeszcze samochód miał już choćby upatrzonego poloneza. Rok później wzięliśmy ślub w małym kościele w okolicach Krakowa, a półtora roku po tym urodziła się nasza córka Anulka. Gdy obchodziliśmy nasze trzydzieste urodziny, nasza dziewczynka miała już dwa miesiące.
Zbliżały się moje urodziny i zaproponowałam Jackowi, żeby świętować je w restauracji razem z jego rodzicami. Ale Jacek nie chciał się zgodzić. Powiedział, iż woli spędzić to święto tylko z nami, swoimi najbliższymi kobietami.
I tak właśnie zrobiliśmy. Następnego dnia, po pracy, Jacek odwiedził swoich rodziców, ale gwałtownie wrócił do domu. Usiał bez słowa na kanapie i nagle zobaczyłam, jak po jego policzkach płyną łzy. Byłam w szoku. Dorosły mężczyzna, ojciec rodziny, płakał jak mały chłopiec. Próbowałam go pocieszyć i wesprzeć. I wtedy pękła w nim tama. Wyznał mi po raz pierwszy, iż w dzieciństwie był bity przez ojca i matkę za byle co: za grę w piłkę na podwórku, za poplamione spodnie, za plamę z atramentu w zeszycie Boleśnie, co raz.
Kiedy dorósł, przestali go bić, ale nigdy nie usłyszał od nich dobrego słowa. Gdy skończył technikum z wyróżnieniem usłyszał tylko: „Technikum to nie wszystko. Powinieneś iść na studia!” Więc poszedł, chociaż wcale nie czuł takiej potrzeby.
Kupił mieszkanie skwitowali to lakonicznie: „Tylko pięćdziesiąt metrów?!” Mimo iż sami całe życie siedzieli w trzydziestu metrach w starym bloku na Pradze. Ożenił się ze mną usłyszał: „Taka drobna, szczupła dziewczyna. Ona w ogóle da radę urodzić dziecko?”
A kiedy urodziłam Anulkę, powątpiewali dalej: „Nie wiadomo, czyje to dziecko. Ani trochę niepodobna!” choćby gdy Jacek nie wyprawił wesela z okazji ich rocznicy ślubu, zrobili mu awanturę na cały dom, rzucając: „Niewdzięczny syn!”
Z takim bagażem wrócił wtedy do domu i zapytał mnie przez łzy: „Czy naprawdę jestem takim złym człowiekiem, iż choćby własni rodzice nie potrafią mnie pokochać?” Odpowiedziałam mu, iż są tacy ludzie, którzy po prostu nie potrafią kochać. I iż miał pecha, iż urodził się akurat w takiej rodzinie. Dodałam jednak, iż teraz ma mnie i naszą córeczkę, i iż bardzo go kochamy. Bo jest najlepszy.
Powiedziałam mu jeszcze: „Nie widzisz, jak twoja córeczka rozpromienia się na twój widok, kiedy wracasz z pracy? Jest wtedy najszczęśliwszym dzieckiem na świecie.” Jacek, przypominając sobie euforia w oczach Anulki, w końcu się uspokoił. I wtedy pierwszy raz od dawna, szczerze się uśmiechnął.

Idź do oryginalnego materiału