Teściowa do kwadratu – No proszę! – zamiast zwykłego „dzień dobry” powiedział Eryk, widząc w drzwiach niską, żwawą staruszkę w dżinsach, która ściągnęła wąskie usta w zawadiackim uśmiechu. Zza zmrużonych powiek wesoło błyskały figlarne oczy. „Babcia Iwony, pani Waleria – rozpoznał. – Ale jak to, bez zapowiedzi, choćby bez telefonu…” – Witaj, wnuczku! – wciąż uśmiechnięta przemówiła seniorka. – Wpuścisz mnie do domu? – Tak, tak, oczywiście! – zakrzątnął się Eryk. – Proszę wejść. Pani Waleria wciągnęła do mieszkania walizkę na kółkach… – Poproszę mocną herbatę! – zarządziła, kiedy Eryk ją częstował. – Iwonka, wiadomo, w pracy, Oleńka w przedszkolu, a ty co, leniuchujesz? – Na urlop mnie wysłali, – westchnął Eryk. – Dwa tygodnie z braku zajęć… – Jego marzenia o błogim lenistwie właśnie gasły. Z nadzieją spojrzał na gościa: – Długo u nas zostaniesz? – Zgadłeś, – kiwnęła głową, rozwiewając złudzenia. – Na dłużej. Eryk westchnął głośniej. Z panią Walerią prawie się nie znał. Widział ją tylko na jego i Iwony weselu – przyjechała z innego miasta. Ale o jej charakterze nieraz słyszał od teścia. Ten, opowiadając o własnej teściowej, zniżał głos i rozglądał się z niepokojem. Po wszystkim było widać, iż darzy ją szacunkiem… wręcz drżącym w kolanach. – Pozmywaj naczynia – zarządziła babcia – i się szykuj. Zrobię ci zwiadowczą wycieczkę po mieście, będziesz mnie oprowadzał! Eryk nie odważył się sprzeciwić, zresztą choćby nie próbował – ton przypominał mu sierżanta w wojsku. Z takim nie ma żartów. – Pokażesz mi bulwary! – zakomenderowała pani Waleria. – Jak tam najłatwiej dojść? – Wzięła Eryka pod rękę i mocnym krokiem ruszyła przez osiedle, rozglądając się ciekawie. – Taksówką – wzruszył ramionami Eryk. Pani Waleria nagle zwinęła palce w krążek, przyłożyła do ust i przeszywająco zagwizdała! Mijająca taksówka zahamowała z piskiem. – Po co tak gwizdać? Co sobie ludzie pomyślą? – upominał ją Eryk, pomagając wsiąść na przednie siedzenie. – Nic złego sobie nie pomyślą – zaśmiała się radośnie filigranowa babuleńka. – Najwyżej, iż to ty się źle zachowujesz. Kierowca parsknął śmiechem razem z panią Walerią. Przybili sobie żółwika, jak dobrzy kumple, kiedy żart się udał. – Ty, Eryczku, jesteś porządny i spokojny chłopak – mówiła babcia, spacerując z nim po nadwiślańskich bulwarach. – Pewnie twoja babcia jest grzeczna i stateczna, a ja nie bardzo. Mój świętej pamięci mąż, dziadek Iwony, długo się do mnie przyzwyczajał. Był cichy, spokojny, zaczytany, a tu pojawiłam się ja. I zaczęło się! W góry go zabierałam, na spadochronie nauczyłam skakać. Tylko lotni się bał jak ognia. Z córką czekał na dole, aż ja sobie krążę nad ich głowami. Eryk ze zdumieniem słuchał wspomnień pani Walerii. Iwona nic o przygodach babci nie wspominała, a najwyraźniej jej życie było barwne i pełne przygód. To sporo wyjaśniało w jej charakterze. Spojrzała rygorystycznie na Eryka: – A ty, skakałeś kiedyś ze spadochronem? – W wojsku, czternaście razy, – odpowiedział z nieukrywaną dumą. – No, szacunek! – przytaknęła babcia, po czym zanuciła: „Lecimy w dół, powoli coraz niżej, A w tej powietrznej zabawie…” Eryk znał tą wojskową przyśpiewkę i zaraz dołączył: „Białe płótno się rozwija, Za plecami me skrzydła…” Pieśń niespodziewanie ich połączyła, i Eryk przestał czuć skrępowanie przy tej niezwykłej staruszce. – Trzeba odpocząć i coś przekąsić, – zaproponowała – chodź tam, w takim namiocie chyba serwuje rewelacyjny szaszłyk, czujesz ten zapach? Nad rusztem kręcił się śniady, czarnooki szaszłykowy mistrz, z typowo kaukaskim wyrazem twarzy sugerującym, iż z nie mniejszą pasją mógłby przebijać wrogów kindżałem. Aż miałoby się ochotę zakrzyknąć: „Assa!” i zatańczyć „lezginkę”… Gdy przysiedli przy stoliku, pani Waleria figlarnie zamrugała i zanuciła operowym głosem: „Gamardżoba, gienacwale, Może razem by coś zagrać?” Szaszłykowy mistrz zareagował, a zaraz potem już śpiewali we dwoje: „Na weselu zaśpiewać by dobrze, Gienacwale, gamardżoba!” – Proszę się częstować, szanowna pani – gospodarz rozłożył na stole szaszłyki, lawasz i świeże zioła oraz dwa kieliszki zimnego kindzmarauli – i oddalił się, przykładając dłoń do serca. Na zapach pieczonego mięsa z krzaków wybiegł bury kociak, podszedł do stolika i spojrzał z nadzieją. – Właśnie ciebie nam brakowało, – babcia uśmiechnęła się serdecznie. – Chodź, malutki! – Zwracając się do grillowego mistrza dodała: – Panie, dałby pan jeszcze surowego mięska dla naszego przyjaciela, pokrojonego drobniutko! Gdy kotek wcinał smakołyk z miseczki, pani Waleria pouczała Eryka: – Dziecko macie, i to dziewczynkę! Jak ją nauczycie wrażliwości i troski o słabszych, jeżeli nie macie w domu kota? Ten maluszek zostaje z wami! Po spacerze pani Waleria wykąpała znalezisko, a Eryka wysłała po wyprawkę dla kociaka według listy. Gdy wrócił z kocią wyprawką, w mieszkaniu rozbrzmiewały wesołe piski. Iwonka i Olesia oplatały babcię ramionami, a ona rozpromieniona całowała wnuczki. Kotek, ochrzczony imieniem „Lewek”, z powagą studiował nowych domowników. – To dla ciebie, Oleńko, letni komplecik z szortami, – rozdawała babcia prezenty, – a dla ciebie, Iwonko. Nic tak nie podnosi kobiety w oczach męża, jak koronkowe majteczki… Przez cały tydzień Olesia nie chodziła do przedszkola. Rano znikały z babcią na długie spacery po mieście, wracały uśmiechnięte i zmęczone. W domu czekali na nie Eryk i Lewek. Wieczorami wracała Iwona i cała piątka ruszała z kotem na rodzinny spacer. – Muszę z tobą porozmawiać, Eryku… – powiedziała pewnego wieczoru poważnym tonem pani Waleria. – Jutro już wyjeżdżam, czas. To, jak pojadę, przekaż Iwonie… – wręczyła mu przezroczysty skoroszyt z dokumentem. – To mój testament. Mieszkanie i cały majątek zostawiam jej, tobie – całą bibliotekę po mężu. Bardzo cenne zbiory, są choćby unikaty z autografami znanych ludzi… – Po co to? Pani Walerio?! – uniósł się Eryk, ale uciszyła go gestem. – Iwonie nic nie mówiłam, tobie tylko powiem – mam poważny problem z sercem. Może się wszystko nagle skończyć, trzeba się przygotować. – Przecież nie może pani być sama! – zaprotestował Eryk. – Powinna pani być pod opieką! – Nigdy nie jestem sama, – łagodnie uśmiechnęła się babcia. – Córka mieszka niedaleko, twoja teściowa w sąsiednim mieście. A ty dbaj o Iwonę, wychowuj Oleńkę… Jesteś dobrym, odpowiedzialnym facetem. Zresztą, dla ciebie jestem… teściową do kwadratu! – poklepała go po ramieniu i wybuchnęła śmiechem. – Może zostaniesz jeszcze choć na chwilę? – poprosił cicho Eryk. Babcia już tylko wdzięcznie się uśmiechnęła i pokręciła głową. Odprowadzała ją cała rodzina, choćby Lewek, głaskany przez Oleńkę, wyglądał na przygnębionego. Pani Waleria zwinęła palce w kółeczko, przyłożyła do ust – i donośnym gwizdem zatrzymała taksówkę. – No, zięciu, jedziemy, podwieziesz mnie na dworzec! – zarządziła, po czym wycałowała Iwonę i Oleńkę, i rozsiadła się wygodnie na przednim siedzeniu. Zdziwiony taksówkarz spojrzał na babcię, która w tak nietypowy sposób złapała kurs. – A pan tak patrzy? – burknął Eryk. – Nigdy pan porządnej kobiety nie widział? Filigranowa babcia, potrząsając siwymi loczkami, parsknęła śmiechem i z rozmachem przybiła Erykowi piątkę. TEŚCIOWA DO KWADRATU – Pełna przygód opowieść o babci, rodzinie i nowym kocim członku, która wywróciła życie Eryka i Iwony do góry nogami!

naszkraj.online 7 godzin temu
Dziennik osobisty, lato – No coś takiego! zamiast cześć wyrwało mi się z ust, gdy zobaczyłem w drzwiach drobną, żwawą staruszkę w dżinsach, z uśmiechem pełnym ukrytej ironii i figlarnym błyskiem w oczach. Poznałem babcię mojego Izy, panią Leokadię Krawczyk. Ale jak to bez zapowiedzi, bez telefonu? – Witaj, wnuczku! zaśmiała się, nie przestając się […]
Idź do oryginalnego materiału