Pamiętam, iż Weronika nie odrywała wzroku od szyldu Oddział Operacyjny. Litery rozmywały się w jej oczach po wielu godzinach niepewnego oczekiwania, a serce waliło jak dzwon. Weronika nieustannie ściskała w dłoniach ukochany samochodzik swojego czteroletniego synka plastikowy, czerwony traktor z łyżką. Jasiek, nasz najmłodszy, najpierw marzył o niebieskim traktorze, jak w kreskówce, ale z czasem przywiązał się do tej, podarowanej przez tatę zabawki.
Wreszcie za zamglonymi szybami ukazał się męski cień, drzwi otworzyły się i w korytarzu pojawił zmęczony lekarz. Weronika podskoczyła i rzuciła się w jego stronę.
Doktorze, co się stało? Jak to poszło Jasiekowi?
Lekarz z żałowaniem opuścił głowę, zdejmując maskę.
Pani Weroniko, bardzo mi przykro Zrobiliśmy, co mogliśmy
Weronika leżała zwinięta w kulkę przy łóżku Jasia, a poduszka wciąż nosiła zapach małego chłopca. Na lustrze naprzeciwko widniał odcisk jego dłoni, jeszcze pobrudzonej ciastkiem. Cóż za szczęście, iż nie zdążyła go wytrzeć już nigdy nie splami on to szkło, ani nie położy swojego zmęczonego głowy na poduszce.
Po obok wytrysnęła kolejna słona łza, a żal wypalił serce od wewnątrz. Zdrowe serce tego brakowało Jasiowi. Starszy brat Mateusz miał już osiemnaście lat, studiował na uniwersytecie i był względnie samodzielny. A Jasiek Nasza nieoczekiwana euforia zamieniła się w ogromny smutek. Przez cały czas badania wszystko wydawało się w porządku, dopiero przed porodem przypadkowo wykryto poważny wrodzony wadę serca. Podczas radykalnej korekcji coś poszło nie tak i nasz mały Jasio odszedł.
Weronika zamknęła oczy, pogrążona w nerwowym śnie. Znów znalazła się na słonecznej polanie, usianej barwnymi, wonnymi kwiatami wszelkich kształtów. W oddali stał Jasiek, uśmiechając się swoją niezmienną buzią, w ulubionej koszuli z motywem maszyn. W rękach trzymał bukiet dużych stokrotek.
Jasiek! Synu! krzyknęła Weropika, ale chłopiec zdawał się nie słyszeć, rozmyślając nad płatkami. Weronika pobiegła po kwiecistym polu, rozkładając ramiona, ale im szybciej biegła, tym dalej pozostawał Jasiek. Gdy w końcu spojrzał na nią, uśmiechnął się i rozpłynął w powietrzu, pozostawiając jedynie chmurę delikatnych płatków stokrotek, które powoli opadały na ziemię. Na trawie, przy miejscu, gdzie leżały płatki, uformował się adres, złożony z białych kwiatów.
Obudziła ją telefoniczna rozmowa. Na ekranie widniało imię Mateusza.
Tak, synku odpowiedziała chrypliwie Weronika.
Mamo, jadę już, przygotuj coś! zawołał chłopak.
Z trudem uśmiechnęła się. Minęły prawie trzy miesiące od odejścia Jasia, ale wciąż został jej starszy syn. Czas wziąć się w garść i iść dalej.
Oczywiście, co chcesz? Naleśniki? spytała.
Super, mamo! Zaraz będę w autobusie! odparł Mateusz, który przychodził w każdy weekend, by odciągnąć uwagę rodziców od bolesnej pustki po młodszym bracie.
W kuchni nie było mleka, a jej mąż Witold, siedząc przy stole, majstrował przy jakiejś płytce w laptopie. Spojrzał na nią i zapytał:
Coś potrzebujesz? Sklep?
Mateusz dzwonił, chce naleśniki, a mleka już nie ma odparła spokojnie. Sam pójdę.
Witold podniósł okulary i mruknął: Dzień dobry, po raz kolejny. Weronika wzięła płaszcz i wyszła. Wiosenny wiatr delikatnie muskał jej twarz, ptaki ćwierkały, a drzewa przybierały soczystą, zieloną barwę, gotowe niedługo przyodziać się w liście. Ech, nie zobaczę Jasia w tej piątej wiośnie! westchnęła, odgarniając ciemne myśli, i ruszyła w stronę sklepu.
Wzięła mleko, ulubione cukierki Mateusza, chleb i kurczaka, a przy kasie zza regału rozległ się znajomy śmiech. Serce Weroniki ścisnęło się z tęsknoty to był śmiech jej synka. Pobiegła w stronę dźwięku, ale zobaczyła jedynie zabawkową figurkę dziecka, ukrytą za półkami. Mimo iż wiedziała, iż to niemożliwe, podążyła za nią, niechcący zrzucając reklamową tabliczkę z promocją. Gdy podniosła tabliczkę, zobaczyła na białym tle czerwonymi literami ten sam adres z jej snu.
Jasiek, co chcesz mi powiedzieć? wyszeptała.
Wróciła do domu z przekonaniem, iż to nie przypadek. Jasiek chce jej coś przekazać, ale co? Musi sprawdzić adres w internecie, ale nie dzisiaj. Dziś przyjedzie jedyny jej syn, trzeba go przywitać jak przystało i zachować spokój.
Wieczór upłynął ciepło. Weronika znalazła w sobie siłę, by się uśmiechać, słuchając studenckich opowieści Mateusza. On z zapałem jadł domowe jedzenie, a Weronika i Witold patrzyli na niego z dumą był ich jedynym dzieckiem. Gdy dom ucichł, noc ogarnęła wszystko.
W środku nocy usłyszała ciche śpiewanie z łazienki. Serce zabiło mocniej to nie mógł być głos żadnego innego niż Jasia. Śpiewał swoją ulubioną piosenkę z kreskówki o niebieskim traktorze. Weronika wyciśnęła łzy, wybiegła na korytarz, otworzyła drzwi łazienki, ale w środku nikogo nie było. Łzy popłynęły strumieniami.
Co się tak dzieje w mojej głowie? wściekła się na samą siebie. To już tylko chorobliwa wyobraźnia!
Zerwała wodę w umywalce, patrząc w lustrze na własną bladą twarz z workami pod oczami. Z wściekłością nałożyła pianę na szyby, nie wiedząc, po co. Kiedy spłukiwała, piany kropelki układały się w litery, tworząc adres. Za plecami poczuła zimny podmuch, a cichy, dziecięcy głos odezwał się:
Czekam na ciebie, mamo
Dlaczego nie śpisz? zagaił Witold, budząc się przy świetle laptopa.
Weronika siedziała w fotelu, trzymając laptop na kolanach i wpatrywała się w ekran.
Witku, podejdź jeżeli poczujesz to, co ja, to nie jest jedynie halucynacja
Witold, z trudem wstając, podszedł do żony. Jego serce przyspieszyło, gdy spojrzał na zdjęcie małego chłopca, czterech lat, z napisem Jerzy, 4 lata. Odkryto, iż rodzice Jerzego zginęli w wypadku trzy lata temu, a chłopiec był wychowywany przez babcię, a po jej śmierci trafił do domu dziecka.
Ten adres prześladuje mnie od kilku dni wyjaśniła Weronika. Przekazuje go nasz Jasiek
Opowiedziała mężowi o swoich snach, o sklepie i o łazience. Po krótkim namyśle Witold powiedział stanowczo:
Jedziemy
Katarzyna Aleksandrowna, dyrektorka domu dziecka, prowadziła Weronikę i Witolda długim, jasnym korytarzem, ciągle się odwracając i tłumacząc sytuację.
Kiedy Jerzy trafił do nas, myśleliśmy, iż to na krótko. To chłopiec dobrze rozwinięty, ale przyciągany przez babcię, trzykrotnie próbowano go adoptować, a on zamyka się w sobie przy widoku potencjalnych rodziców. Nie chcę go oddawać tam, gdzie nie chce. Mówi, iż przyjdą jego mama i tata i go rozpozna. Od trzech miesięcy ma wyimaginowanego przyjaciela, którego nazywa Jasiek. Jasiek ostatnio powiedział mu, iż rodzice niedługo przyjdą.
Weronika i Witold spojrzeli po sobie. Czy ich zmarły syn naprawdę chciał pomóc temu nieszczęśliwemu sierotowi?
Nie wiem, proszę, poznajcie go. Może rozgrzeje mu serce podsumowała Katarzyna, otwierając drzwi do sali zabaw.
Weronika od razu rozpoznała go. Mały, chudy chłopiec siedział wśród innych dzieci, budując wieżę z klocków i nucąc piosenkę Jasia. Jerzy odwrócił się, upuścił klocki, podskoczył i krzyknął:
Mamo, tato! Wiedziałam, iż przyjdziecie!
Przyspieszyło się adopcyjne tempo dzięki samej Katarzynie Aleksandrownej, która była szczęśliwa, iż Jerzy w końcu nawiązał kontakt z rodziną Weroniki i Witolda. Gdy dowiedziała się o śmierci ich syna, poruszyło ją to jeszcze mocniej. Po miesiącu Weronika, Witold i Mateusz przyjechali po Jerzego, by zabrać go na stałe. Przed wyjściem chłopiec nagle wyciągnął rękę z pod dłoni Weroniki i zawołał:
Mamo, poczekaj! odwrócił się w stronę końca korytarza. Tam jest Jasiek, chce się z nami pożegnać!
Serce Weroniki znowu się ścisnęło, ale tym razem była to jasna tęsknota świadomość, iż nie da się zmienić przeszłość, ale trzeba żyć dalej. Teraz zależało od niej, jak potoczy się los małego Jerzego, którego serce otworzyło się dla niej i Witolda. Nigdy nie zapomni Jasia, zawsze będzie go kochać, ale teraz ma jeszcze jednego człowieka, dla którego musi być silna.
Jerzy pobiegł na koniec korytarza, stanął przy oknie, chwilę się rozejrzał i wrócił, biegnąc ku matce, ojcu i starszemu bratu. Za oknem, z nieoczekiwanego metalowego odblasku, wzbił się biały gołąb. Okrążył budynek, zawisł nad głowami Weroniki, Witolda, Mateusza i Jerzego, po czym wzleciał w niebo, rozpuszczając się w chmurach.












