Testament młodszego syna – Ostatnia wola najmłodszego z rodziny

twojacena.pl 13 godzin temu

TESTAMENT MŁODSZEGO SYNA

Wiera nie odrywała wzroku od napisu Sala operacyjna. Litery rozmazywały się od wielogodzinnego wyczekiwania i zmartwienia, serce tłukło się w piersi jak opętane. W rękach wciąż ściskała ulubioną zabawkę Wojtusia, swojego czteroletniego, młodszego synka: czerwony plastikowy traktor z łyżką. Wojtuś, oczywiście, początkowo marzył o niebieskim traktorze, jak z bajki, ale z czasem całą swoją chorą duszyczką pokochał właśnie tę zabawkę podarowaną przez ukochanego tatę.

Wreszcie za matowym szkłem mignęła męska sylwetka, drzwi się otworzyły, a w korytarzu ukazał się zmęczony lekarz. Wiera natychmiast zerwała się z miejsca i pobiegła do niego:
Panie doktorze, jak? Jak poszło? Jak Wojtuś?
Lekarz spuścił głowę, zdejmując maskę:
Pani Wieryno, przykro mi Zrobiliśmy wszystko, co było w naszej mocy

***

Wiera leżała skulona na łóżku synka. Poduszka wciąż pachniała Wojtkiem. Na lustrze naprzeciw była jeszcze odciśnięta jego malutka rączka umorusana czekoladą. Jak dobrze, iż nie zdążyła wytrzeć lustra! Przecież on już nigdy go nie zabrudzi. Już nigdy nie przytuli zmęczonej głowy do tej poduszki.
Po spieczonej policzku Wieri popłynęła kolejna słona łza. Ból wypalił jej serce od środka, zdrowe serce takiego jej syn nie miał. Starszy syn, Mateusz, był zdrów i już adekwatnie samodzielny miał 18 lat i studiował na uniwersytecie. Ale Wojtuś Jej późne, niespodziewane szczęście, które zamieniło się w największą tragedię. Całą ciążę wyniki były dobre, dopiero tuż przed porodem, przypadkiem, okazało się, iż synek rodzi się z ciężką wadą serca… To przy operacyjnej korekcie wszystko się skomplikowało i nie ma już jej Wojtusia

***

Wiera zamknęła oczy, zapadając w niespokojny, dręczący sen. Znowu, jak od wielu dni, była na słonecznej polanie obsypanej pachnącymi kwiatami. Niedaleko stał jej Wojtuś, uśmiechając się tym swoim cudownym uśmiechem, w ukochanej koszuli z autkami. Trzymał w dłoniach wielki bukiet rumianków.
Wojtuś! Syneczku! zawołała Wiera, ale chłopiec jakby jej nie słyszał, zamyślony przebierał płatki kwiatów.
Biegła przez kwietną łąkę, wyciągając ręce, by go przytulić, ale im bliżej się zdawało, tym dalej Wojtuś się oddalał. Wiera krzyczała z rozpaczy, wyciągała ręce, ale nie mogła do niego dotrzeć. Nagle Wojtuś spojrzał na nią, uśmiechnął się i rozmył się w powietrzu. Tylko obłok rumiankowych płatków opadał powoli na ziemię
Gdy dobiegła do miejsca, gdzie leżały płatki, spojrzała pod nogi.
Z białych kwiatowych płatków na trawie ułożony był jakiś adres.

***

Zbudził ją dźwięk telefonu. Spojrzała na wyświetlacz: Mateusz.
Tak, synku odebrała chropawym głosem.
Mamusiu, dziś przyjadę, może byś coś dobrego zrobiła?
Wiera wymusiła uśmiech. Dosyć. Minęły prawie trzy miesiące odkąd odeszło jej młodsze dziecko, ale wciąż ma przecież najstarszego syna! Czas spróbować choć jakoś żyć.
Oczywiście, kochanie. Zrobić naleśniki?
Byłoby super, mamo! Już jadę, jestem w autobusie, zaraz będę!
Mateusz starał się przyjeżdżać co weekend, by choć na chwilę odciągnąć rodziców od żalu. Wiedział przecież, jak bardzo wszyscy cierpią. Ale życie musiało trwać dalej, musieli przejść przez żałobę razem taka już rodzina.
Z trudem wstała na nogi i poczłapała do kuchni. Zajrzała do lodówki zabrakło mleka. Jej mąż, Witalis, siedział przy stole, naprawiając coś w laptopie. Spojrzał na żonę:
Idziesz do sklepu?
Mateusz zadzwonił, przyjeżdża, poprosił o naleśniki powiedziała spokojnie. Nie ma mleka. Lepiej sama pójdę, trochę się przewietrzę.
Witalis uniósł brwi w zdziwieniu. Powolutku wraca do życia! pomyślał.
Wiera nie spieszyła się z wyjściem, ubrała się i ruszyła do sklepu. Wiosenny wietrzyk miło dmuchał w twarz, ptaki śpiewały, gałązki już miały jasnozielony odcień zaraz wybuchną młodymi liśćmi. Przyroda budziła się po zimie. Oj, nie doczekał Wojtuś swojej piątej wiosny westchnęła, odganiając smutne myśli i podeszła do sklepu.

***

Z półki wzięła mleko, ulubione cukierki Mateusza, chleb i kurczaka, a potem ruszyła do kasy. Nagle z sąsiedniej alejki dobiegł ją znajomy śmiech. Serce ścisnęło jej się z tęsknoty tak śmiał się tylko Wojtuś Popędziła w tamtą stronę i kątem oka zauważyła tylko uciekającą dziecięcą sylwetkę między regałami. Wiera, choć wiedziała, iż to niemożliwe, podążyła za dzieckiem, po drodze przewracając tekturową reklamę jakiegoś produktu w promocji.
Schylając się po reklamę, zamarła: na białym kartonie czerwone literki układały się w ten sam adres ze snu.
Wojtuś, co chcesz mi powiedzieć? szepnęła.
Do domu wracała z myślą, iż to nie przypadek. Wojtuś chce coś przekazać, ale co? Musi sprawdzić ten adres w internecie. Ale nie dziś. Dziś przyjeżdża jej najstarszy, trzeba go przyjąć jak należy i jakoś się trzymać.

***

Wieczór minął wyjątkowo spokojnie, Wiera choćby znalazła w sobie siłę, by odpowiedzieć śmiechem na opowieści syna z uniwersytetu. Mateusz zajadał naleśniki, a Wiera i Witalis patrzyli na niego z dumą przecież to ich pierworodny, teraz jedyne dziecko. Gdy już wszyscy rozeszli się do swoich pokojów, nastała noc.
Zmęczona dniem, Wiera gwałtownie zasnęła. Obudził ją w środku nocy śpiew dobiegający z łazienki. Serce zaczęło jej bić jeszcze mocniej nigdy nie pomyliłaby tego głosu, Wojtuś śpiewał swoją ulubioną piosenkę z bajki o niebieskim traktorze
Z trudem przełknęła ślinę, wstała i podeszła do łazienki, starając się być cicho, by nie spłoszyć Wojtusia. Delikatnie uchyliła drzwi oczywiście, nikogo nie było. Łzy popłynęły po policzkach.
Po co się łudzę? Przecież Wojtka już nie ma! To tylko moje zmęczone serce i wyobraźnia! zrugała się w myślach.
Podeszła do umywalki, puściła wodę i obmyła twarz, próbując się oprzytomnić. Dość, koniec tego wszystkiego dla Witalisa, dla Mateusza! Spojrzała na swoje odbicie: spuchnięta, blada twarz z cieniami pod oczami.
Ze złości namydliła dłoń i przejechała pianą po lustrze, sama nie wiedząc po co. I wtedy zobaczyła, jak na lustrze z piany układają się litery ten sam adres
Zadrżała, gdy w ciszy usłyszała cieniutki dziecięcy głosik:
Czekam na ciebie, mamo

***

Co ty robisz, czemu nie śpisz? Witalis obudził się, widząc światło laptopa na jej twarzy.
Wiera siedziała w fotelu z komputerem na kolanach, wpatrzona w ekran.
Chodź tutaj, Witalis jeżeli czujesz to samo, co ja, to wszystko co mi się ostatnio dzieje to nie szaleństwo
Z trudem podszedł do żony i spojrzał na zdjęcie: chłopczyk, około czterech lat.
Eryk Kaczmarek, lat 4 głosił podpis. Rodzice zginęli w wypadku trzy lata temu, wychowywała go babcia. Sześć miesięcy temu trafił do domu dziecka, bo babcia zmarła.
Ten adres mnie dręczy od ostatnich dni wyjaśniła Wiera. To przez Wojtusia
Opowiedziała mu o śnie, sklepie i łazience. Witalis po chwili namysłu powiedział stanowczo:
Musimy tam pojechać

***

Pani dyrektor domu dziecka, Katarzyna Aleksandrowicz, prowadziła Wierę i Witalisa przez długie, jasne korytarze, opowiadając im cały czas:
Gdy Eryk do nas trafił, myśleliśmy, iż nie zostanie długo. Dziecko pogodne, rozwinięte, wychowane w kochającej rodzinie, choć przez babcię. Trzy razy rodziny próbowały go adoptować, ale przy spotkaniu Eryk zamykał się i nie chciał rozmawiać. U nas panuje zasada, iż dzieci nie oddaje się na siłę. Powtarza, iż po niego przyjdą prawdziwa mama i tata i ich rozpozna. Od trzech miesięcy Eryk opowiada o wyimaginowanym przyjacielu, nazywa go Wojtuś. Podobno ten Wojtuś mówił mu ostatnio, iż mama i tata niedługo po niego przyjdą.
Wiera i Witalis spojrzeli po sobie. Czyżby ich zmarły syn chciał pomóc osieroconemu chłopcu?
Zobaczycie, poznajcie go. Może uda się wam zdobyć jego serce. powiedziała pani dyrektor, otwierając drzwi do sali zabaw.
Wiera poznała go od razu. Malutki, szczupły, siedział wśród innych dzieci, układając wieżę z klocków i nucił ulubioną piosenkę Wojtusia Eryk odwrócił się, rzucił klocki i wybiegł do nich z okrzykiem:
Mamo! Tato! Wiedziałem, iż przyjdziecie!!!

***

Przyspieszyć formalności pomogła pani Katarzyna Aleksandrowicz, która szczerze się ucieszyła, widząc reakcję Eryka na spotkanie z Wierą i Witalisem. Gdy dowiedziała się o stracie, którą przeszli, wzruszyła się jeszcze bardziej. Już po miesiącu Wiera, Witalis i Mateusz przyjechali po Eryka, by zabrać go na zawsze. Przed wyjściem chłopiec wyswobodził swoją dłoń z ręki Wiery i powiedział:
Mamo, poczekaj! spojrzał w głąb korytarza. Tam stoi Wojtuś, chce się z nami pożegnać!
Serce Wieri znów ścisnęło się z żalu. Ale tym razem był to spokojny, jasny smutek wiedziała, iż nie można już zmienić przeszłości, ale trzeba żyć dalej. Teraz od niej zależał cały świat Eryka, który otworzył dla nich swoje kruche, wrażliwe serce. Nigdy nie zapomni o Wojtusiu, zawsze będzie go kochać ale teraz ma jeszcze jedną istotkę, dla której musi być silna.
Eryk pobiegł na koniec korytarza, spojrzał przez okno, chwilę stał, po czym wrócił do mamy, taty i starszego brata. Za tym oknem, z szerokiego parapetu, wzbił się w niebo piękny biały gołąb. Krążył wysoko w górze, nad Erykiem, Wierą, Witalisem i Mateuszem, przynosząc im cichą nadzieję na przyszłość.

Idź do oryginalnego materiału