Testament najmłodszego syna
Nie mogłam oderwać wzroku od drzwi z napisem Blok operacyjny. Litery zamazywały mi się przed oczami od wielogodzinnego czekania. Serce waliło mi jak młot. Cały czas ściskałam w dłoniach ulubiony samochodzik Jasia, mojego czteroletniego, najmłodszego synka czerwony, plastikowy traktor z łyżką. Jaś, oczywiście, marzył o niebieskim traktorze, takim jak w bajce, ale z czasem pokochał ten podarowany przez tatę z całego swojego pokaleczonego serduszka.
W końcu za matową szybą pojawiła się czyjaś sylwetka. Drzwi się otworzyły i na korytarzu stanął zmęczony lekarz. Zerwałam się z ławki i pobiegłam do niego.
Panie doktorze, i co? Jak poszło? Jak Jaś?
Lekarz skulił się w sobie, zdejmując maseczkę.
Pani Weroniko, przykro mi… Zrobiliśmy wszystko, co się dało…
***
Położyłam się w Jasiowym łóżku, zwinięta w kłębek. Poduszka przez cały czas pachniała moim synkiem. Na lustrze naprzeciwko pozostał ślad małej rączki ubrudzonej ciasteczkami. Boże, jak dobrze, iż nie zdążyłam zetrzeć tego śladu! Przecież on już nigdy więcej go nie zostawi. Nigdy więcej nie położy już zmęczonej główki na tej poduszce…
Kolejna słona łza spłynęła mi po poliku. Ból wypalił mi serce od środka. Zdrowe serce. Czego Jaś, mój najmłodszy syn, nigdy nie miał. Starszy, Maciek, był zdrowy i już całkiem samodzielny miał 18 lat i studiował na uniwersytecie. A Jaś… Moja późna, nieoczekiwana radość, która zmieniła się w największą rozpacz. Całą ciążę badania były w porządku, dopiero tuż przed porodem zupełnym przypadkiem wykryli poważną wadę serca… Właśnie przy skomplikowanej operacji coś poszło nie tak i Jasia już nie ma…
***
Zamknęłam oczy i odpłynęłam w niespokojny, urywany sen. Znowu, jak co noc, znalazłam się na pachnącej łące, pełnej kolorowych kwiatów. Niedaleko zobaczyłam Jasia, uśmiechniętego swoim charakterystycznym uśmiechem; miał na sobie ulubioną koszulę w samochodziki. W rękach trzymał ogromny bukiet stokrotek.
Jasiu! Synku! zawołałam, ale Jaś mnie nie słyszał, przekładał tylko płatki kwiatów.
Pobiegłam przez łąkę, rozkładając ręce do uścisku. Ale im szybciej biegłam, tym bardziej Jaś się oddalał. Nie byłam w stanie go dogonić. Rozpaczliwie krzyczałam, wyciągałam ręce, ale nie mogłam go dosięgnąć. Nagle Jaś spojrzał na mnie, uśmiechnął się i rozpłynął się w powietrzu. Została tylko chmura płatków stokrotek, która powoli opadła na trawę…
Dopadłam tam, gdzie spadły płatki, i spojrzałam pod nogi. Na trawie, z białych płatków, ułożony był jakiś adres…
***
Obudził mnie dźwięk telefonu. Spojrzałam na ekran: Maciek.
Słucham, synku wychrypiałam.
Mamuś, dziś wpadnę, przygotujesz mi coś dobrego?
Z trudem się uśmiechnęłam. Dosyć. Minęły prawie trzy miesiące, odkąd nie ma Jasia, ale przecież mam jeszcze starszego syna. Muszę się wziąć w garść dla niego, dla siebie.
Oczywiście, kochanie, co byś chciał? Może naleśniki?
Super by było, mamo! Czekaj, już jestem w autobusie, zaraz będę!
Maciek od początku co weekend przyjeżdżał, żeby oderwać mnie i tatę od smutnych myśli. Sam też mocno przeżywał śmierć brata, ale życie musiało toczyć się dalej. Taka już jest rodzina.
Z trudem wstałam z łóżka i poszłam do kuchni. Otworzyłam lodówkę i odkryłam brak mleka. Mój mąż, Witold, dłubał przy laptopie, lutując coś precyzyjnie. Podniósł na mnie wzrok.
Idziesz do sklepu? zapytał.
Maciek zadzwonił. Prosił o naleśniki. Skończyło się mleko. Pójdę sama, trochę się przewietrzę.
Witold zdziwiony podniósł okulary z nosa. Wychodzi z tego pomyślał.
Powoli się ubrałam i wyszłam z domu. Lekki wiosenny wiatr owiewał mi twarz. Ptaki śpiewały, gałęzie drzew pokrywały się świeżą zielenią. Przyroda budziła się do życia. Westchnęłam: Jasiu nie zobaczy swojej piątej wiosny….
Odgoniłam złe myśli i ruszyłam w stronę osiedlowego sklepu.
***
W sklepie sięgnęłam po mleko, Maćkowe ulubione cukierki, chleb i kurczaka. Wtedy gdzieś między regałami nagle usłyszałam śmiech zupełnie jak Jasia. Serce mi się ścisnęło. Pognałam za tym dźwiękiem, ale zobaczyłam tylko uciekającą za regałami dziecięcą sylwetkę. Rozumiałam, iż to niemożliwe, a jednak podążyłam za tym cieniem, przypadkiem przewracając kartonową tablicę promocyjną.
Schyliłam się, żeby ją podnieść, i zamarłam: na białym tle czerwonymi literami widniał ten sam adres, który widziałam we śnie.
Jasiu, co ty próbujesz mi powiedzieć? szepnęłam.
Wracałam do domu zamyślona. To przecież nie przypadek. Może Jaś chce mi coś przekazać? Muszę sprawdzić ten adres w internecie, ale nie dziś. Dzisiaj przyjeżdża Maciek, muszę być dla niego dla nas obu.
***
Wieczór minął zaskakująco ciepło. Siedziałyśmy z Witoldem w kuchni, a Maciek rozbawiał nas opowieściami ze studenckiego życia, a ja po raz pierwszy od miesięcy potrafiłam się uśmiechnąć. Maciek zajadał się obiadem, a my patrzyliśmy na niego z czułością wszak teraz został nam tylko jeden syn. Noc zapadła gwałtownie i wszyscy rozeszli się do swoich pokoi.
Obudziłam się nagle w środku nocy, bo z łazienki dobiegło mnie ciche śpiewanie. Serce mi zamarło. To był głos Jasia; rozpoznałabym go zawsze. Śpiewał ulubioną piosenkę z bajki o niebieskim traktorze…
Z trudem przełknęłam ślinę i wstałam, starając się być cicho, jakbym bała się spłoszyć Jasia. Ostrożnie otworzyłam drzwi, ale łazienka była pusta. Łzy same popłynęły po policzkach.
Czego ja się spodziewałam? Jasia już nie ma! Wmawiam to sobie… zezłościłam się na siebie.
Podeszłam do umywalki i puściłam wodę. Pora przestać się katować! Dla Witka, dla Maćka! Umyłam twarz i spojrzałam w lustro. Patrzyła na mnie blada kobieta z podkrążonymi oczami ja.
W złości namydliłam rękę i przeciągnęłam mydliną po lustrze, sama nie wiedząc po co. Strużki piany zaczęły układać się w znajomy adres… Poczułam chłód na plecach. Usłyszałam wyraźnie cienki głosik:
Czekam na ciebie, mamo…
***
Nie śpisz? Witold poderwał się z łóżka, oświetlony światłem ekranu laptopa.
Siedziałam w fotelu z laptopem na kolanach, wpatrzona w ekran.
Witek, podejdź… jeżeli poczujesz to samo, to znaczy, iż to wszystko nie jest moim wymysłem…
Witold przysiadł obok mnie. Zobaczył zdjęcie małego chłopca, nie starszego niż Jaś.
Eryk Nowak, 4 lata głosił podpis. Rodzice Eryka zginęli w wypadku, wychowywała go babcia. Od pół roku w domu dziecka, babcia zmarła.
Ten adres śni mi się ostatnio, pojawia się wszędzie… To Jaś naprowadza mnie na niego…
Opowiedziałam Witoldowi o dzisiejszym śnie, wydarzeniu w sklepie i w łazience, a on po chwili namysłu zdecydował stanowczo:
Weronika, musimy tam jechać…
***
Pani Katarzyna Zielińska, dyrektorka domu dziecka, prowadziła nas jasnym, długim korytarzem i nieustannie tłumaczyła:
Jak do nas trafił Eryk, myśleliśmy, iż to na chwilę. Chłopiec zadbany, rozwinięty, wychowany w porządnej rodzinie, choć przez babcię. Próbowaliśmy go już trzy razy oddać do adopcji, ale w obecności kandydatów zamykał się w sobie, nie dopuszczał nikogo. Mówił, iż jego mama i tata przyjdą i rozpozna ich od razu. Od trzech miesięcy ma wymyślonego przyjaciela Jasia. Ten Jaś ostatnio powiedział mu, iż już niedługo przyjdzie po niego rodzina.
Spojrzeliśmy z Witoldem na siebie. Czy to możliwe, by nasz zmarły syn kierował nas do tego dziecka?
Zobaczymy, poznacie się. Może uda wam się zdobyć jego zaufanie podsumowała pani Katarzyna, otwierając drzwi do sali zabaw.
Od razu poznałam chłopca. Mały, szczuplutki, siedział wśród innych dzieci i budował wieżę z klocków, śpiewając… ulubioną piosenkę Jasia! Gdy nas zobaczył, porzucił zabawki, zerwał się na równe nogi i zawołał:
Mamo! Tato! Wiedziałem, iż przyjdziecie!!!
***
Samo przysposobienie Eryka przebiegło bardzo gwałtownie dzięki pani Katarzynie. Była szczerze uradowana, iż Eryk wreszcie zaufał komuś z dorosłych szczególnie, gdy dowiedziała się o naszej stracie. Miesiąc później pojechaliśmy z Maćkiem odebrać Eryka, by zabrać go wreszcie do naszego domu. Przed wyjściem nagle wyrwał się z mojej ręki:
Mamo, czekaj! popatrzył gdzieś w dal, na koniec korytarza. Tam jest Jaś, chce się z nami pożegnać!
Moje serce znów przeszył smutek, ale był to już cichy, łagodny ból. Wiedziałam, iż nie mogę nic zmienić, ale mogę zbudować coś nowego, dać Erykowi dom. Nigdy nie zapomnę Jasia, zawsze będę go kochać. Teraz jednak mam jeszcze jednego syna, dla którego muszę być silna.
Eryk pobiegł na koniec korytarza, zatrzymał się przy oknie, popatrzył przez chwilę i wrócił do nas swojej nowej rodziny: mamy, taty i starszego brata.
A za oknem, na szerokim parapecie, niespodziewanie przysiadł piękny, biały gołąb. Okrążył dom dziecka, wzleciał wysoko i zatańczył nad naszymi głowami.









