To nie twoja córka, czy oczy ci ktoś zamalował sadzą?
Zanim jeszcze zdążyłam przywyknąć do nowego nazwiska po ślubie z Piotrem Nowakiem, dziwny cień zaczął już się czaić nad naszą małą rodziną. Jego mama, Halina Nowakowa, powitała mnie lodowatym uśmiechem, kiedy przyniosłam na świat naszą maleńką Jagodę blondwłosą dziewczynkę o oczach jak letnie niebo nad Mazurami. Mój Piotr i jego brat Witek byli obaj ciemniejsi, z kruczymi włosami i skórą muśniętą słońcem, trochę jakby całą młodość spędzili pod żebraczym niebem Starego Miasta w Lublinie.
Po porodzie, jeszcze pachnąca szpitalnym mydłem, odebrałam telefon od Haliny. Złożyła mi życzenia i zaraz wparowała do szpitala, gdzie z dziwną wyższością przyglądała się wnuczce, jakby była śledczym od fałszywych obrazów w muzeum. Na korytarzu szepnęła tak głośno, iż cała Izba Przyjęć zamilkła:
Podmienili wam w szpitalu to dziecko?
Poczułam się, jakbym nagle przemieniła się w polskiego Zająca Wielkanocnego udającego koguta zupełnie bez sensu. Splątałam się we własnych słowach, próbując ją przekonać, iż przez cały czas byłam przy Jagódce, nikt jej nie zamienił.
Halina nie dała się przekonać. W domu, kiedy Piotr trzymał dziecko, rozległ się jej głos ciężki jak dzwon na wieży mariackiej:
To nie twoja Jagoda, ślepy jesteś?
Piotr oniemiał, jakby zobaczył topielca w Wiśle. Matka nie odpuszczała, wwiercała mu swoje słowa do głowy:
Ani twój nos, ani twoje oczy, nic z tej rodziny, to nie twoje! Zastanów się, kto urodził to dziecko! Pewnie jakiś Mietek z bazaru…
Tymczasem moja ciążą była jak pole tulipanów na Mazurach kolorowa, ale pełna przeszkód. Jagódka przywitała świat płaczem tak donośnym, iż aż lekarz zażartował:
Oj, rodzi się nam tu Maryla Rodowicz, płuca jak u syreny warszawskiej!
W te sny o świętach przy suto zastawionym stole z barszczem czerwonym i uszkami brutalnie wdarła się Halina jak huragan znad Bałtyku.
Piotr próbował łagodzić burzę, ale już całe mieszkanie wypełniał duszący zapach podejrzeń. Halina zaczęła wydzwaniać nieustannie, a wizyty przypominały wybuchy fajerwerków głośno i bez sensu. Nie dotykała wnuczki, ignorowała jej płacz, żądała testów DNA z uporem godnym inspektora pseudonaukowego.
Nareszcie wybuchłam weszłam do kuchni, wzięłam głęboki oddech pachnący cebulą i chlebem i rzuciłam nieco sarkastycznie:
To zamówmy złotą ramkę i powieśmy wynik nad twoim łóżkiem, mamo! Będziesz sobie czytać przed snem!
Halina tylko chrupnęła kiszonym ogórkiem i rzuciła mi spojrzenie, które mogłoby wysuszyć Wisłę na kilometr.
Test wykonaliśmy przyszła koperta, wyniki jednoznaczne. Piotr tylko uśmiechnął się pod nosem i nie czytał wcale. Halina oddała kartkę lśniącą od jej tłustych palców. Ja tylko szepnęłam:
To jasna rama, czy ciemna? Musimy dopasować do zasłon.
Wybuchła:
Ona sobie żartuje! Pewnie znajomy lekarz napisał, co trzeba. Mój Witek? Jego syn to cały on! I nikt nie ma wątpliwości, jasne?
Test nie zmienił niczego. Pięć lat upłynęło w atmosferze cichej wojny, pomiędzy pierogami z mięsem a kłótnią o barszcz z uszkami.
Przyszła kolej na drugą ciążę tuż po szwagierce, Marzenie. Nowa dziewczynka, nowa nadzieja, nowy śmieszny przypadek losu. Kiedy odsłoniłam kocyk u Marzeny, ujrzałam kopię mojej Jagody identyczna, jakby obie miały ten sam adres duszy.
Parsknęłam śmiechem:
Marzena, przyznaj się, byłaś u mojego kochanka?
Wszyscy zrozumieli, choćby Halina się zaczerwieniła jak buraczki z chrzanem. I od tego czasu jakby lód pękł pod stopami, Halina zaczęła przynosić Jagodzie pierniki, tulić ją jak kaszubską lalkę, mówić “moja jagódka”, “nasza królewna”.
Dziś Jagoda jest najstarszą, ukochaną wnuczką. Halina zasypuje ją upominkami i opowiada bajki o Bazyliszku i krasnoludkach. Czasem patrzę, jak bawi się z Jagodą, i przypominam sobie tamtą zimną zupę podejrzeń, którą karmiła nas przez tyle lat. Żal gdzieś został jak cień po burzy ale liczę, iż kiedyś rozpłynie się w zapachu świeżych jagodzianek.





