Pamiętam, iż kiedy miałam prawie czterdzieści lat, siostra Magda nie mogła uwierzyć w móją decyzję. Po co ci dziecko, Aniu? W twoim wieku ludzie myślą o wnukach, nie o przewijaniu pieluch! zaśmiała się, wycierając łzy po kolejnym wybuchu śmiechu. Kuchnia w naszym warszawskim mieszkaniu nagle wydała się zbyt ciasna, a zapach parzonej herbaty stał się przytłaczający.
Magdo, mówię poważnie. Chcę adoptować dziecko z domu dziecka rzekłam, kładąc filiżankę na stole. Magda machnęła ręką i znów rozbłysła śmiechem.
Nie mów tak! W twoim wieku ludzie myślą o wnukach, nie o przewijaniu pieluch! wykrzyknęła, a jej słowa rozdarły mnie na części.
Słuchaj, Magdo nachyliłam się do przodu. Potrzebuję dziecka. Czuję, iż moje życie jest puste bez niego. Miałam dwa małżeństwa, oba się nie udały, a z przyczyn medycznych nie mogę mieć własnych dzieci. Dlatego chcę wypełnić tę pustkę…
Stop, stop! przerwała Magda, podnosząc dłoń. Wiesz, o czym mówisz? To nie zabawka! To odpowiedzialność na całe życie!
Oparłam się o oparcie krzesła. Uśmiech siostry ustąpił miejsca powadze.
A co, jeżeli ci coś się przytrafi, Aniu? Co stanie się z dzieckiem? Jesteś sama! A pieniądze? Wiesz, ile kosztuje wychowanie dziecka? Ubrania, jedzenie, przedszkole, szkoła, studia!
Myślałam o tym odpowiedziałam spokojnie. Wiem, iż domy dziecka najczęściej oddają najmłodszych, więc wzięłabym dziecko w wieku trzechczterech lat. Mogłabym pracować zdalnie i poświęcić cały wolny czas na opiekę. Dam radę.
Magda pokręciła głową, a ciemne włosy rozlały się po ramionach.
Ania, nie rozumiesz! Wychowanie dziecka to nie tylko praca w domu. To wstawanie w nocy, kiedy płacze, wizyty w szpitalu, gdy zachoruje. To rezygnacja z własnego życia!
Dam radę. Nie szukam już związku. Mam dobrą pensję, oszczędności, własne mieszkanie. Nie mam się czego bać powiedziałam stanowczo.
To nie o pieniądzach! wstała i zaczęła chodzić po kuchni. Nie podołasz! Ten chłopiec zniszczy ci życie! Nie rozumiesz, w co się pakujesz!
Powoli wstałam, mocno ściskając brzeg stołu.
Twoje dziecko nie zniszczy ci życia. Masz syna i radzisz sobie, wydajesz się szczęśliwa.
Oczywiście! odwróciła się gwałtownie. Ja mam pełną rodzinę, męża, jestem szczęśliwa! Ty jesteś sama!
Między nami zagęściła się cisza. Patrzyłam na Magdę, nie mogąc uwierzyć własnym uszom.
Pełna rodzina? zapytałam powoli. To znaczy, iż ja jestem niepełna?
Nie tak miałam na myśli próbowała złagodzić ton. Z mężem jest po prostu łatwiej, on pomaga, wspiera. A ty nie masz nikogo.
Rozumiem zimno odpowiedziałam. Dziękuję za wsparcie, siostro.
Magda chwyciła torbę z parapetu, jej ruchy były szarpane i nerwowe.
Martwię się o ciebie! Nie chcę, żebyś popełniła głupie decyzje!
Idź powiedziałam cicho, nie podnosząc oczu.
Drzwi trzasknęły. Zostałam sama w kuchni, w której wciąż unosił się aromat niedopitej herbaty i gorycz wypowiedzianych słów. Usiadłam na krześle i przykryłam twarz dłońmi.
Czy Magda ma rację? Czy naprawdę nie dam rady? W głowie kłębiły się wątpliwości, każde słowo siostry odbijało się bólem w klatce piersiowej. Wyobrażałam sobie puste wieczory w mieszkaniu, ciszę przygniatającą ramiona, brak dziecięcego śmiechu.
Dwa dni pracowałam mechanicznie, odbierając telefony od klientów. Myśli wciąż wracały do rozmowy z Magdą. Łapałam się na tym, iż przeglądam zdjęcia dzieci na stronach domów dziecka, potem zamykałam zakładki, próbując wrócić do rzeczywistości.
W czwartek wieczorem zadzwoniła przyjaciółka Marzena.
Ania, co się stało? Twój głos brzmi przygnębienie
Opowiedziałam jej o sprzeczce z siostrą, o wątpliwościach i o tym, jak mocno zraniły mnie słowa Magdy.
Twoja siostra się myli powiedziała Marzena. Nie jesteś sama. Masz mnie, mamę, tatę. jeżeli ci coś się przytrafi, ktoś się zaopiekuje dzieckiem.
Opierałam czoło o zimne szyby okna.
A jeżeli nie dam rady?
Dasz radę. Jesteś silna, mądra, masz dobre serce. To dziecko zasługuje na szczęśliwe życie z tobą.
Po rozmowie z Marzeną poczułam wewnętrzny spokój. Tak, chcę tego dziecka. Tak, jestem gotowa ofiarować mu miłość, troskę i dobrą przyszłość. Nie obchodzi mnie opinia siostry.
W niedzielę pojechałam do rodziców, by podzielić się decyzją. Auto podjechało powoli pod znajomy płot przydomowy w podwarszawskiej dzielnicy. Wysiadłam, otworzyłam furtkę i ruszyłam w stronę werandy.
Zanim dotarłam, usłyszałam głośne głosy zza domu. To były Magda i rodzice, wyraźnie spór.
Musicie ją odwieść od tego! krzyczała siostra. Od tej decyzji! Nie powinna mieć dziecka, ma już tyle lat, nie potrzebuje tego!
Ania chce, odpowiedziała mama. Jak możesz tak mówić?
Cicho podślizgnęłam się bliżej, kryjąc się za rogiem domu. Serce waliło w piersi.
Martwię się nie tylko o Anię, ale i o własne dziecko! w furii brzmiała Magda. Serce Anny jest chore, a to mieszkanie, w którym mieszka, powinno przypaść mojemu synowi, jeżeli coś się jej przytrafi! To będzie spadek mojego dziecka, można tak powiedzieć!
Ziemia pod stopami zdawała się znikać.
Więc to mieszkanie ma trafić do dziecka, które Ania adoptuje! kontynuowała Magda. Nie ma to nic wspólnego z nami! Obcy dostanie mieszkanie, wszystkie pieniądze Anny!
Zapanowała cisza, po czym ojcowski głos przerwał milczenie:
Magdo, rozumiesz, co mówisz?
Rozumiem! Po prostu chronię interesy mojej rodziny i dziecka!
Nie wytrzymałam. Wyskoczyłam z ukrycia.
Jak mogłaś tak ze mną postąpić? krzyknęłam. Twarz Magdy zbledziała.
Ania
Mówiłaś, iż nie dam rady wychować dziecka, a wszystko to dlatego, iż chcesz przejąć mój dom? Moje pieniądze?! wykrzyknęłam. Zrozumiesz to, co mówiłam, kiedy usłyszałam twoje słowa!
Magda podniosła ręce, próbując coś powiedzieć.
Źle mnie zrozumiałaś! Ja po prostu
Wszystko zrozumiałam! podszedłam bliżej. I dobrze, iż usłyszałam własne uszy! Inaczej obwiniłabym się i wątpiła do końca życia!
Mama spuściła głowę, tata patrzył na Magdę z niedowierzaniem.
Ania, posłuchaj zaczęła siostra.
Nie! Ty słuchaj! odwróciłam się od niej. Już nigdy nie podchodź do mnie! Nigdy!
Zeszłam do samochodu, nie odwracając się. Za mną słychać było przytłumione głosy rodziców i Magdy, ale nie słuchałam już ich. W piersi płonął ogień determinacji.
Kolejne miesiące przelatywały wypełnione papierkową robotą: zaświadczenia, komisje, psychologowie, służby społeczne. Nie zbaczałam z kursu, choć biurokracja się dłużyła. Każdy dokument, każdy podpis przybliżał mnie do marzenia.
Wreszcie nadszedł ten dzień. Mała Zosia nieśmiało trzymała mnie za rękę w korytarzu domu dziecka.
Mamo? Czy to już moja mama? spytała cicho.
Usiadłam obok niej.
Tak, kochanie. Teraz jestem twoją mamą.
Zosia uśmiechnęła się, a moje serce napełniło się miłością, jakiej nigdy wcześniej nie znałam. Wszystkie lata samotności wylały się w radosny potok.
W domu Zosia ostrożnie zwiedzała nowy pokój, dotykała zabawek, które już wcześniej kupiłam. Wieczorem czytałyśmy bajkę, a dziewczynka zasypiała, przytulając się do mojego ramienia.
Rodzice przyjęli wnuczkę z entuzjazmem. Mama nie mogła przestać się nią zachwycać, a tata w ciągu tygodnia zbudował jej huśtawkę w ogrodzie. Marzena również była zachwycona jej syn Artur i Zosia gwałtownie się zaprzyjaźnili, kiedy nasze rodziny się spotykały.
Jedyną ciemną plamą pozostały relacje z Magdą. Na rodzinnych uroczystościach udawała, iż nie istnieję, odwracając się, gdy wchodziłam do pokoju. Jednak już mnie to nie dotykało.
Miałam Zosię. Dziewczynkę, która każdego ranka wbijała się w moje łóżko z pytaniami o plany na dzień, rysowała kredkami i dumnie pokazywała efekty, zasypiała przy moich kołysankach i szeptała kocham cię przed snem.
Życie w końcu nabrało sensu.
Wieczorami, gdy Zosia spała, siadałam przy jej łóżku i patrzyłam na spokojną twarz córki. Serce przepełniała wdzięczność losowi, sobie za odwagę, a choćby Magdzie, iż jej chciwość otworzyła mi oczy.
Poprawiłam kołdrę i szepnęłam cicho:
Śpij, moje słońce. Mama jest blisko.










