List zatytułowany: "To wyłudzanie pieniędzy", od razu zwrócił moją uwagę. Zawsze z zaciekawieniem czytam każdą wiadomość nadesłaną przez nasze czytelniczki, ale tym razem zżerała mnie ogromna ciekawość. Kto? Komu? I za co musiał zapłacić? Przyznaję, takich zarzutów się nie spodziewałam.
To skandal
"Mój synek chodzi do pierwszej klasy. Po stosunkowo trudnej adaptacji wszystko wreszcie się unormowało. Z racji tego, iż to moje jedyne dziecko, to i dla mnie szkoła i cała organizacja były niemałym wyzwaniem.
Kilka tygodni temu wychowawczyni zabrała uczniów do szkolnej biblioteki. Olek, choć nie umie jeszcze czytać, wypożyczył sobie książkę. Po co? No nie mam pojęcia. Rzucił ją w kąt i całkowicie o niej zapomniał. Dopiero wczoraj spakował ją do plecaka, bo planował oddać na przerwie albo po lekcjach.
Kiedy odbierałam go ze szkoły, od razu dostrzegłam skwaszoną minę. Nie skłamię, jeżeli napiszę, iż miał choćby łzy w oczach. Okazało się, iż Olek przetrzymał książki i musi zapłacić 2 zł kary. Podobno książki w szkolnej bibliotece można trzymać trzy tygodnie, a potem za każdy dzień naliczane jest bodajże 35 groszy.
Nie mogę uwierzyć, iż w czasach, gdzie edukacja powinna być priorytetem, ktoś zdecydował się na takie praktyki! Przecież szkoła powinna wspierać dzieci w zdobywaniu wiedzy, a nie karać je za to, iż zapomniały oddać książkę w terminie. Szukam w myślach, ale za moich czasów to czegoś takiego chyba nie było.
Uczniowie mają mnóstwo obowiązków, bo oprócz lekcji szkolnych, wielu z nich uczęszcza jeszcze na zajęcia dodatkowe. Jedni rzucą książkę na półkę, inni będą nosić ją w plecaku kilka dni za długo. I czy to naprawdę powód, by obciążać dzieci dodatkowymi kosztami?
Nie rozumiem, skąd pomysł na takie rozwiązanie. Książek w bibliotekach przecież nie brakuje, jest ich tam od licha i trochę. Wiem, iż 2 zł to nie majątek, ale tu 1 zł, tu 5 zł i tak szkoła się bogaci kosztem tych biednych uczniów albo i rodziców, którzy dają dzieciom pieniądze, na te nieszczęsne kary".
Tak było, jest i chyba będzie
Staram postawić się na miejscu czytelniczki i zrozumieć jej oburzenie. Jednak choć bardzo bym chciała, nie potrafię. Za moich czasów, zarówno w szkole podstawowej, gimnazjum, liceum, jak i na studiach za przetrzymanie książek trzeba było zapłacić karę. Nikt z tym nie dyskutował, bo każdy był tego świadomy.
Za zebrane pieniądze kupowane były dodatkowe lektury, podręczniki do biblioteki, a niekiedy świąteczne ozdoby. Czy to źle? Nie sądzę.
Trzy czy cztery tygodnie to wystarczający czas na przeczytanie książki. Potem pozycja powinna trafić w kolejne ręce, a nie leżeć i zbierać kurz na półce. Kary finansowe, które umówmy się, nie są wielkie, uczą odpowiedzialności i uświadamiają, iż z przewinień i niewłaściwego postępowania, wyciągane są konsekwencje.