„To złamało mi serce”: matka z Toronto mówi, iż szkoła nie ochroniła jej syna przed brutalnym prześladowaniem

bejsment.com 1 godzina temu

Matka z Toronto twierdzi, iż była zmuszona wypisać syna ze szkoły, ponieważ placówka nie potrafiła zapewnić mu bezpieczeństwa przed agresywnym uczniem, a procedura przeniesienia do innej szkoły przeciągała się przez wiele tygodni.

Gailon Richards, mama sześciorga dzieci, opowiedziała, iż po przeprowadzce do Rexdale w ubiegłym roku zapisała wszystkie swoje dzieci (ich nazwiska nie są podawane) do szkoły podlegającej Toronto District School Board.

Niedługo po rozpoczęciu roku szkolnego zaczęły się jednak pojawiać pierwsze problemy.

Jak relacjonuje Richards, 17 września jej pięcioletnia córka wróciła do domu z czerwonymi śladami na twarzy. Dziewczynka powiedziała, iż inny uczeń podrapał ją w okolicy oka. Choć zgłosiła zdarzenie nauczycielowi, matka twierdzi, iż szkoła nie poinformowała jej o incydencie.

– Następnego dnia poszłam do szkoły, bo moje dziecko było ranne. Nikt nie potrafił mi wyjaśnić, co się stało. Usłyszałam to tylko od córki, a chciałam rozmawiać z dorosłymi, którzy byli za to odpowiedzialni – powiedziała.

Był to początek serii kolejnych zdarzeń, do których doszło w ciągu następnego miesiąca i które dotyczyły jej ośmioletniego syna. Według Richards chłopiec padł ofiarą co najmniej pięciu przypadków znęcania się.

25 października, w deszczowy dzień, uczniowie trzeciej klasy przebywali w sali podczas przerwy. W pewnym momencie – jak twierdzi Richards – dzieci zostały bez nadzoru, a jej syn pokłócił się z innym uczniem.

– Siedział spokojnie, kiedy chłopiec, który go prześladował, zabrał mu rzecz. Gdy próbował ją odzyskać, został uderzony głową o metalowy element tablicy – relacjonowała.

– Powiedział, iż krwawił. Zapytałam go, czy ktoś mu pomógł. Odpowiedział: „Nie, mamo, nikogo tam nie było… bardzo mnie bolało i nie wiedziałem, co robić” – wspominała ze łzami w oczach. – Najbardziej boli mnie to, iż cierpiał zupełnie sam, a nikt choćby nie sprawdził, czy wszystko z nim w porządku.

Po tym zdarzeniu Richards profilaktycznie zaszczepiła syna przeciwko tężcowi i zgłosiła sprawę dyrekcji szkoły, która obiecała przeprowadzić dochodzenie. Jak twierdzi, nie przyniosło ono żadnych rezultatów.

Kilka dni później otrzymała telefon z informacją, iż jej syn ponownie został zaatakowany przez tego samego ucznia. Chłopiec miał zostać zwabiony na zewnątrz podczas przerwy i brutalnie pobity.

– Wyszedł, bo myślał, iż chcą się z nim zaprzyjaźnić. Jest nowy w szkole, nie ma kolegów, mówiłam o tym administracji, iż przez to jest łatwym celem – wyjaśniała.

– Podczas zabawy inni uczniowie nadepnęli mu na głowę, kopali go w klatkę piersiową i brzuch, gdy leżał na ziemi. Dopiero potem poszedł po pomoc i trafił do sekretariatu – powiedziała, dodając, iż szkoła określiła to zdarzenie jako „brutalną zabawę”.

Po obu incydentach Richards zgłosiła sprawę na policję. Policja w Toronto potwierdziła wszczęcie dochodzenia, jednak ze względu na wiek dzieci nie postawiono żadnych zarzutów.

CTV News zapoznało się ze zdjęciami, które mają przedstawiać obrażenia dzieci Richards. Z udostępnionej korespondencji mailowej wynika, iż od końca września kobieta wielokrotnie kontaktowała się z administracją szkoły i kuratorium.

Jak twierdzi, wymiana wiadomości nie doprowadziła do realnych działań, a szkoła nie potrafiła na piśmie zagwarantować bezpieczeństwa jej dzieci. W efekcie tydzień przed przerwą świąteczną zdecydowała się zabrać syna ze szkoły.

– Widziałam, jak bardzo wpływa to na jego psychikę. Żadne dziecko nie powinno bać się rano pójścia do szkoły i zastanawiać się, czy dziś znów zostanie pobite – mówiła.

W oświadczeniu dla CTV News przedstawiciel TDSB zapewnił, iż wszystkie zgłoszenia dotyczące znęcania się są traktowane poważnie i dokładnie analizowane. Ze względu na przepisy o ochronie prywatności nie ujawniono szczegółów sprawy.

Syn Richards uczył się w domu od połowy grudnia, ponieważ procedura przeniesienia do innej szkoły utknęła. Zdesperowana matka zdecydowała się nagłośnić sprawę w mediach.

Po interwencji CTV News 14 stycznia otrzymała – jak mówi – niespodziewany telefon od dyrektora szkoły.

– Ton rozmowy był zupełnie inny. Pytano mnie o dobro mojego syna i o to, do której szkoły chciałabym go przenieść. niedługo potem dostałam e-mail z informacją o dalszych krokach – napisała.

Chłopiec rozpoczął naukę w nowej szkole we wtorek. Richards przyznaje, iż choć odczuwa ulgę, wciąż nie potrafi zrozumieć, dlaczego nikt nie poniósł odpowiedzialności.

– Najbardziej boli mnie to, iż moje obawy były bagatelizowane. Zamiast wsparcia spotkałam się z arogancją i lekceważeniem. Czułam się, jakbym robiła coś złego, broniąc własnego dziecka – powiedziała.

Zasady TDSB dopuszczają tzw. transfery uznaniowe, m.in. w sytuacjach humanitarnych lub gdy dalsza obecność ucznia w danej szkole może być niebezpieczna. Odpowiedzialność za znalezienie nowego miejsca spoczywa na szkole macierzystej.

Profesor Debra Pepler z Uniwersytetu York, ekspertka w dziedzinie przemocy szkolnej, podkreśla, iż pierwszym obowiązkiem szkoły jest bezpieczeństwo uczniów, a dopiero potem edukacja.

– jeżeli dziecko jest ofiarą przemocy i nic się nie dzieje, szkoła nie wywiązuje się ze swoich obowiązków – stwierdziła.

Pepler zaznaczyła, iż przeniesienie dziecka powinno być ostatecznością, a szkoły powinny reagować poprzez edukację, a nie wyłącznie kary.

– Trzeba uczyć sprawców i świadków, iż takie zachowania są niedopuszczalne, a ofiarom zapewnić realne wsparcie. Szkoły mają wiele narzędzi, by to zrobić, bez sięgania po środki karne – dodała.

Idź do oryginalnego materiału