W szwajcarskim kurorcie Crans-Montana władze ogłosiły stan wyjątkowy po tragedii w barze podczas sylwestrowych obchodów. Lekarze walczą o życie ponad 80 ciężko rannych i poparzonYCH osób, których stan jest krytyczny. Władze postawiły służbę zdrowia w najwyższą gotowość, a do miasta przybywają rodziny ofiar i zaginionych.
Mieszkańcy i bliscy ofiar zbliżają się do miejsca tragedii, by oddać hołd zmarłym – zostawiają kwiaty lub stoją w milczeniu. W ośrodku panuje cisza, ulice patrolują liczne wozy policji i żandarmerii.
Ocalały z Mediolanu
Nie wszyscy jednak znaleźli się w barze tej nocy. Andrea, młody mieszkaniec Mediolanu, o włos uniknął tragedii. "Trochę czuję się tak, jakbym zyskał nowe życie" – powiedział PAP.
Opisał, jak podjął decyzję o nieudaniu się do baru. "Postanowiliśmy z kolegami z uniwersytetu powitać tu Nowy Rok. W końcu to tylko nieco ponad trzy godziny jazdy samochodem z naszego miasta. Już na miejscu dowiedzieliśmy się, iż dużo młodzieży idzie do baru w centrum, gdzie będzie zabawa. Poszliśmy tam i my w czwórkę" – relacjonował.
Przed lokalem zobaczyli sporą grupę czekających w nadziei na wejście. "Byli wśród nich też Włosi. Zastanawiali się głośno, czy będą dla nich miejsca, bo była to spora grupa" – dodał.
"My odeszliśmy, bo nie chcieliśmy czekać. A ja zastanawiam się teraz, czy oni weszli. Nie daje mi to spokoju" – powiedział Andrea.
Miasto w żałobie
Starszy mieszkaniec Crans-Montana wyraził ból społeczności lokalnej. "Jesteśmy w żałobie. Nie wiem, kiedy się z tego podniesiemy" – powiedział.
Do baru w centrum miasta młodzież przyszła na planowane obchody Nowego Roku. Wśród osób oczekujących na wejście byli również studenci z włoskich uniwersytetów.
Uwaga: Sztuczna Inteligencja (AI) stworzyła ten artykuł.















