W naszej rodzinie od czterech pokoleń mężczyźni pracowali na kolei! A ty co przyniosłaś? zapytała z wyrzutem teściowa, pani Irena Bąk, kładąc wydruk z USG na kuchenny stół, który nagle stał się czerwonym, miękkim grzybem porastającym mieszkanie. Nad stołem unosił się zapach niedzielnego rosołu, zmieniającego się powoli w parę migoczącą snopami światła.
Jagódkę, odpowiedziała cicho Zuzanna, obejmując swój okrągły brzuch, w którym pływały drobne, pulsujące błękitne ryby. Nazwiemy ją Jagódka.
Jagoda… przeciągnęła Irena, a jej głos rozszedł się echem po starych warszawskich kamienicach. Przynajmniej imię po polsku. Ale na co ona? Komu była potrzebna w twojej rodzinie taka Jagoda?
Marcin siedział w rogu jadalni, przewijając coś na ekranie starego telefonu, z którego sączyła się cicha, nierealna muzyka. Gdy Zuzanna spytała go o zdanie, tylko wzruszył ramionami:
Co jest, to jest. Może następnym razem będzie syn.
Zuzannie ścisnęło się wnętrze jak harmonijka następnym razem? A ta mała próbka, nie dziecko?
Jagódka urodziła się w styczniu maleńka, z wielkimi oczami jak spodki i wirującą chmurą ciemnych włosów. Marcin pojawił się tylko na odbiorze ze szpitala, trzymając naręcze goździków i kolorową torbę z dziecięcymi ubrankami pachnącymi mokrym śniegiem.
Ładna, powiedział nieśmiało, zaglądając do wózka, który ociekał srebrem stycznia. Podobna do ciebie.
A ma twój nos, szepnęła Zuzanna, a jej słowa zamieniły się w lekkie płatki śniegu tańczące nad wózkiem. I twoją upartą brodę.
Daj spokój, odburknął Marcin. Wszystkie dzieci wyglądają tak samo w tym wieku.
Irena witała ich w domu skrzywioną miną, jej cienka sylwetka wydłużyła się nagle, jakby cień rozlał się po przedpokoju.
Sąsiadka Iwona pytała, czy wnuk czy wnuczka. Wstyd się było przyznać, burknęła, a jej głos zabrzmiał jak stukot wagoników. Na starość mam się bawić lalkami…
Zuzanna zamknęła się w dziecięcym pokoiku pełnym dryfujących misiów i zapłakała cicho, przyciskając córeczkę do wilgotnej od łez piersi.
Marcin coraz częściej znikał. Pracował więcej, dorabiał u sąsiadów, brał dodatkowe zmiany na kolejowym dworcu, które przypominały mu labirynt z poruszającymi się cegłami. Tłumaczył, iż życie w Warszawie jest drogie zwłaszcza z dzieckiem. Wracał późno, cicho, miał spojrzenie przykryte mgłą.
Czeka na ciebie, mówiła Zuzanna, gdy przechodził obojętnie obok pokoju dziecięcego, zza którego drzwi rozciągała się łąka pełna brzęczących pszczół. Jagódka zawsze ożywa, kiedy słyszy twoje kroki.
Jestem zmęczony, Zuziu. Jutro muszę wstać wcześnie.
A choćby się z nią nie przywitałeś
pozostało mała, nie zrozumie.
Ale Jagódka rozumiała. Zuzanna widziała, jak córeczka przekręca główkę ku drzwiom, gdy rozlegały się kroki, a później długo patrzy w otchłań bieli, kiedy odgłos kroków zanika.
W ósmym miesiącu Jagódka zachorowała. Najpierw temperatura trzydzieści osiem, potem trzydzieści dziewięć stopni Celsjusza. Wezwana lekarka przyszła przez ściany, niczym postać z mgły, i powiedziała, iż na razie wystarczą domowe leki. Ale rano temperatura osiągnęła czterdzieści.
Marcin, wstawaj! Zuzanna szarpała męża, pościel stawała się coraz zimniejsza. Jagódka wygląda bardzo źle!
Która godzina? wymamrotał Marcin, oczy miał szkliste jak stare lustra.
Siódma. Nie spałam z nią całą noc. Musimy do szpitala!
Tak wcześnie? Może do wieczora poczekamy? Mam dziś istotną zmianę
Zuzanna patrzyła na niego, jakby widziała go pierwszy raz.
Twoja córka płonie z gorączki, a ty myślisz o pracy?
Przecież nie umiera! Dzieci często chorują.
Zuzanna zamówiła taksówkę we śnie kierowca miał głowę z ptasiego pióra i woził ich przez różowe zaspy śniegu.
W szpitalu lekarze natychmiast zabrali Jagódkę do izolatki, gdzie ściany pulsowały spokojnym światłem. Podejrzewali poważny stan zapalny, potrzebna była punkcja lędźwiowa.
Gdzie ojciec dziecka? zapytał ordynator, który na chwilę przemienił się w bociana. Potrzebujemy zgody obydwu rodziców.
On pracuje. Zaraz przyjedzie.
Zuzanna przez cały dzień dzwoniła do Marcina. Telefon milczał w nierealnych przestrzeniach miasta. Dopiero o siódmej wieczorem odebrał.
Zuziu, jestem w lokomotywowni dużo pracy
Marcin, Jagódka ma podejrzenie zapalenia opon mózgowych! Potrzebna twoja zgoda na punkcję! Lekarze czekają!
Co? Jaka punkcja? Nic nie rozumiem
Przyjedź! Natychmiast!
Nie mogę, zmiana do jedenastej. Potem umawiałem się z chłopakami
Zuzanna odłożyła słuchawkę bez słowa, czuła, jak z sufitu zaczynają opadać srebrne pajęczyny.
Zgodę podpisała sama. Punkcję wykonano w narkozie. Jagódka wyglądała wtedy jak maleńka, spokojna rybka leżąca na białej ławicy.
Wyniki będą jutro, powiedział lekarz, który miał uśmiech pełen chmur. jeżeli to naprawdę zapalenie opon, czeka ją długo leczenie. Może półtora miesiąca w szpitalu.
Zuzanna została z córeczką na noc. Jagódka leżała pod kroplówką, blada i zupełnie nieruchoma, tylko klatka piersiowa delikatnie się unosiła.
Marcin zjawił się nazajutrz w południe, nieogolony i rozchełstany, z oczami pełnymi popiołu.
No i jak? zapytał niepewnie, nie wchodząc do sali, z której co jakiś czas wyfruwały papierowe żurawie.
Źle, odpowiedziała Zuzanna. Wyników jeszcze nie mamy.
Co z nią robili? Tę jak to się nazywa
Punkcję lędźwiową. Pobierali płyn z kręgosłupa na badanie.
Marcin pobladł, jakby ktoś zasznurował mu gardło.
Bolało ją?
Była pod narkozą. Nie czuła nic.
Podszedł powoli do łóżeczka. Jagódka spała, maleńka rączka wystawała spod kocyka, a do nadgarstka była przyczepiona plastikowa rurka.
Taka jest maleńka powiedział cicho. Nie pomyślałem
Zuzanna nie odpowiedziała.
Wynik był pomyślny to nie było zapalenie opon. Zwykłe zakażenie wirusowe, choć komplikacje niebezpieczne. Leczenie w domu, ale pod czujnym okiem lekarza.
Miałaście szczęście, powiedział ordynator. Jedendwa dni zwłoki i byłoby znacznie gorzej.
Wracając przez park, Marcin milczał. Gdy ich blok zaczął falować od bazi i ptaków, spytał cicho:
Czy naprawdę jestem złym ojcem?
Zuzanna przełożyła śpiącą Jagódkę lepiej i spojrzała na niego.
A jak ty myślisz?
Myślałem, iż mam jeszcze czas. Że ona jest taka mała i nic nie rozumie. Teraz kiedy zobaczyłem ją tam, wśród tych kabli Dotarło do mnie, iż mogę coś stracić. I iż to jest bardzo cenne.
Marcinie, ona potrzebuje ojca. Nie żywiciela, nie maszynisty. Ojca, który zna jej imię i umie wskazać jej ulubione zabawki.
Jakie? szepnął.
Gumowy jeżyk i grzechotka z dzwoneczkami. Za każdym razem, gdy przychodzisz do domu, ona czołga się do drzwi. Myśli, iż ją podniesiesz.
Marcin spuścił głowę.
Nie wiedziałem
Teraz już wiesz.
W domu, gdy Jagódka się przebudziła i zapłakała cienko jak dzwoneczek, Marcin odruchowo wyciągnął do niej ręce, ale zawahał się.
Mogę? upewnił się.
To przecież twoja córeczka.
Podniósł ją ostrożnie. Długimi, powolnymi ruchami. Dziewczynka uspokoiła się, badając palcami jego twarz, ogromne oczy patrzyły jak dwa jeziora.
Cześć, maleńka wyszeptał. Przepraszam, iż nie było mnie przy tobie, kiedy się bałaś.
Jagódka dotknęła dłonią jego policzka i Marcin poczuł, jak gardło mu się zaciska.
Tata, powiedziała niespodziewanie wyraźnie.
To było jej pierwsze słowo.
Marcin spojrzał na żonę szeroko otwartymi oczami.
Ona ona powiedziała…
Już od tygodnia, uśmiechnęła się Zuzanna. Tylko, iż kiedy cię nie ma. Pewnie czekała na najlepszy moment.
Wieczorem, gdy Jagódka zasnęła u taty na kolanach, Marcin położył ją delikatnie do łóżeczka. Dziewczynka nie obudziła się, tylko mocniej uchwyciła jego palec jak żeby nie odpłynął.
Nie chce mnie puścić, zdziwił się Marcin.
Boi się, iż znów znikniesz, odpowiedziała cicho Zuzanna.
Siedział przy łóżeczku jeszcze pół godziny, nie chcąc się ruszyć.
Jutro biorę dzień wolny szepnął do żony. I pojutrze też. Chcę chcę poznać swoją córkę.
Praca? Nadgodziny?
Jakoś damy radę. Może trzeba będzie żyć oszczędniej, ale już nie chcę przegapić, jak ona dorasta.
Zuzanna przytuliła go; czuł, jak jej włosy zamieniają się w promienie porannego słońca.
Lepiej późno, niż wcale.
Nie wybaczyłbym sobie, gdyby coś się stało, a ja choćby nie wiedział, jaki ma ulubiony jeżyk albo iż umie już powiedzieć tata powiedział Marcin, patrząc na śpiącą Jagódkę.
Po tygodniu, kiedy dziewczynka całkowicie wyzdrowiała, całą trójką wybrali się do ogrodu Saskiego. Jagódka siedziała u taty na barana, śmiała się dźwięcznie i chwytała rączkami wirujące, złote liście.
Popatrz, Jagódko, jakie wspaniałe klony! pokazywał Marcin. O, a tam jest wiewiórka!
Zuzanna szła obok i myślała, iż czasami trzeba prawie coś stracić, żeby docenić, ile to znaczy.
W domu czekała na nich Irena, jak zwykle z niezadowoleniem wypisanym na twarzy.
Maksymilianowi z trzeciego piętra już wnuk kopał pierwszą bramkę w Lidze Orlików. A twoja jeszcze tylko lalki.
Moja córka jest najwspanialsza na świecie, spokojnie odpowiedział Marcin, sadzając Jagódkę na podłodze i podając jej gumowego jeżyka. Lalki są świetne.
Ale ród się skończy
Nie skończy, odpowiedział Marcin. Po prostu pójdzie inną drogą, ale będzie trwać.
Irena chciała coś odpowiedzieć, ale Jagódka podpełzła do babci i wyciągnęła do niej rączki.
Babciu! powiedziała i uśmiechnęła się szeroko.
Teściowa nieporadnie wzięła wnuczkę na ręce.
Ona ona już mówi! zdziwiła się.
Nasza Jagódka jest bardzo mądra, dumnie powiedział Marcin. Prawda, córeczko?
Tata! rozradowana Jagódka klasnęła w dłonie.
Zuzanna patrzyła na tę scenę i myślała, iż szczęście czasem rodzi się z prób, przez ból i strach. Największa miłość, ta prawdziwa, nie rodzi się od razu, ale powoli, dojrzewa przez lęk przed stratą.
Wieczorem, kiedy kładli córeczkę spać, Marcin nucił jej kołysankę. Jego głos był nieco zachrypnięty i cichy, ale Jagódka słuchała szeroko otwartymi oczami.
Nigdy jeszcze jej nie śpiewałeś, zauważyła Zuzanna.
Wcześniej dużo rzeczy nie robiłem, odpowiedział Marcin. Ale teraz mam czas, żeby nadrobić stratę.
Jagódka zasnęła, mocno obejmując palec taty, a Marcin nie próbował się wyplątać siedział w ciemności, wsłuchany w jej oddech i myśląc o tym, ile można przegapić, jeżeli nie zatrzymać się w porę i nie spojrzeć na to, co jest naprawdę ważne.
A Jagódka spała i uśmiechała się przez sen bo już wiedziała, iż tata nigdzie nie odejdzie.
Czasem los potrzebuje nie tylko wyboru, ale ciężkiej próby, by obudzić w człowieku najjaśniejsze uczucia. Czy wierzysz, iż człowiek potrafi się zmienić, kiedy dostrzeże, jak łatwo mógłby stracić to, co najcenniejsze?









