— W naszej rodzinie już cztery pokolenia mężczyzn pracowały na kolei! A ty co wniosłaś? — Gabrysię — odpowiedziała cicho Anna, głaszcząc się po brzuchu. — Nazwiemy ją Gabrysia. — Znowu dziewczynka? To jakieś kpiny! — rzuciła wynik USG na stół teściowa, pani Helena. — W naszej rodzinie cztery pokolenia mężczyzn pracowały na kolei! A ty co wnosisz? — Gabrysię — powtórzyła Anna, głaszcząc brzuch. — Nazwiemy ją Gabrysia. — Gabriela… — przeciągnęła teściowa. — No, przynajmniej imię w porządku. Tylko co z niej będzie? Komu ona będzie potrzebna, twoja Gabrysia? Maks siedział cicho, zapatrzony w telefon. Gdy żona spytała go o zdanie, tylko wzruszył ramionami: — Co jest, to jest. Może następnym razem będzie chłopak. Anna poczuła, jak coś ściska jej serce. Następnym razem? A ta maleńka to co, próba generalna? Gabrysia przyszła na świat w styczniu — maleńka, z wielkimi oczami i burzą ciemnych włosów. Maks pojawił się tylko na wypisie ze szpitala, przynosząc bukiet goździków i torbę z dziecięcymi rzeczami. — Ładna jest — powiedział ostrożnie zaglądając do wózka. — Podobna do ciebie. — Ale nos twój — uśmiechnęła się Anna. — I ten uparty podbródek. — Daj spokój, wszystkie dzieci są takie same w tym wieku — machnął ręką Maks. Pani Helena, teściowa, przywitała ich w domu z kwaśną miną. — Sąsiadka Jadwiga pytała, czy wnuk czy wnuczka. Wstyd było odpowiadać — mamrotała. — W moim wieku bawić się lalkami… Anna zamknęła się z córką w pokoju dziecięcym i cicho zapłakała, tuląc Gabrysię do piersi. Maks pracował coraz więcej. Brał dodatkowe zmiany, dorabiał u sąsiadów, tłumaczył się, iż rodzina kosztuje, zwłaszcza z dzieckiem. W domu pojawiał się późno, był zmęczony i małomówny. — Ona na ciebie czeka — mówiła Anna, gdy mąż przechodził obok pokoju dziecięcego, nie zaglądając nawet. — Gabrysia zawsze ożywia się na dźwięk twoich kroków. — Jestem zmęczony, Aniu. Jutro muszę wcześniej wstać… — Ale choćby się z nią nie przywitałeś… — Jest mała, i tak nie zrozumie. Gabrysia rozumiała. Anna widziała, jak córka odwraca głowę, słysząc kroki taty, a potem długo patrzy w pustkę, gdy te cichną. Kiedy Gabrysia miała osiem miesięcy, zachorowała. Najpierw temperatura podskoczyła do trzydziestu ośmiu, potem do trzydziestu dziewięciu. Anna wezwała karetkę, ale lekarz stwierdził, iż póki co można zbić gorączkę w domu. Nad ranem temperatura skoczyła do czterdziestu. — Maks, wstawaj! — Anna potrząsała mężem. — Gabrysia jest bardzo słaba! — Która godzina? — z trudem otworzył oczy. — Siódma. Nie spałam z nią całą noc. Musimy jechać do szpitala! — Tak wcześnie? Może poczekamy do wieczora? Mam dziś istotny dyżur… Anna patrzyła na niego jak na obcego. — Twoja córka płonie z gorączki, a ty myślisz o pracy? — Przecież nie umiera! Dzieci często chorują. Anna sama zamówiła taksówkę. W szpitalu lekarze natychmiast przyjęli Gabrysię do oddziału zakaźnego. Podejrzewali poważne zapalenie — konieczna była punkcja lędźwiowa. — Gdzie ojciec dziecka? — spytał ordynator. — Potrzebna zgoda obu rodziców. — Pracuje. Zaraz przyjedzie. Anna dzwoniła do Maksa przez cały dzień. Telefon milczał. Dopiero o 19 odebrał. — Aniu, jestem na kolei, mam trochę spraw… — Maks, Gabrysia ma podejrzenie zapalenia opon mózgowych! Potrzebna zgoda na punkcję! Lekarze czekają! — Co? Jaka punkcja? Ja nic nie rozumiem… — Przyjeżdżaj! Teraz! — Nie mogę, dyżur do jedenastej. Potem umówiliśmy się z chłopakami… Anna bez słowa rozłączyła się. Zgodę podpisała sama — jako matka miała prawo. Punkcję przeprowadzono w znieczuleniu ogólnym. Gabrysia leżała jak kruszynka na ogromnym łóżku. — Wyniki będą jutro — powiedział lekarz. — jeżeli potwierdzi się zapalenie opon, leczenie potrwa długo. Co najmniej półtora miesiąca w szpitalu. Anna została przy córce. Gabrysia leżała blada pod kroplówką, ledwo oddychając. Maks pojawił się dopiero w południe następnego dnia. Niezgolony, wymięty. — Jak tam… jak sytuacja? — zapytał, nie mogąc wejść do sali. — Źle. Wyników jeszcze nie ma. — A co robili jej… tą… — Punkcję kręgosłupa. Pobierali płyn na badania. Maks zbladł. — Bolało ją? — Była w narkozie, nic nie czuła. Podszedł do łóżeczka i zamarł. Gabrysia spała, jej maleńka rączka wystawała spod koca, do nadgarstka przyklejona igła do kroplówki. — Ona… taka mała — wyszeptał Maks. — Nie myślałem… Anna milczała. Wyniki przyszły dobre — to nie był zapalenie opon mózgowych, tylko silna infekcja wirusowa z powikłaniami. Leczenie można było kontynuować w domu pod kontrolą lekarza. — Udało się — powiedział ordynator. — Jeszcze dzień, dwa zwłoki i byłoby znacznie gorzej. W drodze do domu Maks milczał. Dopiero pod blokiem cicho zapytał: — Jestem aż tak złym ojcem? Anna poprawiła śpiącą Gabrysię i spojrzała na męża. — A jak ty sądzisz? — Myślałem, iż jest czas. Że ona mała, nic nie rozumie. A tu… — urwał. — Zobaczyłem ją z tymi rurkami… Zrozumiałem, iż mogę ją stracić. I co miałbym wtedy?… — Maks, ona potrzebuje ojca. Nie tylko żywiciela, nie tylko kogoś, kto przynosi pieniądze. Ojca. Takiego, który wie, jak ma na imię jego córka. I które zabawki lubi najbardziej. — Jakie? — zapytał cicho. — Gumowego jeżyka i grzechotkę z dzwoneczkami. Jak wracasz do domu, pełznie do drzwi i czeka, aż ją podniesiesz. Maks opuścił głowę. — Nie wiedziałem… — Teraz już wiesz. W domu Gabrysia obudziła się i zapłakała cicho. Maks instynktownie sięgnął po nią, ale zawahał się. — Mogę? — zapytał żony. — To twoja córka. Ostrożnie wziął Gabrysię na ręce. Dziewczynka zaszlochała, ucichła i patrzyła na tatę dużymi oczami. — Cześć, maleńka — wyszeptał Maks. — Wybacz, iż mnie nie było, kiedy się bałaś. Gabrysia pogłaskała jego policzek. — Tata! — powiedziała wyraźnie. To było jej pierwsze słowo. Maks spojrzał zszokowany na żonę. — Ona… ona powiedziała… — Mówi już tak od tygodnia — uśmiechnęła się Anna. — Ale tylko jak ciebie nie ma w domu. Musiała czekać na odpowiedni moment. Wieczorem, kiedy Gabrysia zasnęła na rękach taty, Maks ostrożnie odłożył ją do łóżeczka. Dziewczynka mocno chwyciła jego palec. — Nie chce puścić — zdziwił się. — Boi się, iż znowu znikniesz — wyjaśniła Anna. Maks jeszcze pół godziny siedział przy łóżeczku, nie próbując choćby się oswobodzić. — Jutro biorę wolne — powiedział żonie. — I pojutrze też. Chcę… chcę lepiej poznać swoją córkę. — A praca? Dodatkowe zmiany? — Znajdziemy inny sposób na życie. Albo będziemy żyć skromniej. Ważne, by nie przegapić, jak ona dorasta. Anna przytuliła męża. — Lepiej późno niż wcale. — Nigdy bym sobie nie wybaczył, gdyby coś się jej stało, a ja choćby nie wiedziałbym, jakie ma ulubione zabawki — wyszeptał Maks, patrząc na śpiącą Gabrysię. — Albo iż umie już mówić „tata”. Tydzień później, kiedy Gabrysia wyzdrowiała, całą trójką poszli do parku. Gabrysia siedziała tacie na barana i śmiała się kolorom jesiennych liści. — Popatrz, Gabrysiu, jakie piękne klony! — pokazywał Maks. Anna szła obok i myślała, iż czasem trzeba prawie stracić to, co najcenniejsze, żeby zrozumieć, ile to naprawdę znaczy. Pani Helena powitała ich w domu z niezadowoloną miną. — Maks, słyszałam od pani Jadwigi, iż jej wnuk już gra w piłkę, a twoja… tylko lalkami. — Moja córka jest najlepsza na świecie — odpowiedział spokojnie Maks, sadzając Gabrysię na podłodze i podając jej gumowego jeża. — Lalki są świetne! — Ale ród się skończy… — Nie skończy. Potoczy się dalej. Inaczej, ale dalej. Teściowa chciała coś odpowiedzieć, ale Gabrysia podpełzła do niej i wyciągnęła rączki. — Babcia! — zawołała, uśmiechając się szeroko. Pani Helena wzięła ją zmieszana na ręce. — Ona… ona mówi! — zdziwiła się. — Nasza Gabrysia jest bardzo mądra — powiedział dumnie Maks. — Prawda, córeczko? — Tata! — krzyknęła Gabrysia i zaczęła klaskać w rączki. Anna patrzyła na nich i myślała, iż szczęście czasem przychodzi przez próbę. I iż najgłębsza miłość rodzi się powoli, przez ból i lęk o stratę. Wieczorem Maks śpiewał Gabrysi kołysankę na dobranoc. Jego głos drżał, ale córeczka słuchała szeroko otwartymi oczami. — Nigdy wcześniej jej nie śpiewałeś — zauważyła Anna. — Nigdy wcześniej tyle nie rozumiałem — odpowiedział Maks. — Teraz mam czas, by nadrobić to, co przegapiłem. Gabrysia zasnęła, ściskając mocno tatowy palec. Maks nie próbował go zabrać — siedział w ciemności, słuchając jak córka oddycha i myśląc, jak łatwo stracić to, co najważniejsze, jeżeli się nie zatrzymamy na czas. A Gabrysia spała spokojnie i uśmiechała się przez sen, bo wiedziała już: tata zawsze będzie obok. Tę historię przysłała nasza czytelniczka. Czasami los nie daje wyboru, ale wielką próbę, by obudzić w człowieku najjaśniejsze uczucia. A Wy wierzycie, iż można się zmienić, gdy zrozumie się, co można naprawdę stracić?

twojacena.pl 5 godzin temu

W naszej rodzinie przez cztery pokolenia mężczyźni pracowali na kolei! A ty co wnosisz? Zosię, odpowiedziała cicho Anna, głaszcząc się po brzuchu. Nazwiemy ją Zosia.

Znowu dziewczynka? To jakaś kpina! Helena Michalewska rzuciła wynik USG na stół. Przez pokolenia nasi mężczyźni służyli na kolei, a teraz ty z czym przychodzisz?

Zosię, powtórzyła Anna, nieśmiało się uśmiechając. Będzie Zosią.

Zofia… przeciągnęła teściowa. No, przynajmniej imię porządne. Ale co z niej będzie? Komu taka Zosia potrzebna?

Marek milczał, zapatrzony w telefon. Kiedy żona zapytała go o zdanie, tylko wzruszył ramionami:

Jest, jak jest. Może następnym razem będzie syn.

Anna poczuła ścisk żołądka. Następnym razem? A to maleństwo teraz, to co, próba generalna?

Zosia urodziła się w styczniu malutka, z wielkimi oczami i kępką ciemnych włosów. Marek pojawił się dopiero na wyjście ze szpitala, przyniósł bukiet goździków i reklamówkę dziecięcych ubranek.

Ładna, powiedział ostrożnie zaglądając do wózka. Podobna do ciebie.

Za to nos twój roześmiała się Anna. I uparta broda.

Daj spokój, Marek machnął ręką. Wszystkie dzieci na tym etapie są takie same.

Helena Michalewska powitała ich w domu z kwaśną miną.

Sąsiadka Wanda pytała, czy wnuk, czy wnuczka. Wstyd było odpowiadać, burknęła. W moim wieku bawić się laleczkami…

Anna zamknęła się w pokoiku i cicho popłakała, przytulając córkę.

Marek coraz więcej pracował. Dorabiał na bocznicy, brał nadgodziny. Mówił, iż rodzina to kosztowna sprawa, a zwłaszcza z małym dzieckiem. Do domu wracał późno, wyczerpany i milczący.

Ona na ciebie czeka, mówiła Anna, gdy mąż przechodził obok dziecięcego pokoiku, choćby nie zaglądając. Zosia zawsze ożywia się, gdy słyszy twoje kroki.

Jestem zmęczony, Aniu. Jutro muszę wcześnie wstać do pracy.

Ale choćby się z nią nie przywitałeś…

Jest za mała, nie zrozumie.

Ale Zosia rozumiała. Anna widziała, jak córeczka odwraca główkę na dźwięk ojcowskich kroków, a potem długo patrzy w pustkę, gdy odchodzą.

Gdy Zosia miała osiem miesięcy, rozchorowała się. Temperatura najpierw skoczyła do trzydziestu ośmiu, potem do trzydziestu dziewięciu. Anna wezwała pogotowie, ale lekarz powiedział, iż na razie wystarczy podawać środki przeciwgorączkowe w domu. Następnego ranka gorączka podskoczyła do czterdziestu.

Marku, wstawaj! Anna szarpała męża. Zosia bardzo źle się czuje!

Która godzina? Marek z trudem otworzył oczy.

Siódma. Całą noc przy niej nie spałam. Musimy do szpitala!

Tak wcześnie? Może poczekajmy do wieczora? Mam dziś istotną zmianę…

Anna spojrzała na niego jak na obcego.

Twoja córka płonie z gorączki, a ty myślisz tylko o pracy?

Przecież nie umiera! Dzieci często chorują.

Anna zamówiła taksówkę sama.

W szpitalu lekarze od razu zabrali Zosię na oddział zakaźny. Podejrzewali poważne zapalenie, potrzebna była punkcja lędźwiowa.

Gdzie ojciec dziecka? zapytał ordynator. Do zgody na zabieg potrzebujemy podpisu obojga rodziców.

Pracuje. Zaraz przyjedzie.

Anna wydzwaniała do Marka cały dzień. Telefon był wyłączony. Dopiero o siódmej wieczorem odebrał.

Aniu, jestem w parowozowni, zajęty…

Marku, Zosia ma podejrzenie zapalenia opon mózgowych! Potrzebna twoja zgoda na punkcję! Lekarze czekają!

Co? Jaka punkcja? Nic nie rozumiem…

Przyjedź! Teraz!

Nie mogę, mam zmianę do jedenastej. Potem jestem umówiony z chłopakami…

Anna rozłączyła się bez słowa.

Podpisała zgodę sama jako matka miała takie prawo. Zabieg robili pod narkozą. Zosia wyglądała tak krucho na tej wielkiej szpitalnej leżance.

Wyniki będą jutro, powiedział lekarz. jeżeli to zapalenie opon mózgowych, czeka ją długie leczenie. Co najmniej półtora miesiąca w szpitalu.

Anna została na noc w szpitalu. Zosia leżała pod kroplówką, blada i cicha. Tylko drobna klatka unosiła się i opadała przy każdym oddechu.

Marek przyszedł następnego dnia w południe. Nieogolony, pomięty.

No i jak… jak sytuacja? zapytał, nie wchodząc do sali.

Źle, odpowiedziała krótko Anna. Wyników jeszcze nie ma.

Co z nią robili? Ta…

Punkcja lędźwiowa. Pobierali płyn z kręgosłupa na badanie.

Marek pobladł.

Bolało ją?

Była pod narkozą. Nic nie czuła.

Podszedł do łóżeczka i zamarł. Zosia spała, a jej drobniutka rączka od kroplówki leżała na kołdrze.

Jest taka malutka, wyszeptał Marek. Nie zdawałem sobie sprawy…

Anna milczała.

Wynik badania był korzystny to nie było zapalenie opon, raczej ciężka infekcja wirusowa. Można leczyć się w domu, pod kontrolą lekarza.

Udało się wam, podsumował ordynator. Dwa dni zwłoki i byłoby naprawdę źle.

W drodze do domu Marek milczał. Dopiero pod blokiem spytał cicho:

Ja… naprawdę jestem taki zły? Jako ojciec?

Anna poprawiła śpiącą córkę i spojrzała mu w oczy.

A jak myślisz?

Myślałem, iż mam jeszcze czas. Że jest mała, nic nie rozumie. Ale widząc ją tam, z tymi rurkami Zrozumiałem, iż mogę wszystko stracić. I iż to dla mnie bardzo ważne.

Marku, ona potrzebuje ojca. Nie żywiciela ani tylko przynoszącego wypłatę. Ojca. Takiego, co wie, jak się nazywa. Który zna jej ulubione zabawki.

A jakie? spytał cicho.

Gumowy jeżyk i grzechotka z dzwoneczkami. I zawsze, gdy wracasz, pełznie do drzwi, czeka, aż ją podniesiesz.

Marek spuścił głowę.

Nie wiedziałem…

Teraz już wiesz.

W domu Zosia obudziła się i zapłakała cienko, żałośnie. Marek odruchowo sięgnął rękami, ale zawahał się.

Mogę? spytał żony.

To twoja córka.

Ostrożnie wziął Zosię na ręce. Dziewczynka zaszlochała i przycichła, patrząc na ojca wielkimi poważnymi oczami.

Cześć, maleńka, wyszeptał Marek. Przepraszam, iż nie było mnie przy tobie, gdy się bałaś.

Zosia wyciągnęła rączkę do jego twarzy i dotknęła policzka. Marek poczuł w gardle nieznane dotąd wzruszenie.

Tata, nagle powiedziała wyraźnie Zosia.

To było jej pierwsze słowo.

Marek spojrzał na żonę z szeroko otwartymi oczami.

Powiedziała…

Od tygodnia powtarza, uśmiechnęła się Anna. Ale tylko gdy ciebie nie ma. Chyba czekała na odpowiedni moment.

Wieczorem, gdy Zosia zasnęła u taty na rękach, Marek zaniósł ją ostrożnie do łóżeczka. Dziewczynka nie obudziła się, tylko mocniej ścisnęła jego palec we śnie.

Nie chce puścić, zdziwił się Marek.

Boi się, iż znowu znikniesz, odparła Anna.

Posiedział przy łóżeczku jeszcze pół godziny, nie mając odwagi wyciągnąć palca.

Jutro biorę dzień wolny, powiedział do żony. I pojutrze też. Chcę… lepiej poznać własną córkę.

A praca? Nadgodziny?

Znajdziemy sposób, żeby jakoś sobie poradzić. Albo będziemy żyć skromniej. Ważne, żeby nie przegapić, jak ona rośnie.

Anna podeszła i przytuliła męża.

Lepiej późno niż wcale.

Nigdy bym sobie nie wybaczył, gdyby coś się stało, a ja choćby nie znałbym jej ulubionych zabawek, szepnął Marek patrząc na śpiącą córeczkę. Albo iż już umie powiedzieć tata.

Tydzień później, gdy Zosia całkiem wyzdrowiała, poszli we troje do parku. Dziewczynka siedziała na ramionach taty i śmiała się, wyciągając rączki po jesienne liście.

Zobacz, jaka piękna jesień, Zosiu! wołał Marek, pokazując jej złote klony. A tam wiewiórka!

Anna szła ramię w ramię, myśląc, iż czasem trzeba nieomal stracić to, co najcenniejsze, by zrozumieć, jak wiele to znaczy.

W domu Helena Michalewska czekała z niezadowoloną miną.

Marku, Wanda mówiła, iż jej wnuk już gra w piłkę, a twoja… tylko lalki w ręku.

Moja córka jest najlepsza na świecie, spokojnie odparł Marek, sadzając Zosię na podłodze i podając jej gumowego jeżyka. Lalki są świetne.

Ale ród się przerwie…

Nie przerwie. Będzie trwał dalej. Trochę inaczej, ale trwa.

Helena chciała coś dodać, ale Zosia podpełzła do babci i wyciągnęła rączki.

Babciu! powiedziała dziewczynka i uśmiechnęła się szeroko.

Teściowa zaskoczona wzięła wnuczkę na kolana.

Ona… ona mówi! zdziwiła się.

Nasza Zosia jest bardzo mądra, dumnie powiedział Marek. Prawda, córeczko?

Tata! zawołała radośnie Zosia i klasnęła w dłonie.

Anna patrzyła na nich i myślała, iż szczęście często przychodzi po ciężkiej próbie. A największa miłość rodzi się nie od razu, ale powoli, pośród bólu i strachu przed stratą.

Wieczorem, kładąc córkę spać, Marek cicho śpiewał jej kołysankę. Głos miał cichy, lekko zachrypnięty, ale Zosia słuchała z otwartymi oczami.

Nigdy wcześniej jej nie śpiewałeś, zauważyła Anna.

Wcześniej wielu rzeczy nie robiłem, odpowiedział Marek. Ale teraz mam czas nadrobić to, co przeoczyłem.

Zosia zasnęła, mocno trzymając taty palec. A Marek po raz kolejny nie wycofał dłoni, tylko siedział w ciemności, słuchając cichego oddechu córeczki i zastanawiając się, jak wiele można stracić, gdy się nie zatrzyma na czas, by zobaczyć, co najważniejsze.

A Zosia śniąc uśmiechała się błogo bo wiedziała już, iż tata zostanie z nią na zawsze.

Ta historia wydarzyła się dawno, w czasach innych zmartwień i wartości. Czasem los potrzebuje nie zwykłego wyboru, ale wielkiego doświadczenia, by zbudzić w człowieku to, co w nim najpiękniejsze. A czy wy wierzycie, iż człowiek może się odmienić, gdy zrozumie, iż grozi mu utrata tego, co w życiu najważniejsze?

Idź do oryginalnego materiału