W naszej rodzinie przez cztery pokolenia mężczyźni pracowali na kolei! A ty co wnosisz? Zosię odpowiedziała cicho Anna, gładząc się po brzuchu. Nazwiemy ją Zosią.
Znowu dziewczynka? To już szyderstwo losu! Barbara Pawłowska rzuciła wydruk z USG na stół. U nas od pokoleń same chłopy na kolei, a ty… co ty zrobisz?
Przyniosę Zosię, wyszeptała Anna, tuląc dłonie do brzucha. Wybraliśmy jej imię: Zosia.
Zosia wyciągnęła te sylaby teściowa. No, przynajmniej ładne. Ale jaki z niej pożytek? Kto ją będzie chciał, twoją Zosię?
Marek milczał, zapatrzony w telefon. Kiedy żona zapytała o jego zdanie, tylko wzruszył ramionami:
Jest jak jest. Może następny będzie chłopiec.
Anna poczuła, jakby coś ścisnęło jej serce. Następny? Ta drobinka to co, przymiarka?
Zosia pojawiła się na świecie w styczniu malutka, z wielkimi oczami i burzą ciemnych włosów. Marek zjawił się tylko na wypisie, wręczył goździki i reklamówkę z dziecięcymi ubrankami.
Śliczna powiedział, spoglądając ostrożnie do wózka. Podobna do ciebie.
Za to nos masz po tobie uśmiechnęła się Anna. I ten uparty podbródek.
Eee, daj spokój, wszystkie dzieci są takie same machnął ręką Marek.
W domu przywitała ich Barbara Pawłowska z niezadowoleniem wymalowanym na twarzy.
Sąsiadka Halina pytała, wnuk czy wnuczka. Wstyd mi było odpowiadać mruknęła sucho. W moim wieku jeszcze się z lalkami bawić
Anna zamknęła się w pokoju dziecięcym i rozpłakała, tuląc córeczkę do piersi.
Marek coraz więcej pracował: dorabiał u sąsiadów, brał nadgodziny. Tłumaczył, iż rodzina to spore wydatki, szczególnie z małym dzieckiem. Do domu wracał po nocach, zmęczony i cichy.
Czeka na ciebie mówiła Anna, gdy mijał dziecięcy pokój choćby nie zajrzawszy. Zosia zawsze ożywa, gdy słyszy twoje kroki.
Jestem zmęczony, Aniu. Jutro muszę wcześnie wstać.
Ale choćby się do niej nie przywitałeś…
Jest malutka, nie zrozumie.
Ale Zosia rozumiała. Anna widziała, jak mała obraca główką do drzwi, gdy słyszy kroki taty, po czym długo wpatruje się w pustkę, kiedy te oddalają się.
Kiedy Zosia miała osiem miesięcy, zachorowała. Najpierw gorączka podskoczyła do trzydziestu ośmiu, potem do trzydziestu dziewięciu. Anna wezwała karetkę, ale lekarz uznał, iż póki co wystarczą leki przeciwgorączkowe i czuwanie. Nad ranem temperatura była już czterdzieści.
Marku, wstawaj! Anna potrząsnęła mężem. Zosia jest bardzo słaba!
Która godzina? Marek z trudem otworzył oczy.
Siódma. Całą noc przy niej czuwałam. Musimy jechać do szpitala!
Tak wcześnie? Może poczekajmy do wieczora? Mam dziś istotną zmianę…
Anna patrzyła na niego, jakby widziała obcego człowieka.
Twoja córka płonie z gorączki, a ty myślisz o pracy?
Przecież nie umiera! Dzieci często chorują.
Anna sama zamówiła taksówkę.
W szpitalu lekarze natychmiast skierowali Zosię na oddział zakaźny. Podejrzewali poważny stan potrzebna była punkcja lędźwiowa.
Gdzie ojciec dziecka? zapytał ordynator. Musi być pisemna zgoda obojga rodziców.
Pracuje… Zaraz przyjedzie wykrztusiła Anna.
Cały dzień wydzwaniała do Marka. Telefon miał wyłączony. Odebrał dopiero wieczorem.
Aniu, jestem w parowozowni, roboty mam
Marku, u Zosi podejrzenie zapalenia opon! Musisz wyrazić zgodę na punkcję natychmiast!
Co? Jaka punkcja? Niczego nie rozumiem
Przyjeżdżaj, teraz!
Nie mogę, mam zmianę do jedenastej. Potem jeszcze spotkałem się z ekipą…
Anna rozłączyła się bez słowa.
Podpisała zgodę sama jako matka miała prawo. Punkcję wykonano w znieczuleniu ogólnym. Zosia wydawała się taka maleńka na ogromnej szpitalnej leżance.
Wyniki będą jutro powiedział lekarz. o ile potwierdzi się zapalenie opon, leczenie potrwa długo, co najmniej sześć tygodni w szpitalu.
Anna została na noc na dziecięcym oddziale. Zosia leżała pod kroplówką, bladziutka i bez ruchu. Tylko pierś się lekko unosiła i opadała.
Marek zjawił się następnego dnia w porze obiadu. Niezgolony, wygnieciony.
No i jak sytuacja? zapytał, nie śmiejąc wejść do sali.
Źle odpowiedziała krótko Anna. Wyników jeszcze nie ma.
Co jej robili to punkcję?
Punkcję lędźwiową. Pobierali płyn do badań.
Marek pobladł.
Bolało ją?
Nie czuła, była pod narkozą.
Podszedł do łóżeczka i zamarł. Zosia spała z malutką rączką wystającą spod kołderki, w nadgarstek wbity wenflon.
Maleńka jest… szeptnął Marek. Nie myślałem
Anna nie powiedziała nic.
Wyniki były na szczęście dobre nie potwierdzono zapalenia opon. Była to jednak poważna wirusowa infekcja z powikłaniami. Mogła już leczyć się w domu, przy ścisłej kontroli lekarza.
Udało się, rzucił ordynator. Jeden-dwa dni zwłoki i byłoby o wiele gorzej.
W drodze do domu Marek milczał. Dopiero pod blokiem zapytał cicho:
Jestem naprawdę taki zły? Jako ojciec?
Anna poprawiła córkę i spojrzała mu w oczy.
Co ty o tym myślisz?
Myślałem, iż mamy jeszcze czas. Że jest mała, nic nie pojmuje. Ale zobaczyłem ją tam, z tymi rurkami… Zrozumiałem, iż mogę ją stracić. I iż jest co tracić.
Marku, ona potrzebuje ojca. Nie tylko żywiciela. Ojca, który wie, jak ma na imię, zna jej ulubione zabawki, potrafi ją pocieszyć.
Jakie? zapytał cicho.
Gumowy jeżyk i grzechotka z dzwoneczkami. Gdy tylko wracasz do domu, pełznie do drzwi i czeka, aż ją uściszniesz.
Marek spuścił głowę.
Nie wiedziałem…
Teraz już wiesz.
W domu Zosia rozpłakała się cieniutkim, żałosnym głosem. Marek wyciągnął do niej ręce i zawahał się.
Mogę? szepnął do żony.
Ona jest twoją córką.
Wziął ją ostrożnie na ręce. Zosia przycichła i szeroko wpatrywała się w twarz ojca wielkimi, poważnymi oczami.
Cześć, maleńka wyszeptał drżącym głosem Marek. Przepraszam, iż nie było mnie przy tobie, kiedy się bałaś.
Zosia wyciągnęła rączkę, dotknęła jego policzka. Marek poczuł, jak ściska go w gardle uczucie, którego nie znał.
Tata powiedziała nagle wyraźnie Zosia.
To było jej pierwsze słowo.
Marek spojrzał na Annę szeroko otwartymi oczami.
Ona powiedziała
Powtarza już od tygodnia uśmiechnęła się Anna. Ale tylko gdy ciebie nie ma. Czekała na odpowiedni moment.
Wieczorem Zosia zasnęła na ramionach taty. Marek ostrożnie przeniósł ją do łóżeczka. Nie obudziła się, tylko mocniej ścisnęła jego palec przez sen.
Nie chce puścić zdziwił się Marek.
Boi się, iż znowu znikniesz wyjaśniła Anna.
Siedział obok jeszcze pół godziny, nie ryzykując wyjęcia palca.
Jutro biorę wolne powiedział do żony. I pojutrze. Chcę poznać moją córkę.
A praca? Nadgodziny?
Znajdziemy inny sposób na życie. Będziemy oszczędzać. Ważne, żeby nie przegapić jak rośnie nasza Zosia.
Anna objęła męża cicho.
Lepiej późno niż wcale.
Nigdy bym sobie nie wybaczył, gdyby coś się stało, a ja choćby nie wiedziałbym, iż już mówi tata wyszeptał Marek, patrząc na śpiącą córkę.
Tydzień później, gdy Zosia całkiem wydobrzała, wszyscy troje wybrali się do parku. Dziewczynka siedziała ojcu na barana i śmiała się dźwięcznie, łapiąc liście lecące z klonów.
Patrz, Zosiu, jakie piękne drzewa! wskazywał Marek na żółte liście. A tam, zobacz, wiewiórka!
Anna szła obok, zamyślona czasem trzeba prawie stracić wszystko, by zrozumieć, co się ma najcenniejszego.
Barbara Pawłowska przywitała ich w domu z miną niezadowoloną.
Marek, a wiesz, co mi Halina mówiła? Jej wnuk już gra w piłkę w klubie. A twoja tylko w lalki.
Moja córka jest najlepsza na świecie spokojnie odpowiedział Marek, sadzając Zosię na dywanie i podając jej gumowego jeżyka. I lalki są cudowne.
Ale ród się skończy…
Przeciwnie. Będzie trwał choć może inaczej, niż myślisz.
Barbara chciała zaprotestować, ale Zosia podpełzła do niej i wyciągnęła rączki.
Babcia! zawołała dziewczynka z szerokim uśmiechem.
Teściowa nieśmiało wzięła wnuczkę na ręce.
Ona ona mówi! zdumiała się.
Nasza Zosia to mądra dziewczynka, prawda, córeczko? dumnie powiedział Marek.
Tata! Zosia zareagowała radośnie i klasnęła w dłonie.
Anna patrzyła na nich wszystkich i myślała o tym, iż szczęście często rodzi się przez trudności, a najgłębsza miłość dojrzewa powoli przez ból i lęk przed stratą.
Wieczorem, kładąc córkę spać, Marek cicho śpiewał jej kołysankę. Głos miał łagodny, trochę ochrypły, ale Zosia słuchała z szeroko otwartymi oczami.
Nigdy wcześniej jej nie śpiewałeś powiedziała Anna.
Nigdy dotąd nie robiłem wielu rzeczy odparł Marek. Ale teraz nadrobię, na wszystko znajdę czas.
Zosia zasnęła, mocno trzymając taty za palec. Marek wysiedział przy niej w ciemności, słuchając jej oddechu i myśląc, jak łatwo można stracić to, co najważniejsze, jeżeli się nie zatrzyma na czas.
A Zosia śniła spokojnie i uśmiechała się przez sen bo już wiedziała, iż tata nigdzie nie odejdzie.
Tę historię przysłała do naszej redakcji jedna z czytelniczek. Czasem los daje nie wybór, a próbę, która budzi w ludziach te najjaśniejsze uczucia. A czy wy wierzycie, iż człowiek może się zmienić, gdy zda sobie sprawę, iż naprawdę może stracić to, co najcenniejsze?





![PILNE: Gigantyczne wycofanie mleka dla niemowląt! Na liście Bebiko i Bebilon [PEŁNA LISTA PARTII]](https://olsztynnews.com.pl/wp-content/uploads/2026/02/Black-And-Red-Modern-Breaking-News-Instagram-Post_20251107_065724_0000-1-129.webp)






