Jestem już tak oswojona z naszą sytuacją, iż nic mnie nie zaskakuje. Opowiem, jak to się stało, iż w rodzinie mamy aż pięć mieszkań, a mimo to musimy z Wojtkiem wynajmować.
Rodzice Wojtka mają własne M3 na Żoliborzu i dwa inne mieszkania jedno na Pradze, drugie na Ursynowie ale oba są wynajmowane obcym ludziom. Za każdym razem tłumaczą nam uśmiechnięci, iż na wszystko sami sobie zapracowali i od nas oczekują tej samej zaradności. Wygląda na to, iż zapomnieli, iż kiedyś mieszkania można było dostać od państwa, a w dużych zakładach jak w FSO też rozdawano klucze. Dziś jednak, choćby jak oboje pracujemy, wynajmujemy małą kawalerkę na Ochocie i na własne lokum ciągle nas nie stać.
Moi rodzice, Krystyna i Zbigniew, podobni w podejściu do teściów. Dawniej babcia Stefania miała mieszkanie na Mokotowie. Po jej śmierci, według testamentu, miało być moje. Niestety, wtedy byłam jeszcze małą dziewczynką i rodzice uznali, iż będą je wynajmować, a o kluczach dla mnie choćby nie było mowy. Gdy skończyłam 18 lat, rodzicom bardzo spodobało się regularne wpływanie złotówek od lokatorów, więc dalej nie chcą, żebym tam zamieszkała.
Od paru lat my z Wojtkiem wynajmujemy skromną kawalerkę, prawie całe nasze pieniądze idą na czynsz i rachunki. Bywały chwile, iż na jedzenie starczało ledwo ledwo. Teraz jestem na urlopie macierzyńskim wypłata i tak niska, a z dzieckiem tym trudniej. Wojtek próbuje zarabiać na dwa etaty, ale nie ma dyplomu, bo zaraz po technikum trafił do wojska, a potem gwałtownie się poznaliśmy, więc na studia czasu zabrakło.
Sfrustrowana jestem, kiedy mama co tydzień prosi, żebym doradziła jej, którą sukienkę czy bluzkę wybrać, podczas gdy mnie choćby na podstawowe witaminy dla Darii brakuje. Wciąż powtarza, iż musimy być gospodarni i finansowo samodzielni, a zamiast pomóc, oczekuje od nas wsparcia i jeszcze marzy o podróżach do Paryża czy Rzymu.
Nie ukrywam, drażni mnie postawa rodziców mojego i Wojtka. Mają wszystko, a dla dzieci oszczędzają choćby dobre słowo. Rozumiem, żeby nie oddawać ostatniego grosza, ale jeżeli można pomóc, dlaczego nie wyciągnąć ręki do swoich dzieci? Takie podejście jest dla mnie niepojęte wiem, iż moim dzieciom będę chciała dać wszystko, czego będą potrzebowały, żeby nie musiały przechodzić przez to, co my.
Znajomi próbują nas pocieszać, iż kiedyś odziedziczymy mieszkania i będziemy bogaci. Jednak czuję się tak rozżalona, iż przestałam na to liczyć. Niech zabiorą te mieszkania ze sobą na drugi świat a my musimy radzić sobie sami.
Nauczyłam się przez to, iż choćby jeżeli w rodzinie są zasoby, nie zawsze idą one w parze z wsparciem i ciepłem. Prawdziwe bogactwo to nie liczba mieszkań, ale wzajemna pomoc, zrozumienie i wsparcie w trudnych chwilach.












