26 listopada 2025 dziennik
Zdecydowałem się spędzić weekend w uzdrowisku PolanicaZdrój, gdzie organizowano bal taneczny przy dźwiękach żywej polskiej orkiestry. Nie miałem w planach żadnych romansów chciałem jedynie uciec od codziennego zgiełku, posłuchać muzyki i trochę poprzespacerować się po tarasie.
Sala wypełniał gwar, a melodia akordeonu mieszała się z szumem rozmów. Ubrany w lekki letni koszulę czułem się jak nastolatek na pierwszej szkolnej imprezie. Nagle poczułem dotyk czyjejś dłoni na ramieniu.
Czy mogę z tobą zatańczyć? odezwał się męski głos. Odwróciłem się, gotowy na taniec z nieznajomą, ale twarz, którą ujrzałem, nie była obca. To był człowiek, którego nie widziałem od czterdziestu lat.
Piotr Kowalski mój pierwszy chłopak ze szkoły podstawowej, ten, który wstawiał wierszyki na marginesach zeszytów i odprowadzał mnie do domu.
Piotr? wyszeptałem, nie wierząc własnym oczom. Jego uśmiech był tak znajomy, jakbyśmy rozmawiali wczoraj.
Cześć, Jagodo przywitał się, choć nasze drogi się rozeszły po maturze. Chcesz zatańczyć?
Wyszliśmy na parkiet, orkiestra wciągnęła nas w wir starego swingu. W tańcu wydawało się, iż nie minęły te czterdzieści lat. Piotr pamiętał, iż lubię, gdy partner prowadzi pewnie, ale delikatnie, bez szarpnięć. Znów poczułem się osiemnastoletnim chłopcem, który wierzy, iż życie dopiero się zaczyna.
Spotkanie po czterdziestu latach to nie przypadek, a szansa, która może odmienić spojrzenie w przeszłość i w przyszłość.
Po krótkiej przerwie usiedliśmy przy stoliku w rogu. W powietrzu unosił się słaby aromat perfum i ciepło rozgrzanych ciał.
Myślałem, iż już nigdy cię nie zobaczę przyznał Piotr. Po egzaminach matura wciągnęła nas w wir studiów, pracy, przeprowadzki A teraz minęło czterdzieści lat.
Opowiedziałem mu o małżeństwie, które zakończyło się kilka lat temu, o dzieciach, które już mają własne życie. On wspomniał, iż trzy lata temu stracił żonę i od tamtej pory samodzielnie radzi sobie z codziennością. Rozmowa płynęła, jakby czas nie miał władzy nad naszymi wspomnieniami, a żarty i spojrzenia wciąż były tymi samymi.
Gdy znów zabrzmiała muzyka, Piotr wyciągnął rękę. Jeszcze jeden taniec? zapytał. Tak upłynął wieczór: taniec za tańcem, rozmowa za rozmową. Oboje czuliśmy, iż to nie zwykłe spotkanie w sanatorium to coś znacznie głębszego.
Pod koniec tańców wyszliśmy na taras. Nad Bałtykiem unosiła się lekka mgła, a latarnie morskie rzucały ciepłe, złociste światło.
Wiesz, kiedyś obiecałem ci, iż zatańczymy razem w sześćdziesiątce? nagle rzekł. Zamarłem, przypominając sobie tę dawno zapomnianą obietnicę, kiedy jeszcze wierzyliśmy, iż tak ma być.
I oto jestem, uśmiechnął się. Dotrzymałem słowa.
W gardle miałem supeł. Całe życie uważałem, iż pierwsze miłości są piękne, bo kończą się we właściwym momencie. Gdyby trwały wiecznie, magia zgasłaby. A teraz przed sobą miałem Piotra z siwą wąsą i zmarszczkami wokół oczu i w nim dostrzegałem tego chłopca z ławki szkolnej.
Wracając do pokoju, serce biło jak w osiemnastkę. Wiedziałem, iż to nie przypadek: los czasem daje drugą szansę nie po to, by powtórzyć przeszłość, ale by przeżyć ją w pełni.
Spotkanie wypełnione było czułością i wspomnieniami, zrozumieniem tego, co już było, i możliwością nowego początku, mimo lat.
Dlatego, gdy następnego ranka Piotr zaproponował spacer brzegiem morza, nie wahałem się ani chwili. Słońce dopiero wschodziło, barwiąc wodę w złoto i róż. Plaża była prawie pusta, jedynie mewy szybowały nad falami, a w oddali starsza para zbierała muszle.
Szliśmy boso, pozwalając chłodnym falom muskać stopy. Piotr opowiadał o swoim życiu: jak po szkole los rzucał go w różne strony, o podróżach, które miały przynieść szczęście, ale nie dały tego, co dała jego uśmiech z dawnych lat. Słuchałem, czując, iż każde słowo wygładza lata milczenia między nami.
Nagle zatrzymał się, podniósł z piasku mały kawałek bursztynu i podał mi.
W dzieciństwie uważałem bursztyn za kawałek słońca, który spadł do morza uśmiechnął się niech będzie twoim talizmanem.
Ścisnęłam kamień w dłoni i poczułam jego ciepło, mimo iż woda powinna go ochłodzić. Patrząc na Piotra, widziałam nie tylko mężczyznę, którym się stał, ale i młodzieńca ze szkolnej ławki, który potrafił rozświetlić świat.
Spacer trwał kilka godzin, choć wydawało się, iż minęło tylko kilka minut. Wracając, wiatr rozwiewał włosy, a on delikatnie odgarniał mi kosmyk, tak jak dawniej, kiedy byliśmy nastolatkami. Zrozumiałam wtedy, iż nie chcę traktować tego spotkania jako sentymentalnej przygody. Chcę dać sobie prawdziwą szansę świadomą, wolną od lęku przed przyszłością.
Kluczowy wniosek: w życiu pojawiają się szanse, które pozwalają spojrzeć na przeszłość w nowym świetle i otworzyć drzwi dla autentycznych uczuć, niezależnie od upływu lat.
Wieczorem, siedząc na werandzie uzdrowiska, podziwialiśmy zachód słońca. Nie było głośnych wyznań, jedynie cisza, dająca poczucie bezpieczeństwa. Piotr położył rękę na mojej i cicho rzekł:
Może życie naprawdę uśmiecha się do nas po raz drugi.
Zrozumiałem, iż niektóre serca potrafią znaleźć drogę powrotną, a ja mam odwagę przyjąć tę drugą szansę. To nauka, iż warto otworzyć się na nowe doświadczenia, choćby gdy przeszłość wciąż szeleści w tle.










