Wacek

newsempire24.com 4 godzin temu

Witek

Sabinko, oszalałaś! Przecież pani Halina cię z internatu wyrzuci za coś takiego!

Marianna, a co miałam zrobić? Wyrzucić go? Przecież szkoda, żywy przecież!

On jeszcze żyje, ale co do ciebie, to już nie byłabym tego taka pewna, jeżeli go zostawisz.

Marianko, nie przesadzaj! To przecież nie żaden tygrys, tylko kociak. Niech trochę z nami pomieszka, co?

Po co mnie przekonujesz? Maja roześmiała się i pogłaskała rudego maleńkiego przybysza po łebku. Myślisz, iż mi go nie żal? Skąd ty go wytrzasnęłaś? Chudy jak szczapa! A na dodatek pewnie chory, patrz, główki choćby nie trzyma. Skarb normalnie!

Wychodzimy! Sabina, chwyciwszy z wieszaka długi, własnoręcznie przez Maję wydziergany szalik, owinęła nim kociaka. Wracałam dziś po zmianie, przechodzę przez park. Leży sobie na alejce. Czy to ktoś go porzucił prosto w krzaki, czy sam wypełzł, nie wiadomo. Całego już śniegiem przyprószyło. Pewnie bym go nie zauważyła, gdyby nie ten rudy futerko. Podniosłam zimny jak lód, aż myślałam, iż już po wszystkim. Ale jednak nie. Pojęłam, iż oddycha. Wzięłam pod pachę i pędem do akademika. Sabina parsknęła, nalewając mleka do emaliowanego kubka i postawiła je na kuchence, by podgrzać. Pani Halina tak spojrzała, kiedy koło niej przemknęłam, aż jej się usta rozdziawiły.

No to się szykuj na reprymendę. Oj, Sabina, dostaniesz ci się Pamiętasz, jak krytykowała Lidkę, iż przytaszczyła kota? Prawie wywalili ją z pokoju. Porządek musi być! Żadnych zwierząt w akademiku.

Marianeczko, ale przecież nie wsypiesz mnie? Sabina z niepokojem obejrzała się w drzwiach. jeżeli przyjdzie beze mnie schowaj go. Tylko mleczka mu podgrzeję i zaraz wracam.

Idź już! Maja zagarnęła ze stołu szalik z kociakiem i wysypała z koszyka swoje robótki na bok. Nic nie widziałam, nic nie wiem, nic nie powiem! zaśpiewała, przymykając pokrywkę koszyka i puszczając oczko Sabinie. Leć! Nie bój się!

Sabina wyszła, a Maja zajrzała do koszyka i pokręciła głową.

No i masz! Tyle szczęścia naraz! Rudy bezwstydnik Oddychaj, biedactwo. Sabina dobra dziewczyna, jak coś ci się stanie, płakać będzie tygodniami. Po co mi to?

Kociak milczał. Oddychał ledwie-ledwie, leżał z zamkniętymi oczami i na słowa Mai w ogóle nie reagował.

Pokój powoli pogrążał się w mroku. Wieczorne szarówki zaczynały rządzić, ale Maja nie chciała zapalać światła. Lubiła tę porę dnia. Cały wieczór przed nią można poczytać, pogadać z Sabiną, wypytać, jak tam jej sprawy z Michałem. Maja westchnęła. Sabinie to dobrze! Chłopak jest, zaręczyli się. A ona, Maja? Nikogo. A i kto ją zechce wielkoluda? Sabina drobniutka, jak laleczka, oczy niebieskie, warkocze aż za pas. Ślicznotka! A ona? Babcia mówiła o niej nasz siłacz. Rosła wnuczka, co chłopakom gwałtownie ustawia sprawiedliwość, bo miała trzech braci młodszych, a każdy jeszcze bardziej zawadiacki od drugiego. Teraz dorośli, jeden już żonaty, dobra dziewczyna mu się trafiła. Maja dopiero co była na ich weselu, rodzinnej wsi odwiedziła. A teraz znów sama w dużym mieście. Wysoka, postawna takiej w parze to niełatwo. Gdzie tu znaleźć chłopa, żeby przy niej nie był od razu śmieszny? Może i dobrze, iż babcia ją do domu woła? Ale co by tam robiła? Chłopów w miasteczku już prawie nie ma. Pracy porządnej jeszcze mniej, tylko gospodarstwo. A przecież dla czego studiowała? Tu, w fabryce, cenią ją, szanują. choćby wczasy dali jak się o urlop starała. Maja potrząsnęła głową, odganiając smutki. Co tam, zamążpójście! Jeszcze zdąży! Niemożliwe, żeby nikt się nie znalazł!

Sabina wróciła wieczorem do pokoju i zaczęła szukać pipety, by nakarmić kociaka. Z miseczki pić nie umiał pchał pyszczkiem, ale siły, by lizać mleko, nie miał. Widząc, jak Sabina na wpół płacząc stara się go dokarmić, Maja odłożyła książkę i zabrała jej rude nieszczęście:

Daj!

Nabrała mleka do pipety, przytrzymała kocią główkę palcami, na siłę otworzyła pyszczek i syknęła:

No już, ruszaj się! Nie po to Sabina cię przywlokła, żebyś tu padł z głodu!

Kot kaszlał, krztusił się, ale zaczął jeść.

Kociakowi nadano imię Witek. Pani Halina prawie rok nie wiedziała, iż w pokoju dziewczyn mieszka ktoś jeszcze, póki przypadkiem nie zobaczyła, jak przez otwarte okno na parterze przemknęła z ulicy ruda błyskawica z puszystym ogonem.

Co to jeszcze za jedno?!

Jej krzyk postawił na nogi cały internat.

Pani Halinko, no proszę! Przecież choćby nie wiedziała Pani, iż mamy kota! Taki zdolny! Myszy łapie!

Jakie znów myszy? U nas nie ma żadnych myszy! Przecież mamy wzorowy internat!

Oczywiście! Maja, splatając ręce na szerokiej piersi, zmrużyła oczy, spoglądając na panią Halinę, i nogą zasłoniła kręcącego się wokół Witka. I myszy u nas też są wzorowe! Tłuścioszki, dobrze odkarmione! Witek je niemal co rano układa w rządku koło mojego łóżka. Jak się trafi, to dam Pani pokazać. Bo co to, tylko my mamy się cieszyć jego łowieckimi sukcesami? Możemy dyrektora fabryki zaprosić, niech podziwia!

Maria! Naigrywasz się?! pani Halina zmniejszyła ton i surowo spojrzała na Sabinę. To twoja sprawka? Jak wyjdziesz za mąż, to co z nim zrobisz? Weźmiesz?

Nie wiem Sabina wzięła kota na ramiona. On mnie chyba lubi, ale za gospodynię to ma Maję. Pewnie będzie tęsknił

Eee tam! Pani Halina zachichotała, patrząc na zdezorientowaną Sabinę. Ty o nim jak o chłopie gadasz. Sabina, to tylko kot! Gdzie go karmią, tam mu dobrze.

Nie tak! Próbuję go przyciągnąć, ale zawsze garnie się do Mai. Sabina oddała kota współlokatorce i objęła panią Halinę za ramiona. Pozwoli go Pani zostawić?

O ruda lisica! pani Halina wzruszyła ramionami i pogroziła palcem. Żeby go nie było widać, ani słychać! Zrozumiano? Bo razem wylecimy i słusznie!

Wesele Sabiny wyprawiono jak należy, a Maja została sama z Witkiem. Dni płynęły coraz wolniej, bardziej melancholijnie. Pani Halina nie spieszyła się już z przydzieleniem Mai nowej współlokatorki. Stary internat dogorywał. Dziewczyny wzdychały, mając nadzieję na nowy budynek. Budowa raz stała, raz ruszała, ale powoli do przodu. W weekendy Maja chodziła z innymi dziewczynami wspierać robotników. Kręciła się po korytarzach, próbując sobie wyobrazić, jak tu będzie, kiedy skończą remont. W jeden z takich dni los postawił ją na drodze przeznaczenia.

Marcin, przyjezdny jak ona, pozostał po śmierci rodziców bez zaplecza. W mieście nie miał ani własnego kąta, ani rodziny, ale za to życie tutaj zamieniało się w czystą przyjemność. Dziewczyn do wyboru do koloru, ale Marcin miał swój plan. Szukał żony nie byle jakiej, tylko z czymś od siebie: mieszkanie, pomoc. Maja do tych wymagań wcale się nie wpisywała. Ale przejść obok jej urody, kiedy spojrzała na niego z góry, a potem popłynęła korytarzem, nie mógł.

Początkowo jego nieporadne starania tylko śmieszyły Maję.

O Matko Boska! Co ja z nim bym zrobiła? Przecież po głowie mu będę klepać. Jest ode mnie o głowę niższy! śmiała się Maja, opowiadając Sabinie, która zajrzała z wizytą.

Maja! No coś ty! To nie o wzrost chodzi! Jaki z niego jest człowiek?

Nie wiem Maja poważniała i spuszczała oczy. Nie wiem, Sabina.

Patrzyła później, jak Sabina z trudem się podnosi szykując do domu, jak głaszcze Witka rozciągniętego na łóżku, obejmując już niemały brzuszek.

Ciężko?

Oj, nie. Tylko to uczucie dziwne Jakby na peronie się stało, czekając na pociąg do lepszego życia. I tylko się myśli niech to już będzie. Sabina odbierała słoik miodu, całowała Maję w policzek na pożegnanie, żegnała się z kotem. Pa, Witek! Pilnuj jej!

Czy to przez brzuch Sabiny, czy przez zmęczone samotnością Maję, w każdym razie Marcin coraz częściej pojawiał się w jej pokoju. Witek go nie polubił od początku. Sycząc, wyginał grzbiet, kiedy Marcin wchodził, a potem wskakiwał na parapet, chłostając się ogonem, gotów rzucić się na gościa w każdej chwili. Maja otwierała okno i wypędzała kota, wiedząc, iż na noc powróci, i długo jeszcze nie pozwoli się pogłaskać, odmawiając jedzenia. Nie wiedziała, co mu jest.

Pewnie zazdrosny? wzruszała ramionami, pytana przez panią Halinę, do której Witek przychodził w dni, kiedy Marcin odwiedzał Maję.

Może i tak. A może coś czuje. Ty, Maja, bądź ostrożna z tym twoim. Mało to teraz takich? Zabawi się i odejdzie, a co potem?

Daj spokój, pani Halino. Nie zrobi mi nic złego. Nie wierzę, iż potrafiłby.

Oj, dziewczyno westchnęła i nie drążyła dalej.

I Witek, i pani Halina mieli rację.

Początkowo poranne mdłości Maja zignorowała. A tam, kefir był kwaśny, a grzybki od bratowej też już stały otwarte. Ale mijały tygodnie, a ciągle coś nie grało. Chciała tylko jeść i spać. Dopiero, kiedy spotkała po drodze z pracy Sabinę z wózkiem i wyżaliła się, zrozumiała w czym rzecz.

Maja! Jak to się stało?! Sabina złapała się za głowę. Jaki termin? Powiedziałaś jemu?

Maja stała oszołomiona. W myślach wszystko się plątało, a gdzieś daleko, prawie poza świadomością, usłyszała głos pani Haliny:

Oj, dziewczyno Uważaj

To właśnie ten cichy głosik postawił ją do pionu. Odpowiedziała Sabinie, iż musi wracać do domu. Trzeba było powiedzieć Marcinowi. Wesołe chwile się skończyły. Czas pomyśleć o przyszłości.

Tyle iż o tej przyszłości przyszło Majce myśleć samotnie.

Przepraszam, Maja. Ale nie dam rady. Skąd mam wiedzieć, iż dziecko jest moje? Nie zgadzam się. Marcin machnął ręką i kopnął kota, który się na niego rzucił z wściekłością. Spadaj!

Witek, przekręciwszy się sprytnie, zdołał jeszcze wbić pazury w nogawkę Marcina, a krzyk, który wydobył się z ust faceta, sprawił, iż Maja, ku własnemu zaskoczeniu, uśmiechnęła się:

Zostaw go, Witku! Jeszcze się potrujesz. Takiego paskudztwa nam tu nie trzeba.

Jeszcze długo siedziała, wyprostowana jak struna na krześle, wpatrzona w zamknięte za Marcinem drzwi. Witek kręcił się wokół jej nóg, próbując zwrócić na siebie uwagę, aż wskoczył jej na kolana, czego mu zwykle nie wolno było, i przysiadł, cicho mrucząc, dopóki nie przegoniła go.

Dość tego smutku. Chcę herbaty. Gorącej.

Syna wpisała na swoje nazwisko. Wytrzymała spojrzenie urzędniczki wypisującej akt urodzenia i powiedziała zdecydowanie:

Ojca nie ma. I nigdy nie było. Matka jest. Wystarczy?

Sabina przygotowała wyprawkę, pani Halina znalazła dobrą używaną spacerówkę i kilkakrotnie chodziła do dyrektora fabryki, by wywalczyć dla Mai lepsze mieszkanie. Ale budowa stała, dyrektor tylko bezradnie rozkładał ręce:

Bardzo bym chciał, ale nie mogę. Tymczasem muszą państwo jakoś przetrwać. Potem zobaczymy.

W pokoju było zimno, choć Maja zabezpieczała wszystkie szczeliny jak mogła. Nie przeganiała więc kota od dziecka, który uznał noworodka za swoją własność. Przysiadał przy nim, a syn natychmiast milkł, czując obok siebie ciepło rudego futra. Maja śmiała się, patrząc na tę kocią miłość, i zawsze coś smakowitego dla Witka znalazła choć o to było już trudno. Z pieniędzmi krucho, gdyby nie pomoc braci, Maja by się pogubiła zupełnie. Marcin zniknął, wyniósł się z miasta, a Maja choćby nie chciała go widzieć. Już nic od niego nie oczekiwała. Wycierpując za syna, uznała, iż to on jej własne największe szczęście.

Rodzina zjechała całą gromadą, gdy tylko Maja z synkiem wróciła ze szpitala.

Jaki pulpet! Prawdziwy siłacz! Majka, cały po tobie!

Słuchała ich, i z ulgi miała ochotę się popłakać, choć to jej się nie zdarzało. Ani słowem, ani spojrzeniem nikt nie wypominał jej samotnego macierzyństwa. Wręcz odwrotnie, bratowa na kuchni przytuliła ją i wyszeptała:

Dobrze, iż urodziłaś. Teraz nie będziesz sama. I jeszcze uwierz znajdzie się ktoś dobry, Majeczko. I o synka nie martw się. Pomogą wszyscy, jak będą mogli. Wyrośnie chłopak, zobaczysz.

Rodzina dotrzymała słowa. Co dwa tygodnie ktoś z braci przyjeżdżał do Majki z synem, przywożąc smakołyki i zapasy. Maja rozpakowywała paczki i ścierała łzy. Jak kilka trzeba człowiekowi. Po prostu wiedzieć, iż nie jest się samemu. Że ktoś kocha, wesprze. A jeżeli coś się wydarzy, nie zostawi dziecka, tylko przyjmie jak swoje. W takich chwilach denerwowała się na siebie za łzy, ale cieszyła się, iż ma bliskich.

Przedszkole dla Janka okazało się wyzwaniem. Chłopiec często chorował, a Maja rozdzierała się między pracą a domem. Gdyby nie pomoc pani Haliny i Sabiny, porzuciłaby to wszystko i wróciła do rodzinnej wsi. Ale wiedząc, iż tam musiałaby mieszkać z rodziną brata, odwlekała ten moment jak mogła. Nie chciała nikomu wchodzić w drogę.

Siedząc przy łóżeczku gorączkującego synka, Majce wracały wspomnienia o niespełnionej miłości. Rozumiała doskonale, iż nie każdego stać, by być podporą. Teraz już dobrze wiedziała, czego pragnie od tego, kto może jeszcze kiedyś się w jej życiu pojawi. Nie potrzebowała już ochów i achów, słodkich słówek i innych głupstw, jakimi Marcin sypał. Chciała kogoś, kto po cichu zrobi jej herbatę, pośle spać, mówiąc idź, ja zostanę z synem. A w niedziele zabierze ich do zoo i kupi Jankowi balonik. Pochwali jej barszcz i mielone, a potem w końcu przymocuje półkę, która od miesięcy zawala kąt. Kogoś, kto będzie po prostu obok. Zawsze.

I tyle. To jest jej rodzina. Taka, jaka powinna być.

Sen przychodził Majce niespodziewanie, odganiając troski i lęki. Opierała głowę o stół obok łóżka syna i spała, skulona, w trzy paski.

Jednej z takich nocy wydarzyło się coś, co wszystko w jej życiu przewróciło wreszcie postawiło kropki i przecinki w tej zagmatwanej składni, która uporczywie nie chciała się zamienić w dobrą historię z happy endem.

Janek chorował już trzeci dzień. Gorączka nie spadała, a Maja łamała sobie głowę, jak pomóc synowi. Lekarka z przychodni dziecięcej, mieszkająca blok dalej, przychodziła codziennie bez wezwania i kręciła głową:

Na razie nic dobrego nie powiem. Robicie wszystko, jak trzeba. Po prostu czekajmy. Organizm mocny, powinien sobie poradzić.

Maja nie odstępowała malucha na krok, utulając go, gdy na chwilę zasypiał, a potem znów zaczynał płakać z bólu ucha. Wieczorem pani Halina przyniosła garnek świeżego rosołu i przytulając Janka, przyłożyła policzek do mokrego od potu czoła dziecka:

Gorączkę ma straszną!

Nic nie pomaga. Jakbym nie próbowała

Może to i dobrze? pani Halina głaskała Janka po dłoniach, robiąc mu “sroczkę”. Jak jest, znaczy organizm walczy. Tak mówiła lekarka.

Wiem westchnęła Maja. Ale serce mi się kraje, jak płacze z bólu, taki mały.

Przejdzie! Ale jak się wykończysz, to dziecku nie pomożesz. Jedzcie, śpijcie, bo rano będzie lepiej.

Maja kiwnęła głową, zabrała się za robienie kompresu, pani Halina wyszła po cichu.

Witek, leżąc przy chłopcu w łóżeczku, machał ogonem, nie pozwalając Jankowi go złapać. Malec, wyczerpany, zasnął, nim Maja skończyła rozstawiać kompresy. Kręciła się jeszcze, wahając, czy go budzić, ale potem odpuściła.

Dotknęła dłonią garnka stojącego na stole, wzięła go i wyszła do kuchni podgrzać rosół. Stała przy kuchence, gdy usłyszała trzask i łomot, a potem rozpaczliwy płacz Janka. Zostawiła wszystko, pobiegła do pokoju. Wpadła, zamarła, a potem chwyciła taborecik i ruszyła ratować kota.

Ogromny szczur walczył na śmierć i życie. Witek skakał wokół, już miał uszkodzone ucho i zadrapany bok. Maja zamachnęła się, ale wtedy Witek skoczył, capnął szczura za kark. Wbił się tak, iż przez chwilę nie mogła go oderwać od martwej już bestii.

Witku, złotko, zostaw już! Po wszystkim, wygrałeś!

Kot, jakby po dziecięcemu, jęknął, puścił szczura i dopiero wtedy kulejąc podczołgał się do łóżeczka, gdzie Janek płakał. Maja rzuciła się po syna, zdając sobie sprawę, iż w łóżku leżał drugi, mniejszy szczur, który i tak wydawał się ogromny. Chwyciła dziecko, wybiegła na korytarz i wołała na cały blok:

Pomocy!

Godzinę później, otulając synka, wprowadzała się do pani Haliny. Ta dała jej klucze do swojego mieszkania i obiecała pilnować kota.

Co za draństwo! Szczury! Na naszym osiedlu! Przecież niedawno było odszczurzanie! Złościła się pani Halina, która zawsze dbała o porządek, ale nic nie mogła zdziałać z rozsypującym się budynkiem.

Doprowadziwszy pokój do porządku, zabrała Witka do dyżurki i zaczęła opatrywać rany.

Bohater z ciebie, Witku! Nie najgorzej, iż cię zostawiłam. Ze świecą takiego kota szukać.

Witek leżał, drzemiąc, nie próbując się choćby lizać. Jeść nie chciał, co panią Halinę zmartwiło. Rano, po skończonej zmianie, pojechała do Mai i powiedziała, iż kotku źle.

Popilnujesz Janka? Maja biegała po mieszkaniu pakując się. Ale gdzie mam go zanieść? Gdzie tu jest weterynarz?

Jest przez dwa bloki od akademika. Leć tam!

Maja rzeczywiście pobiegła. Witek leżał na dywaniku przy jej łóżku, ledwo oddychając.

Witku! Co ty? Wytrzymaj! Już, już!

Dobiegła do lecznicy. Przepychając się przez młodą dziewczynę w białym fartuchu, zażądała:

Natychmiast lekarza! Najlepszego! Teraz!

Recepcjonistka próbowała protestować, ale po spojrzeniu na Maję, skinęła tylko głową i zniknęła za drzwiami.

Proszę poczekać.

Maja trzymała Witka, obserwując każdy jego wdech, już prawie sama gotowa szukać lekarza, gdy drzwi się otworzyły i wszedł prawdziwy olbrzym.

Co się tu dzieje? głęboki bas oniemiał Maję.

Szybko się otrząsnęła, podając mu Witka.

Proszę, ranny kot.

Kto tak mu zrobił? Lekko, jak piórko, przejął od niej kota, obejrzał rany.

Szczury.

Na bezpańskiego nie wygląda. Jaki wypielęgnowany.

To mój kot.

A gdzie się szczury znalazły? Na dwór go puszcza pani?

Nie, w pokoju.

Cuda.

Długo jeszcze będzie mnie pan wypytywać?! Widzi pan, jak mu źle! Maja wybuchła. Witek tak żałosny na jego rękach, aż ścisnęło ją w gardle. On mi syna uratował! Proszę coś zrobić! Pomóc!

Nie trzeba tak krzyczeć. Przedstawiam się: jestem Szymon. A pani?

Maja

I dobrze. Zapamiętam na przyszłość nie lubię krzyku, wolę spokój.

Lekarz pokiwał głową i uśmiechnął się:

Damy radę waszemu bohaterowi! Proszę się nie martwić.

Kilka lat później wielki rudy kot cicho wejdzie do dziecięcego pokoju, obejdzie go kątem wkoło i wdrapie się do łóżeczka stojącego obok tapczanu, na którym spać będzie Janek. Mała Alinka, czując obok siebie ciepły koci bok, obróci się i zanurzy paluszki w puszystej sierści. Witek zamruczy, śpiewając swoją kocią kołysankę, a dziewczynka zaśnie spokojniej, już nie słysząc, jak po chwili dołączą do pokoju rodzice. Maja poprawi kołdrę synowi, naciągnie skarpetkę, która spadła z nóżki córce, i przytuli się do ramienia męża:

Jaka dobra niania, co Szymku?

Czy może być lepsza? Szymon podrapie po, kiedyś samemu szytym, uchu rudego. Dobrze, iż wtedy tak na mnie nakrzyczałaś, i iż nad nim czuwałem trzy noce. Takie koty to skarb.

On już jest złoty. Widzisz, aż się świeci.

Witek wetknie nos w dłoń wyciągniętą przez Maję, po czym wyciągnie się obok Alinki i położy na niej łapę. Maja wyłączy lampkę nocną, cmoknie męża w policzek i cicho zamknie drzwi od pokoju dzieci. Jej dzieci nigdy nie bały się ciemności, bo zawsze, odkąd pamiętały, był z nimi Witek. A z nim nie było już czego się bać.

Idź do oryginalnego materiału