Była zdeterminowana, by nie okazywać żadnych emocji, zwłaszcza wobec męża, który najwyraźniej oczekiwał od niej, żeby była zimna niczym lód Bałtyku choćby w najbardziej gorących chwilach. Marzyła o świętym spokoju, choć sama nie wiedziała już, czym ten spokój miałby być. W końcu, kiedy romantyczna wizja opisów w Twoim Stylu ulotniła się jak para z pierogów, a uczucia wywietrzały przez szparę w oknie, rozwód był już tylko kwestią czasu.
Zanim się obejrzała, pracowała na nocne zmiany cóż, ktoś musiał płacić rachunki za mieszkanie na warszawskim blokowisku. Problem był tylko taki, iż miała pod opieką kilkuletniego synka, a opiekunek na wagę złota w Polsce więcej niż grzybów po deszczu raczej nie było. Zapisała więc Kubusia do przedszkola, ale te zamykało się o siódmej wieczorem, a ona dopiero rozkręcała się wtedy w pracy.
Po krótkiej rozpaczy, zebrała się w sobie i zaproponowała byłemu mężowi, niejakimu Pawłowi (znanemu z chłodu emocjonalnego niczym środkowoeuropejska zima), żeby po siedemnastej zajął się synem. Paweł odpowiedział z wprawą lodowatego urzędnika: A niby dlaczego ja? jakby nie słyszał nigdy o równouprawnieniu czy, nie daj Boże, ojcostwie. Przez chwilę zatkało ją jak przed kiepskim żartem na wigilijnym spotkaniu rodzinnym, ale gwałtownie odzyskała rezon i oznajmiła, iż skoro są oboje rodzicami, to prawa i obowiązki mają takie same. On też powinien przewinąć, przytulić, nakarmić, a nie tylko gładzić kartę debetową.
Wyłożyła jasno: alimenty są świętością to nie są żadne datki z serca, tylko podstawowy obowiązek. Ona swojego czasu dla Pawła oddawać nie zamierzała. Jej priorytet: mały był z nią, a nie z tatusiem na dochodne.
Radziła sobie jak mogła, żonglując zmęczeniem, napadami paniki i polskim tradycyjnym stresem, na który choćby babciny rosół nie pomaga. Gdy poczuła, iż nie wytrzyma, odwiedziła lekarza rodzinnego Henryka, który, zaskakująco, miał dla niej gotową diagnozę: Niech pani uważa, bo były mąż najwyraźniej chce zbudować nową rodzinę i z synem to już mu nie po drodze. Słuchała tych rad z miną, jakby usłyszała o UFO nad Częstochową bolesne, ale niestety sensowne.
Ostatecznie znalazła się na froncie swoistej wojny domowej, gdzie Paweł, egocentryczny i o elastycznym kręgosłupie moralnym niczym polski polityk, wygrał trochę z samym sobą, trochę z synem. Do dziś zastanawia się czasem, jak w ogóle mogła wpaść na ten ślubny pomysł. Ale już nie docieka dlaczego. Zamiast tego postanowiła nie dać się kierować egoizmem Pawła i z jeszcze większym zapałem niż przedtem zadbać o to, by jej syn miał miłość, troskę i najlepiej zrobione naleśniki na całym osiedlu. Reszta? Reszta to już historia, którą w Polsce zna prawie każda samotna matka.












