Wieczni goście, puste butelki zamiast chleba, rzucone przez los dziecko i niezwykła dobroć pani Lilii – opowieść o chłopcu Lenku, który w śnieżnej Warszawie szukał bułki, domu i matczynej miłości, a po latach odnalazł swoją „białą twierdzę” i prawdziwą mamę dzięki wzruszającej gazecie oraz cudownemu zrządzeniu losu

polregion.pl 4 godzin temu

Wczoraj wieczorem znowu były u nas goście. Tak naprawdę goście pojawiali się prawie codziennie. Stół uginał się od pustych butelek, każdy coś pił, alkoholu nie brakowało a jedzenia jak na lekarstwo. Przeszukałem wszystko wzrokiem, miałem nadzieję znaleźć chociaż kawałek chleba na stole tylko niedopałki i pustą puszkę po śledziach. Westchnąłem.

Dobra, mamo, idę powiedziałem nieśmiało, wkładając powoli moje stare, porwane trzewiki. Zastanawiałem się, czy mama zatrzyma mnie chociaż tym razem czy powie: Gdzie dziecko, przecież nic nie jadłeś, zimno na dworze, zostań w domu. Zaraz ugotuję kaszę, gości wypędzę, podłogę umyję. Ale nigdy nie mówiła czułych słów, nie była taka. Jej słowa raniły były jak ostre ciernie, przez które miałem ochotę uciekać i się schować.

Wtedy już postanowiłem, iż wyjdę na zawsze. Miałem sześć lat, uważałem się za dorosłego. Chciałem najpierw zarobić parę złotych, kupić bułkę a może choćby dwie żołądek ciągle się odzywał.

Nie wiedziałem, jak zarobić na jedzenie. Szedłem wzdłuż ulic, minąłem kiosk z gazetami, zobaczyłem wystającą z zasp pustą butelkę. Schowałem ją do znalezionej torby, potem jeszcze worek po chipsach, i przez pół dnia zbierałem butelki. Torba dzwoniła ich ilością. Wyobrażałem sobie, iż kupię pyszną, pachnącą bułkę z makiem albo rodzynkami, a może choćby z lukrem Ale pomyślałem, iż na lukier raczej nie starczy tych butelek, więc poszedłem dalej.

Zbliżyłem się do peronu kolejowego, gdzie w oczekiwaniu na pociąg mężczyźni pili piwo. Postawiłem ciężką torbę obok kiosku, a sam pobiegłem po świeżo porzuconą butelkę. Kiedy wróciłem, zobaczyłem jak jakiś brudny, nieprzyjemny mężczyzna zabiera mi butelki. Spojrzał na mnie groźnie, łypiąc wrednymi oczami. Musiałem się odwrócić i odejść, nie miałem szans.

Marzenie o bułce prysło w jednej chwili. Zebrać butelki jednak trudny sposób na życie, pomyślałem, brnąc dalej przez ośnieżoną Warszawę. Mokry, lepki śnieg. Buty przemokły, stopy miałem lodowate. Zapadła ciemność.

Nie pamiętam, jak zabłądziłem do obcego bloku. Usiadłem na klatce schodowej, zasnąłem przy kaloryferze, senny od zmęczenia i ciepła.

Obudził mnie zapach czegoś pysznego. Przez chwilę nie wiedziałem, czy dalej śnię było ciepło, bezpiecznie i… pachniało domem.

Weszła kobieta, miała najłagodniejszy uśmiech jaki widziałem.

No i co, chłopaku, zapytała ciepło. Wygrzałeś się? Wyspałeś? Chodź na śniadanie. Idę nocą przez klatkę, a tu śpisz jak szczeniak pod drzwiami. Zabrałam cię do siebie.

To już mój dom? spytałem nieśmiało, ciągle nie dowierzając szczęściu.

jeżeli nie masz domu, będzie twój odpowiedziała cicho.

Wszystko wtedy wyglądało jak baśń. Ta nieznajoma pani, pani opiekuńcza, troskliwa, kupiła mi nowe ubrania. Powoli opowiadałem jej o życiu z mamą.

Miała piękne imię Wiesława. Nigdy wcześniej nie słyszałem takiego, wydawało mi się magiczne. Byłem przekonany, iż tylko dobre wróżki tak się nazywają.

A chcesz, żebym została twoją mamą? zapytała pewnego dnia, mocno mnie przytulając, jak prawdziwa kochająca matka.

Oczywiście, bardzo chciałem. Ale szczęście nie trwało długo. Po tygodniu przyszła po mnie mama prawie trzeźwa, ale pełna gniewu. Krzyczała na kobietę, która mnie przygarnęła: Jeszcze nie zabrali mi praw rodzicielskich, mój syn należy do mnie!

Zabrała mnie znowu. Wychodząc, widziałem przez okno padające płatki śniegu i miałem wrażenie, iż ten dom, w którym została Wiesława, jest prawdziwym białym zamkiem.

Znów wszystko się zepsuło. Mama piła, ja uciekałem z domu, spałem na dworcu, zbierałem butelki, kupowałem najtańszy chleb. Nikogo nie poznawałem, o nic nie prosiłem.

Później mama straciła prawa rodzicielskie trafiłem do domu dziecka.

Najbardziej bolało mnie, iż nie mogłem przypomnieć sobie, gdzie był ten biały dom, w którym żyła dobra pani Wiesława.

Minęły trzy lata.

Mieszkałem w domu dziecka, byłem zamknięty w sobie, małomówny. Najbardziej lubiłem rysować na osobności za każdym razem tę samą scenę: biały dom i padający śnieg.

Pewnego dnia do domu dziecka przyjechała dziennikarka. Wychowawczyni oprowadzała ją po pokojach, przedstawiała dzieci. Przyszły też do mnie.

Leon to interesujący chłopak, choć problemy z adaptacją nie minęły. Jest z nami już trzy lata, ale wciąż próbujemy znaleźć mu rodzinę tłumaczyła wychowawczyni.

Miło poznać, jestem Wiesława przedstawiła się dziennikarka.

Jakby mnie tknęło ożyłem, zacząłem mówić! Z zapałem opowiadałem jej o innej cudownej pani Wiesławie. Czułem, jak z każdym słowem rozpuszcza się we mnie lód. Oczy się świeciły, na policzkach pojawiły się rumieńce. Wychowawczyni patrzyła z niedowierzaniem na moją przemianę.

Imię Wiesława okazało się złotym kluczem do mojego serca.

Dziennikarka nie powstrzymała łez, słuchając mojej historii. Obiecała, iż napisze o mnie w lokalnej gazecie może tamta pani przeczyta i zgłosi się, aby się ze mną spotkać.

Słowa dotrzymała. I wydarzył się cud.

Wiesława nie prenumerowała gazety, ale w swoje urodziny koledzy z pracy podarowali jej kwiaty owinięte gazetą za oknem była zima. Otwierając bukiet w domu, zwróciła uwagę na tytuł: Dobra kobieta Wiesława, szuka cię chłopiec Leon. Odezwij się!

Przeczytała artykuł i zrozumiała, iż chodzi właśnie o tego chłopca, którego dawno temu znalazła i chciała przygarnąć.

Leon rozpoznał ją od razu. Rzucił się jej na szyję. Wszyscy płakali: Leon, Wiesława, wychowawczynie.

Tak długo na ciebie czekałem powiedział.

Trudno było go przekonać, by pozwolił jej wyjść do domu formalności wymagały czasu. Musiała go adoptować, ale obiecała, iż będzie przychodzić codziennie.

P.S.
Potem już życie Leona stało się szczęśliwe. Dziś ma 26 lat, skończył Politechnikę Warszawską, szykuje się do ślubu z dobrą polską dziewczyną. Jest wesoły, otwarty, uwielbia swoją mamę Wiesławę, której zawdzięcza wszystko.

Dopiero, gdy dorósł, Wiesława wyznała mu, iż jej mąż odszedł z powodu jej bezdzietności. Czuła się wtedy samotna i niepotrzebna, właśnie wtedy odnalazła go na schodach i ociepliła swoim uczuciem.

Kiedy matka znów zabrała Leona, Wiesława myślała: Widać nie pisane Ale jej szczęście wróciło, gdy znalazła go w domu dziecka.

Leon próbował dowiedzieć się czegoś o biologicznej matce. Wynajmowali mieszkanie w Warszawie, matka dawno temu wyjechała w nieznanym kierunku z mężczyzną, który właśnie wyszedł z więzienia. Dalej już nie szukał. Po co…

Idź do oryginalnego materiału