Wojciech rozsiadł się wygodnie przy swoim biurku z laptopem i filiżanką kawy. Trzeba było jeszcze dokończyć kilka spraw. Nagle zadzwonił telefon. Numer nieznany.
Halo, słucham.
Pan Wojciech Stanisławowicz? Dzwonię ze szpitala położniczego. Czy zna pan Martę Nowicką? zapytał starszy, sądząc po głosie, mężczyzna.
Nie, nie znam żadnej Marty Nowickiej. O co chodzi? Wojciech był zdziwiony.
Marta zmarła wczoraj podczas porodu. Skontaktowaliśmy się z jej matką. Powiedziała, iż jest pan ojcem dziecka głos w słuchawce zawisł pełen oczekiwania.
Jakiego dziecka? Jakim ojcem? Nic nie rozumiem! Wojciech poczuł narastający niepokój.
Marta urodziła dziewczynkę. Wczoraj. Jest pan jej ojcem. jeżeli rzeczywiście jest pan Wojciechem Stanisławowiczem Lisem. Musi pan jutro przyjechać do szpitala. Trzeba coś postanowić… mówił powoli i wyraźnie.
Co postanowić? Wojciech wciąż nie rozumiał.
Proszę przyjechać jutro do szpitala na ul. Banacha. Proszę pytać o doktora Macieja Piotrowskiego. To ja. Wszystko wyjaśnimy na miejscu.
Wojciech stał z telefonem przy uchu, słuchając sygnału zakończenia rozmowy. Potem odłożył aparat i próbował przetrawić usłyszane słowa.
Marta… Jaka Marta? mruknął, chodząc po pokoju. Naprawdę nie wiem… Ale chwila, pomyślmy. Ile trwa ciąża? O, już mam… Dziewięć miesięcy. Dziewięć miesięcy wstecz? Teraz maj czyli wrzesień. Co się działo we wrześniu?
Wojciech spojrzał na filiżankę kawy, którą wciąż trzymał, skrzywił się i odstawił ją na biurko. Teraz zdecydowanie przydałoby się coś mocniejszego, ale…
We wrześniu byłem w Kołobrzegu nagłe olśnienie i wspomnienie wróciło wyraźnie Dwa tygodnie. To to! Marta!
Wojciech ledwo już pamiętał jej twarz. Chyba była blondynką o niebieskich oczach Przewinęło mu się przez życie tyle tych Mart! Co, miał każdą pamiętać? Nigdy nie był żonaty, chociaż miał czterdzieści lat i nie zamierzał się żenić. Dzieci również nigdy nie planował. Nigdy! Miał swoje ustabilizowane życie i nie wyobrażał sobie, by coś mogło je zmienić przez jakąś Martę
Ale ona przecież nie żyje zakołatało w głowie przypomnienie.
Jak mogła umrzeć? rzucił w przestrzeń, wpatrując się w sufit, jakby tam miał znaleźc odpowiedź. Ile ona mogła mieć lat? Dwadzieścia, może trochę więcej…
Miał ochotę zapalić, ale od jakiegoś czasu rzucił. W środku zakłębiło się jakieś dziwne uczucie. Może współczucie, może dezorientacja, a może żal?
Dziecko powiedział znów półgłosem, jakby zwracał się do kogoś niewidzialnego. Niech matka Marty weźmie dziecko do siebie. Przecież jest babcią. Zresztą, kto wie, czy to naprawdę moje dziecko?
Wojciech już podjął decyzję. Jutro pojedzie, spotka się z lekarzem, zrzeknie się praw do dziecka i będzie żył jak dawniej. Po staremu.
Mimo iż decyzja zapadła, długo nie mógł zasnąć tej nocy. W myślach kłębiły się różne scenariusze, a w sercu czuł niepokój…
To przecież niemożliwe, by to martwe ciało było Martą! Chwycił się myśli, próbując ją przełknąć… ale nie dał rady. Zamiast tego poczuł narastającą gulę w gardle, która rozlała się aż po oczy. Cały Wojciech był teraz wypełniony tym uczuciem. Wzrok mu zapiekł… Przypomniał ją sobie… Przypomniał jej śmiech, jak biegała po plaży, jak patrzyła na niego zakochanymi oczami. Była śmieszna i szczera, zapomniał o niej niemal zaraz po powrocie do domu. Teraz leży w prosektorium To jej ciało właśnie ogląda
Wojciech wybiegł na korytarz. Gestem poprosił doktora Macieja Piotrowskiego o chwilę.
Od pierwszego napotkanego mężczyzny pożyczył papierosa i zemocjonowany zaciągnął się na schodach szpitala, po czym szerokim krokiem ruszył do gabinetu ordynatora.
Zechciałby pan zobaczyć córkę? zapytał doktor Piotrowski.
Nie. Najpierw chcę porozmawiać z matką Marty. Gdzie jest? Wojciech spojrzał na lekarza wyczekująco.
Czeka na korytarzu. Minął ją pan przed chwilą.
Zaraz wracam Wojciech wyszedł pośpiesznie z gabinetu.
Od razu zauważył drobną kobietę w czarnej chuście, siedzącą nieco dalej na krześle.
Dzień dobry z trudem wydusił z siebie Wojciech.
Mama Marty uniosła na niego wzrok. Prawie się w nim utopił, widząc to morze bólu…
Podobna do Marty przemknęło mu przez myśl jakby ta sama twarz.
Nazywam się Helena. Helena Stanisławowna powiedziała cicho Jestem mamą Marty.
Wojciech. Stanisławowicz przez nerwy powtórzył.
Wiem. Marta mi o panu opowiadała. Teraz już nigdy mi nic nie opowie i Helena rozpłakała się cicho.
Wojciech nie wiedział, co robić. Stał obok zagubiony i przerażony.
Helena otarła łzy i powiedziała:
Błagam, nie zrzekaj się córki! Nie mogę dopuścić, żeby moja wnuczka wychowywała się w domu dziecka! Rozumiesz?
Dlaczego dom dziecka? Jesteś przecież babcią. Oddadzą ją pani próbował pocieszać Helenę. A jednocześnie pomyślał: Jaka z niej babcia, wygląda jak moja rówieśniczka
Nie oddadzą… Mam grupę, chore serce… Pan tylko proszę uznać ojcostwo! Ja się zajmę małą, nie będziemy panu przeszkadzać, bardzo proszę! Helena wyciągnęła do niego błagalnie ręce.
Chodźmy do środka pociągnął ją za sobą do gabinetu ordynatora.
Doktor Piotrowski podniósł wzrok znad papierów.
Co jest potrzebne do uznania ojcostwa? zapytał podenerwowany Wojciech.
Badanie DNA odpowiedział ordynator, patrząc na niego uważnie. Macie już wybrane imię?
Imię? Wojciech zgłupiał.
Jak ma się nazywać córka? zapytał lekarz z uśmiechem.
Chce pan zajrzeć do dziecka? dodał zachęcająco.
Wojciech westchnął, spojrzał na Helenę i odpowiedział cicho:
Nie. Nie chcę…
Formalności załatwiono zadziwiająco szybko. Badanie DNA potwierdziło to było jego dziecko. Wojciech kompletnie nie wiedział, co teraz robić, jak dalej żyć. Nie był gotów na pojawienie się dziecka w swoim uporządkowanym życiu. Ale też nie mógł tak po prostu zostawić dziewczynki Helenie, wykreślić jej z pamięci. Wojciech cały czas nie mógł wypowiedzieć słowa CÓRKA. Dla niego to był po prostu… dziecko.
Będę pomagał jak będę mógł. Będę przelewał pieniądze, kupię wózek, co trzeba obiecał sobie przed wypisem dziecka ze szpitala.
Gdy Wojciech zobaczył pielęgniarkę niosącą zawiniątko w różowym kocyku, pełnym koronek i wstążeczek, w gardle mu zaschło.
Helena delikatnie odebrała pakunek, odchyliła róg kocyka i zapytała:
Chcesz zobaczyć małą?
Wojciech nie zdążył odpowiedzieć. Drzwi do gabinetu ordynatora nagle się otworzyły i dr Piotrowski poprosił Helenę o wejście na rozmowę.
Helena podała zawiniątko Wojciechowi i weszła do środka.
Wojciech zamarł. Nie potrafił ani mówić, ani się ruszyć. Maleńki pakunek był ciepły, pachniał słodko. Nagle zawiniątko zagruchało, wydało dźwięk przypominający koci pomruk, po czym rozpłakało się donośnie. Przerażony Wojciech spojrzał na dziecko i… zobaczył swoje odbicie. Jego córka wyglądała jak on! Patrzył na malutką dziewczynkę i widział siebie…
Słaniając się na nogach usiadł na stojącym obok krześle i lekko pokołysał niemowlę. Dziewczynka zaraz się uspokoiła, spojrzała mu w oczy i jakby choćby się uśmiechnęła.
Młoda babcia wyszła z gabinetu po chwili.
Proszę, oddaj mi ją wyciągnęła ręce po wnuczkę Helena.
Sam ją poniosę! wypalił Wojciech. Właśnie się do mnie uśmiechnęła! i na twarzy pojawił mu się najszczerszy uśmiech, jaki kiedykolwiek miał. Chodźmy do domu, Heleno powiedział cicho. I zdecydowanym tonem dodał: Jedziemy razem do domu!













