Wnuki owoce widują raz w miesiącu, a ona swoim kotom kupuje najdroższą karmę złości się synowa, zarzucając mi brak serca…
Synowa ostatnio próbowała mnie zawstydzić tym, iż jej dzieci owoców prawie nie jedzą, a ja karmę dla kotów kupuję z górnej półki. Tyle iż jak jej tłumaczę za odżywianie dzieci odpowiadają ich rodzice, ojciec i matka, a za moich pupili tylko ja. Kiedyś powiedziałam im (delikatnie!), iż powinni na chwilę przystopować z powiększaniem rodziny, ale wtedy usłyszałam, iż mam nie wtrącać się w nieswoje sprawy. Więc się nie wtrącam. Karmię swoje koty i słucham żalów synowej, która nagle odkryła w sobie matczyne poświęcenie.
Ślub mojego syna, Adama, z Martą odbył się, gdy młoda już spodziewała się dziecka. Chociaż oboje zarzekali się, iż to czysta miłość, a ciąża jakoś tak wyszła przypadkiem nie bardzo w to wierzyłam, ale machnęłam ręką. W końcu Adam to dorosły chłopak, niech sam odpowiada za swoje wybory.
Synowa do czasu ciąży pracowała jako kasjerka w Biedronce. Większość ciąży spędziła na zwolnieniach, bo, jak mówiła, nie radziła sobie z trudnymi klientami. Sama, szczerze mówiąc, nie należała do najbardziej cierpliwych osób, więc łatwo mi było uwierzyć w te konflikty.
W zasadzie nie przeszkadzało mi to, jaki charakter ma żona syna, bo i tak nie mieszkaliśmy razem. Ja miałam swoją kawalerkę na Ochocie, oni trzypokojowe mieszkanie na Ursynowie kupione na kredyt. Adam dostał swoją część po sprzedaży naszego dawnego mieszkania i postanowił wziąć kredyt na większe lokum. Pytałam wtedy, po co mu taka duża przestrzeń i taki koszt nie mówił jeszcze, iż zaraz się żeni.
Kredyt Adam spłacał sam Marta była na zwolnieniach, a potem na macierzyńskim, więc pieniędzy do domu nie przynosiła. Za to wydawała chętnie, więc młodzi niemal zawsze byli pod kreską.
Nie wtrącałam się, żeby potem nie być oskarżaną o wszystko, co złe. Skoro Adam wybrał sobie Martę na żonę, to najwyraźniej mu pasuje. Ja nie muszę z nią dzielić łazienki, więc niech żyją, jak chcą.
Syn mieszkał niedaleko, więc wpadał czasem na obiad po pracy. Marta gotować nie lubiła, tłumaczyła, iż zapach jedzenia ją odrzuca, co w ciąży faktycznie się zdarza nie mam zamiaru się kłócić.
Kiedy na świat przyszedł pierwszy wnuk, Olek, chciałam pomóc, w końcu to ich pierwsze dziecko. Ale Marta ostro mnie wyprosiła poradzi sobie sama, rad znajdzie w internecie lub u własnej mamy. Jak chce nie narzucałam się, przychodziłam tylko z wizytą, coś przynosiłam wnukowi, ale o pomocy już nie wspominałam.
Adamowi było ciężko z kredytem, żoną i dzieckiem, ale nie narzekał. Czasem go dokarmiałam, pocieszałam, iż jak Marta wróci do pracy, będzie lżej.
Ale wracać nie zamierzała. Gdy Olek miał dwa lata, Marta znów była w ciąży. Dałam im delikatnie do zrozumienia, iż może warto zrobić sobie przerwę w powiększaniu rodziny, ale Marta tylko warknęła: Niech się pani nie wtrąca! Sami sobie radzimy i o pomoc nie prosimy!
Adam coś tam mruczał o becikowym i innych świadczeniach, ale skoro tak postanowili ich sprawa. Zresztą od tej kąśliwej uwagi synowej odeszłam na jeszcze większy dystans wnuka widywałam tylko, gdy Adam go przyprowadził; do młodszego Marta mnie nie dopuszczała.
Syn coraz częściej żalił się, iż brakuje pieniędzy, a w małżeństwie iskrzy. Cóż ja mogłam doradzić? Rozwód? Zmianę pracy? Łatwo mówić.
Gdy urodził się drugi wnuk, Staś, choćby mnie do szpitala nie zaprosili. Pierwszy raz zobaczyłam go, jak miał już siedem miesięcy pozwolono mi przyjść na urodziny starszego. Przyniosłam prezenty i coś do jedzenia, wiedząc, iż u nich z kasą krucho. Posiedziałam chwilę, synowa cały czas chodziła z kamienną miną, jakby łaskę wielką robiła.
Nie miałam już energii, by przekonywać kogokolwiek do czegokolwiek. Synowa mnie nie zapraszała, ja nie pchałam się na siłę. Kontaktowałam się tylko ze starszym wnukiem, którego Adam czasem do mnie przyprowadzał.
Sytuacja finansowa młodych się nie poprawiała. Świadczenia poszły w spłatę kredytu, ale nie rozwiązały problemów. Adam coraz częściej opowiadał, iż sprzeczają się z Martą o pieniądze ona nie umiała ani oszczędzać, ani zarabiać, a on przecież nie jest bogaczem.
Niedawno spotkałam Martę w Lidlu, zauważyłam, iż znów jest w ciąży. Zajrzała mi do koszyka:
No jasne! Babcia swoim kotom kupuje drogi pokarm, a wnuki widzą owoce raz w miesiącu! wysyczała i szarpnęła Olka za rękę.
A kto jej winien, iż ja mogę pozwolić sobie na dobre jedzenie dla zwierząt, a oni na owoce dla dzieci nie? Wie przecież, iż mają kredyt, Adam z pracą różnie, a ona jedno dziecko za drugim. Zamiast zarabiać na te owoce, woli złościć się na mnie.
Pewnie teraz zabroni Adamowi przyprowadzać do mnie wnuki bo nie jestem taką babcią, jaka jej pasuje. Trzeba kierować się własnym rozsądkiem, ale chyba u Marty o to trudno. Najgorsze, iż i Adam nie bardzo umie powiedzieć: dość. Dziwnie się to życie układa czasem najwięcej narzekają ci, którzy nie chcą wziąć odpowiedzialności za swoje wybory. Może to jest ta lekcja: patrz na siebie i nie miej pretensji, iż inni żyją mądrzej tylko próbuj uczyć się na błędach, zamiast winić cały świat.







