WSZYSCY JĄ OSĄDZALIŚMY
Milena stała w kościele i płakała. Już od piętnastu minut. Dla mnie to było zaskakujące. Co ona tu robi, ta lalka? pomyślałem. Spośród wszystkich osób, jej się tu najmniej spodziewałem.
Nie znałem Mileny osobiście, ale często ją widywałem. Mieszkamy w jednym bloku i spacerujemy po tym samym parku. Ja z moimi czterema córkami, a ona ze swoimi trzema psami.
Zawsze ją osądzaliśmy. My to ja, inne mamy z dziećmi, emerytki na ławkach, sąsiedzi i, mam wrażenie, choćby przypadkowi spacerowicze.
Milena była bardzo atrakcyjna, zawsze gustownie ubrana, a przy tym wyglądała na lekkoducha i zarozumiałą.
Patrz, znów zmieniła faceta mruczała za nią babcia Janina, siedząc na ławce przy klatce schodowej.
Już trzeci.
Może sobie pozwolić, pieniędzy ma jak lodu wtórowała jej koleżanka babcia Zosia, patrząc z zazdrością, jak Milena z nowym partnerem wsiada do swojej drogiej Toyoty.
Syn babci Zosi, czterdziestopięcioletni Wojtek, choćby na starego malucha nie uzbierał.
Lepiej by dzieci rodziła, zegar tyka dorzucał ich wieczny przeciwnik, dziadek Tolek. Ale jeżeli chodzi o Milenę, stanowili zgodną koalicję.
Potem cała ławeczka rozbawiona komentowała, jak to i ten nowy adorator Mileny uciekł. I wyciągała wnioski: Bo to latawica! I na pewno w domu czuć u niej psią sierścią!
Ale najbardziej nie lubiliśmy Mileny my, rodzice.
Gdy biegaliśmy zadyszani za naszymi pociechami po zjeżdżalniach, huśtawkach, krzakach, śmietnikach i gdzie tylko się dało (a dzieciom pomysły nie mają końca), ona spokojnie przechadzała się z tymi swoimi kundelkami i niczym się nie przejmowała. Jeszcze czasem zerkała w naszą stronę z uśmiechem. Jakby mówiła: ponarobiliście dzieci, teraz nie macie spokoju. A ja? Żyję na własnych warunkach. Wy zastanawiacie się, czy starczy na kurteczkę dla Kasi i buty dla Zosi, a ja ja liczę tylko na siebie.
Od razu widać bezdzietna z wyboru. One wszystkie takie, mówiła moja przyjaciółka Ola, mama trzech łobuzów.
Bogaci mają swoje fanaberie pieski, kotki, myszki, kiwała głową ciężarna z bliźniakami Lucyna, próbując ściągnąć z drzewa swoją najbardziej rozbrykaną córkę.
Ot, egoistka zwykła, nie chce mieć problemów, tylko wciąż po zagranicach jeździ. Ja już siódmy rok morza nie widziałam, wzdychała matka piątki, Mariola.
Tak, tak przytakiwałem automatycznie wszystkim, łącznie z tymi babciami z podwórka. I biegłem do płaczącej na cały park Tosi, która właśnie stłukła sobie kolano.
Narobiła psów, lepiej by dziecko urodziła rzuciła raz głośno jakaś staruszka ze swoim wnukiem.
Nie pani sprawa! odwróciła się gwałtownie Milena. Chciała coś jeszcze powiedzieć, ale się powstrzymała i odeszła z psami.
Bezczelna! krzyknęła za nią tamta babcia.
…Jeszcze przez chwilę patrzyłem na płaczącą Milenę, po czym wyszedłem z kościoła.
Zaczekaj usłyszałem za sobą. Proszę, zatrzymaj się.
Milena szła za mną przez kościelny dziedziniec.
To pan zawsze spaceruje w parku z czterema dziewczynkami?
Ja… A pani z trzema psami.
Tak. A… czy mogę z panem porozmawiać? Wie pan, zawsze patrzę na was z córkami, na inne mamy i naprawdę podziwiam powiedziała… i zarumieniła się.
Pani?! byłem zaskoczony. Mało brakowało, a bym dodał: Przecież pani bezdzietna z wyboru, egoistka i lalka! Przypomniałem sobie te jej złośliwe spojrzenia
Tak się poznaliśmy. Usiadłem z Mileną na ławce. Opowiadała… i płakała. Widać było, iż bardzo potrzebuje z kimś się wygadać…
…Milena wychowywała się w dobrej, ciepłej rodzinie. Odkąd pamięta, chciała mieć dużo dzieci. Wyszła za mąż z wielkiej miłości. Ale po dwóch nieudanych ciążach i diagnozie lekarzy bezpłodność ukochany mąż szybciutko odszedł.
Drugi mąż zniknął z tego samego powodu. Milena długo się leczyła, a potem otarła się o śmierć wskutek ciąży pozamacicznej.
Był też trzeci adorator. I znów ciąża pozamaciczna. Ten jednak uciekł, gdy tylko usłyszał coś o ewentualnych dzieciach. Podobał mu się samochód Mileny, to, iż miała dobrą pracę, ale dzieci do życia mu nie pasowały.
Mogłabym oddać wszystko za to, by zostać mamą!
Myślałem, iż pani kocha psy bąknąłem niezręcznie.
Tak, kocham psy uśmiechnęła się Milena. Ale to nie znaczy, iż nie kocham dzieci.
By zająć czymś serce, przygarnęła Tepę. Potem poproszono ją, żeby na czas remontu przechowała Majka. I został. Fenię znalazła zimą, głodną i zmarzniętą, na ulicy.
Szkoda było nie pomóc.
Narobiła psów, lepiej by dziecko urodziła przypomniały mi się słowa jednej z babć.
Zegar tyka mruczał za Mileną dziadek Tolek.
Zegar tykał Milena miała już czterdzieści jeden lat. Choć wyglądała na trzydzieści.
Zdecydowała się adoptować dziecko z domu dziecka. Nie ważne małe czy duże. Bardzo polubiła sześcioletniego Kacpra. adekwatnie to on ją sobie upodobał. Podszedł i spytał: Zostaniesz moją mamą? Zostanę! odpowiedziała.
Egoistka, woli wygodę przypomniałem sobie narzekającą Mariolę.
Ale Kacpra Milenie nie oddali. Okazało się, iż jego mama, chora psychicznie, nie została pozbawiona praw rodzicielskich.
To był dla mnie szok wspominała. Nie mogłam pojąć, jak to możliwe Dziecko cierpi, a nie wolno mu pomóc.
Potem pojawiła się czteroletnia Lenka. Już dwa razy była adoptowana i za każdym razem, po kilku miesiącach, wracała do domu dziecka. Była bardzo żywiołowa.
Ktoś opowiadał, iż gdy druga mama odprowadzała ją z powrotem, Lenka czołgała się za nią, trzymając za spódnicę i błagając: Mamusi, nie oddawaj mnie! Już będę grzeczna, proszę!
Kiedy Milena ją poznała, Lenka spytała: A ty mnie też oddasz? Nie oddam! wydusiła łamiącym się głosem Milena.
Z adopcją Leny również zaczęły się trudności prawne. Milena nie wdawała się w szczegóły. Ale to jest moja córka i będę o nią walczyć!
Tego dnia Milena pierwszy raz w życiu przyszła do kościoła. Po prostu nie miałam już dokąd pójść! powiedziała.
Przyszedł ksiądz, a Milena porozmawiała z nim długo. Coś zapisywała.
Wszystko się ułoży! Z Bogiem! usłyszałem jego słowa. I na twarzy Mileny pojawił się uśmiech
Szliśmy razem do domu.
Pewnie myśli pan, iż jestem zarozumiała i dumna powiedziała Milena. Ale ja po prostu mam już dosyć tłumaczenia wszystkiego każdemu. Tyle już się nasłuchałam
Milczałem.
Milena zaprosiła mnie z dziewczynkami na herbatę żeby pobawić się z psami. Zgodziłem się. I na pewno przyjdziemy. Choć nie dziś.
Póki co, było mi po prostu bardzo wstyd.
I ciągle myślę: skąd w nas tyle jadu? Skąd we mnie tyle jadu? Czemu tak łatwo przychodzi nam ferowanie najgorszych opinii?
I bardzo chciałbym, żeby Milena, ta niezwykła kobieta, która tyle przeszła i którą wszyscy osądzaliśmy, w końcu zaznała szczęścia. Żeby Lenka wtuliła się w nią i powiedziała: Mamusi! I żeby wiedziała, iż już nikt jej nie odda. Żeby obok radośnie biegały cudowne, wierne psy Tepa, Majk i Fenią…
A może wydarzy się cud i Milena będzie miała prawdziwego, dobrego męża. A Lenka doczeka się braciszka albo siostrzyczki. Bo przecież takie cuda się zdarzają, prawda?
I żeby już nikt nigdy nie powiedział o nich złego słowaWierzę w to całym sercem. A choćby jeżeli nie będę się starał, żeby Milena, kiedy tylko ją spotkam, już nigdy nie musiała czuć się samotna i niezrozumiana. Może po prostu wystarczy czasem przyjść, wysłuchać, podać kubek herbaty i pobawić się z jej psami. Może wystarczy przestać patrzeć na innych przez pryzmat własnych uprzedzeń i nie bać się zobaczyć w nich zwyczajnych ludzi, którzy czasem najbardziej na świecie potrzebują tylko odrobiny akceptacji.
Od tamtej rozmowy patrzę na nasz park inaczej. Zauważyłem, jak Milena coraz częściej spaceruje z dziewczynką z kucykiem, która całuje ją w policzek. Słychać wtedy śmiech, szczekanie i radosne piski. A my ja, moje córki, sąsiedzi uczymy się, jaką ogromną różnicę robi odrobina wyrozumiałości. Kto wie, może zamiast drobnych plotek zostaną nam kiedyś tylko dobre słowa i pamięć o tych, którzy mają odwagę walczyć o swoje szczęście, choćby jeżeli cały świat im się przygląda.
I tego życzę Milenie i nam wszystkim. Żebyśmy w porę dostrzegli człowieka zanim zdążymy rzucić kamieniem.







