Wtorki, które łączą: Opowieść o pustym siatce, poszukiwaniu prezentu dla chrześnicy-fascynatki astro…

newskey24.com 5 godzin temu

Słuchaj, muszę Ci opowiedzieć coś, co ostatnio mi się przypomniało i wstrząsnęło mną do szpiku kości. Jadę sobie jak co wtorek metrem przez Warszawę, ściskam w ręku pustą reklamówkę z Biedronki pamiątka po dwugodzinnych poszukiwaniach, żeby znaleźć jakikolwiek sensowny prezent dla mojej chrześnicy, córki przyjaciółki. Wiesz, Lena ma już dziesięć lat, już nie szaleje za kucykami, teraz interesuje się astronomią. A ogarnąć porządny teleskop za jakieś przyzwoite pieniądze to po prostu mission impossible, wierz mi.

Był już wieczór, a to zmęczenie po całym dniu czuć pod ziemią jeszcze bardziej. Przepuściłam wychodzący tłum i dopchałam się do schodów ruchomych. I wtedy, wśród tego zgiełku i szumu, usłyszałam nagle czyjś głos przejmujący, trochę łamiący się.

choćby nie wierzyłam, iż jeszcze kiedyś go zobaczę, serio mówiła jakaś młoda dziewczyna za mną. A teraz w każdy wtorek odbiera ją z przedszkola. Zawsze sam. Podjeżdża swoim samochodem, a potem jadą razem do tego parku z karuzelami…

Przystanęłam na tym ruchomym schodku zupełnie jak zahipnotyzowana. Odwróciłam się, kątem oka zobaczyłam autorkę tych słów płomiennie czerwony płaszcz, rozemocjonowaną minę, błyszczące oczy. I jej koleżankę, która słuchała niezwykle uważnie, z takim zrozumieniem.

Każdy wtorek.

Te dwa słowa spowodowały, iż aż mi się ścisnęło serce. Miałam taki dzień. Trzy lata temu. To nie był poniedziałek z jego ciężkim początkiem i nie piątek, kiedy już się czeka na weekend. To był wtorek dzień, wokół którego kręcił się cały mój ówczesny świat.

W każdy wtorek równo o piątej kończyłam lekcje w liceum na Mokotowie, gdzie wykładałam język polski, i niemal biegłam przez pół miasta. Do szkoły muzycznej imienia Moniuszki, w starym dworku przy Filtrach z podłogą tak skrzypiącą, iż już bardziej się nie dało. Tam odbierałam Janka. Siedmiolatka mojego poważnego jak na swój wiek siostrzeńca z ogromnym futerałem na skrzypce, prawie tak wielkim jak on sam. Jego ojciec, mój brat Tomek, zginął straszliwie w wypadku trzy lata wcześniej.

Przez pierwsze miesiące po pogrzebie te wtorki były takim naszym rytuałem przetrwania. Dla Janka, który całkiem się zamknął, prawie przestał mówić. Dla Kasi, jego mamy, która kompletnie się załamała i niemal nie wstawała z łóżka. I dla mnie, bo próbowałam skleić nasze życie z rozsypanych kawałków być tymczasowym fundamentem, starszą od wszystkich i przewodnikiem przez ten straszny czas.

Do dziś pamiętam wszystkie szczegóły. To, jak Janek wychodził z klasy cicho, z głową spuszczoną, nie patrząc na nikogo. Jak brałam od niego ciężki futerał i podawał mi go bez słowa. Szliśmy razem do metra, po drodze opowiadałam mu różne historie o śmiesznych wpadkach moich uczniów, o sprytnej wronie, która ukradła chłopcu drożdżówkę pod samą Halą Mirowską.

Pewnego dnia, kiedy lało jak z cebra, Janek nagle zapytał: Ciociu Aniu, czy tata też nie lubił deszczu? Miałam wtedy ochotę się popłakać, ale tylko uśmiechnęłam się i odpowiedziałam: Nienawidził. Zawsze biegł pod pierwszy lepszy daszek. Wziął mnie wtedy za rękę. Tak mocno i poważnie, zupełnie nie jak dziecko, tylko jakby próbował zatrzymać coś, co się wymyka nie mnie samą, tylko cały ten obraz. Chwytał w dłoń moje palce z całą siłą dziecięcego smutku i tej dziwnej świadomości: tak, tata był prawdziwy. Biegał pod daszki. Nienawidził pluchy. Istniał naprawdę nie tylko w pamięci czy westchnieniach babci, ale tu i teraz, pośród listopadowego deszczu na naszej ulicy.

Moje życie przez te trzy lata podzieliło się na przed i po. Wszystko, co najważniejsze, zdarzało się we wtorki. Pozostałe dni były tylko tłem, oczekiwaniem. Zawsze się szykowałam: kupowałam sok jabłkowy, który Janek uwielbiał, ściągałam na telefon zabawne kreskówki na wypadek jakby w metrze padło Wi-Fi, wymyślałam nowe tematy do rozmowy.

A potem potem Kasia stopniowo zaczęła wracać do siebie. Znalazła pracę. Później poznała kogoś, kto jej pomógł być silniejszą i odważniejszą. Postanowiła zacząć wszystko całkiem od nowa, w innym mieście, byle dalej od dawnych wspomnień. Pomagałam jej się spakować, futerał Janka wsunęłam do nowiutkiego miękkiego pokrowca, tuliłam go dłuuugo na peronie. Pisz, dzwoń, jestem zawsze na telefonie, szeptałam, choć miałam łzy w oczach.

Na początku Janek dzwonił do mnie w każdy wtorek, równo o szóstej. Te kilkanaście minut znowu zamieniały mnie w ciocię Anię, która musiała się dowiedzieć wszystkiego w rekordowym tempie: o szkole, o skrzypcach, o nowych kumplach. Jego głos był jak cieniutka nić, która trzymała nas razem przez całą Polskę.

Potem telefon był raz na dwa tygodnie. Janek urósł, miał swoje inne sekcje, mecze, zadania domowe, koledzy podsyłali mu śmieszne filmiki, więc, wiesz jak jest: Ciociu, przepraszam, we wtorek byłem zarobiony, bo mieliśmy kartkówkę. Pisał na Messengerze, a ja odpisałam: Nic się nie stało, słoneczko. Jak kartkówka?

Z czasem wtorki stały się czekaniem na wiadomość, która mogła wcale nie przyjść. Nie miałam żalu. To ja zaczynałam pisać.

Później kontakt już raczej tylko przy ważnych okazjach urodziny, święta, Sylwester. Gdy słyszałam jego głos, był już taki dorosły. Opowiadał mi coraz mniej o sobie, więcej ogólnie: Wszystko w porządku, Dajemy radę, Chodzę do szkoły. Jego nowy tata, pan Michał, okazał się fajnym, spokojnym człowiekiem, takim, który nie próbował nikogo zastąpić, po prostu był i trwał. I o to w sumie chodziło.

A teraz wyobraź sobie ostatnio urodziła im się córeczka, Zuzia. Widziałam na Facebooku zdjęcie Janek trzyma ją nieporadnie, ale w jego oczach tyle czułości, iż aż łzy cisną się do oczu. Życie, przewrotne i szczodre na zmianę, idzie swoim tempem. Leczy rany rutyną, codziennością, troskami o noworodka, szkolnymi sprawami, planowaniem przyszłości. Dla mnie, cioci Ani, powoli zostaje w ich życiu coraz bardziej skromne, ale ważne miejsce z napisem ta z dawnych czasów.

I teraz wyobraź sobie ten hałas metra, a ja słyszę każdy wtorek i robi mi się cicho na duszy. To nie był wyrzut, tylko takie cichutkie echo, jakby odezwała się ta Ania, która przez trzy lata nosiła w sobie wielką, bolesną odpowiedzialność i równie wielką miłość otwartą ranę, która jednocześnie była największym szczęściem. Ta Ania bardzo dobrze wiedziała, kim jest: opoką, latarnią, niezbędnym elementem dnia małego człowieka. Była potrzebna.

Dziewczyna w czerwonym płaszczu miała swoją historię, swoje decyzje i swoje kompromisy. Ale w tym rytmie, w tym powtarzającym się każdy wtorek, był uniwersalny kod. Znak obecności taki, który wysyła sygnał: Jestem tu. Możesz na mnie polegać. Jesteś istotny właśnie dziś, właśnie teraz. To język, który kiedyś znałam, a który dziś trochę za mgłą mi się jawi.

Pociąg ruszył dalej. Wyprostowałam się, spojrzałam na swoje odbicie w czarnym oknie tunelu.

Wyszłam na stacji Politechnika, już wiedząc, iż jutro zamówię przez internet dwa jednakowe teleskopy takie niezłe, ale przystępne cenowo. Jeden dla Leny. Drugi dla Janka, z wysyłką do ich miasta. Jak tylko przyjdzie mu paczka, napiszę: Janku, żebyśmy mogli patrzeć w to samo niebo, choćby kiedy jesteśmy daleko od siebie. Co powiesz na to, żeby w następny wtorek, punktualnie o 18:00, jeżeli niebo będzie czyste, spojrzeć razem na Wielką Niedźwiedzicę? Zróbmy to. Ustawiamy zegarki. Ściskam, ciocia Ania.

Wdrapałam się na górę po ruchomych schodach. Wieczorne powietrze było zimne i rześkie. Najbliższy wtorek przestał nagle być pusty, zyskał sens na nowo. To już nie był obowiązek po prostu ciepła umowa między dwoma ludźmi, których łączą wspomnienia, wdzięczność i ta cicha, choć niezniszczalna, rodzinna nić.

Życie toczy się dalej. Ale są w nim czasem takie dni, które można nie tylko przeżyć, ale i nadać im nowe znaczenie. Takie wtorki na wspólny, cichy cud patrzenia w jedno niebo przez setki kilometrów. Dla pamięci, która już nie boli, tylko przyjemnie grzeje serce. Dla miłości, która nauczyła się być bliska choćby z daleka, przez to stała się spokojniejsza, mądrzejsza i jeszcze silniejsza.

Idź do oryginalnego materiału