Wulgaryzmy stały się nieodłącznym elementem współczesnej komunikacji. Z marginesu społecznego przeniknęły do miejsc, w których kiedyś byłyby nie do pomyślenia – do telewizji, radia, prasy, a choćby do wypowiedzi osób publicznych.
Powoli przestajemy patrzeć na przekleństwa jak na coś nieprzyzwoitego. Warto jednak zastanowić się, skąd wzięła się ta popularność niecenzuralnych słów i jakie może nieść ze sobą konsekwencje.
Słuchając wypowiedzi ludzi sprzed kilkudziesięciu lat, łatwo zauważyć różnice – lepszą dykcję, bogatsze słownictwo, większą elegancję wypowiedzi. Rozmówca staranniej dobierał słowa i nie czuł potrzeby zastępowania pauz wtrąceniami. Ludzie byli mniej obyci z kamerą, więc mieli większy szacunek do tego, co zostanie zarejestrowane.
W dobie rewolucji cyfrowej powszednienie języka postępuje, to nie ulega wątpliwości. Zjawisko globalizacji wpłynęło na współczesny styl życia, a wraz ze zmianą mentalności zaczęliśmy używać adekwatnego do niej języka. Charakter wypowiedzi zbliżył się do liberalnego bezpośredniego stylu wypowiedzi Amerykanów.
W internecie – jak pisze o tym w artykule naukowym Justyna Staszewska w artykule naukowym „Wulgaryzacja przekazu jako wyróżnik języka w komunikacji na forach internetowych” – przekleństwa stały się oczywistym i atrakcyjnym środkiem wyrazu. Według autorki pozwalają nie tylko na wyrażenie silnych emocji czy (pozornie) anonimowe obrażenie kogoś. Wpływają na wizerunek użytkownika, dodając mu pewności siebie albo poczucia humoru i dystansu. Wulgaryzmy mogą wzmacniać lub zbudować żart. Ponadto sprawiają, iż wypowiedź wydaje się bardziej autentyczna, co ma zachęcać odbiorcę do odpowiedzi. Staszewska oceniła to zjawisko w ten sposób:
Dzieje się tak nie z tego względu, iż społeczeństwo utraciło wrażliwość na formy, których używać nie przystoi, utraciło poczucie norm lub zupełnie się ich wyzbyło.
Aby dostrzec wulgaryzację języka, wystarczy przysłuchać się młodzieżowej gwarze. Swoboda używania słów nieobyczajnych w sieci przekłada się na brak umiaru w tej kwestii w codziennej komunikacji. Powszechność wulgaryzmów osłabiła ich moc wyrażania buntu, złości i niefrasobliwości.
Książka Ignacego Schreibera z 1939 roku pt. „O gwarze uczniowskiej” przybliża sposób porozumiewania się nastolatków z międzywojnia. W tamtych czasach tworzenie przez młodsze pokolenie własnej mowy opierało się raczej na metaforach i eufemizmach. Oczywiście pojawiały się także określenia wulgarne – w ramach łamania zasad należących do świata dorosłych jednak dawny slang sprawiał wrażenie subtelniejszego. choćby groźba uderzenia w twarz w XX wieku mogła przybrać żartobliwą formę: jak ci lunę w fasę!, gdy dziś prawdopodobnie zastąpiono by ją bezpardonowym: przypierdolić ci?
Jerzy Bralczyk zmianę podejścia do języka na przełomie ostatnich wieków zdefiniował w książce „Wszystko zależy od przyimka” będącej zapisem jego rozmowy, Jana Miodka i Andrzeja Markowskiego z Jerzym Sosnowskim:
Kulturoznawcy uważają, iż działa tutaj reguła wahadła. Że są okresy, w których bardzo silnie przestrzega się pewnych rygorów [..], a potem przychodzą okresy wahnięcia w drugą stronę. I wtedy jest wszystko jedno jak, byleby wiadomo było – co. W XIX wieku, a jeszcze na początku XX wieku, to „jak” było bardzo istotne. Wiązało się to z pewnymi kodeksami zachowania, hierarchią społeczną i brakiem akceptacji dla odstępstw od norm.
Markowski z kolei uznał, iż wulgaryzmy to nie błędy językowe, lecz: błędy kulturowe, świadczą o ogólnej kulturze tego, kto ich używa, a nie o kulturze języka.
Nieużywanie słownictwa niecenzuralnego nie jest jednak jedynie wyznacznikiem dobrych manier. Istnieją przepisy prawne regulujące ten problem. Kodeks wykroczeń w art. 141 przewiduje karę nagany, grzywny, a choćby ograniczenia wolności za umieszczanie lub wypowiadanie słów nieprzyzwoitych w miejscach publicznych. Jeszcze surowsze są kary za znieważenie lub zniesławienie regulowane art. 216 kodeksu karnego (grzywna, ograniczeniem wolności lub pozbawieniem wolności do roku).
Ocena komplikuje się, gdy mamy do czynienia ze słowami obscenicznymi w sztuce. Wtedy wulgaryzmy powinny zostać uznane za element wolności twórczej i artystycznej, która jest zagwarantowana w art. 73 Konstytucji RP. W końcu mogą dodawać dziełu ekspresji lub naturalności, jednak granica ich wykorzystywania kończy się wraz z wymierzeniem przekleństwa w konkretną osobę, aby ją obrazić.
Nie chodzi zatem o słowa dozwolone i zakazane, ale kontekst, w jakim po nie sięgamy. Prawo nie eliminuje wulgaryzmów z języka, jednak znacząco nakreśla, jakie powinny mieć przeznaczenie.
Rzecz nie w samym fakcie istnienia łaciny podwórkowej. Przekleństwa są naturalną częścią języka. Prawdziwy kłopot pojawia się wtedy, gdy zaczynamy traktować mowę bezmyślnie lub posługujemy się nią w celach agresji.
W czasie zacierających się granic szczególnie ważne staje się dbanie o poprawność i bogactwo polszczyzny.
→ Julia Olszewska
14.09.2026
• foto: Freepik
Julia Olszewska (ur. 2005 r. w Opocznie) – studentka Uniwersytetu Wrocławskiego na kierunku „Kultura i praktyka tekstu, twórcze pisanie i edytorstwo”. Absolwentka VII LO im. Juliusza Słowackiego w Warszawie. Uczestniczka Młodzieżowego Kursu Reportażu organizowanego przez Polską Szkołę Reportażu. Publikuje na portalu „Skrzyżowanie”. Interesuje się poezją, reportażem, językoznawstwem oraz szeroko pojętą komedią.











