Wygodne babcie Elżbieta Nowak obudziła się od śmiechu. Nie od cichego chichotu, nie od powściągliwego parskania, ale od głośnego, nieprzyzwoitego dla szpitalnej sali rechotu, którego nie znosiła przez całe swoje świadome życie. Śmiała się sąsiadka z łóżka obok, przyciskając telefon do ucha i wymachując wolną ręką, jakby rozmówca mógł ją zobaczyć. — Lenka, przestań! Naprawdę to powiedział? Przy wszystkich? Elżbieta spojrzała na zegarek. Za piętnaście siódma. Do pobudki jeszcze kwadrans. Kwadrans, który można by spędzić w ciszy, zbierając myśli przed operacją. Wczoraj wieczorem, gdy dopiero ją przywieziono na salę, sąsiadka leżała już na swoim łóżku i coś gwałtownie stukała w telefon. Przywitały się krótko. „Dobry wieczór” – „Dobry wieczór”, i rozeszły się we własne myśli. Elżbieta była wdzięczna za milczenie. A teraz – cyrk. — Przepraszam — powiedziała cicho, ale wyraźnie. — Można ciszej? Sąsiadka odwróciła się. Okrągła twarz, krótka siwizna, której najwyraźniej nie probowała przykryć farbą, wyrazista piżama w czerwone grochy. I to w szpitalu! — Oj, Lenka! Oddzwonię później, bo tu mnie wychowują – schowała telefon i uśmiechnęła się do Elżbiety. – Przepraszam! Jestem Katarzyna S., nie mogę spać przed operacją, dzwonię do wszystkich. — Elżbieta Nowak. Pani nie śpi, ale inni chcieliby jeszcze odpocząć. — Ale pani już przecież nie śpi – puściła oczko Katarzyna. — Dobrze, będę szeptać. Obiecuję. Nie szeptała. Przed śniadaniem zdążyła jeszcze dwa razy zadzwonić, za każdym razem głośniej. Elżbieta demonstracyjnie obróciła się do ściany i naciągnęła kołdrę na głowę, ale nic to nie dało. — Córka dzwoniła – tłumaczyła Katarzyna przy niejedzonym śniadaniu – Martwi się, przecież operacja. Uspokajam ją, jak mogę. Elżbieta milczała. Syn nie zadzwonił. Ale nie liczyła na to, mówił, iż ma wcześnie ważne zebranie. Tego ją nauczyła: praca to poważna sprawa, odpowiedzialność. Katarzynę zabrali pierwszą. Szeroko żegnała się z pielęgniarkami, śmiejąc się i żartując. Elżbieta pomyślała, iż może po operacji przeniosą ją do innej sali. Po godzinie przyszła kolej na Elżbietę. Narkozę znosiła zawsze źle. Obudziła się z mdłościami i tępym bólem w prawym boku. Pielęgniarka wyjaśniła, iż wszystko dobrze, trzeba tylko przetrwać. Elżbieta potrafiła przetrwać. Kiedy wieczorem wróciła na salę, Katarzyna już leżała, szara na twarzy, oczy zamknięte, kroplówka w ręce. Cicho. Po raz pierwszy cicho. — Jak się pani czuje? — zapytała Elżbieta, choć nie zamierzała zaczynać rozmowy. Katarzyna otworzyła oczy i słabo się uśmiechnęła. — Żyję jeszcze. A pani? — Też. Zamilkły. Za oknem gęstniał zmierzch. Kroplówki cicho dzwoniły. — Przepraszam za rano — odezwała się nagle Katarzyna. — Kiedy się denerwuję, muszę gadać. Wiem, iż wkurza, ale nic nie poradzę. Elżbieta chciała powiedzieć coś cierpkiego, ale była zbyt zmęczona. Wydusiła tylko: — Nic się nie stało. W nocy żadna z nich nie spała. Bolało. Katarzyna już nie dzwoniła, tylko leżała cicho, ale Elżbieta słyszała westchnienia i szuranie. Raz wydawało się jej, iż płacze. Cicho, w poduszkę. Rano przyszła lekarka. Obejrzała szwy, zmierzyła temperaturę: „Dzielne panie, wszystko dobrze”. Katarzyna natychmiast chwyciła telefon. — Lenka, cześć! No już, po wszystkim, jak tam u was? Kiryś miał gorączkę? Już przeszło? No widzisz, mówiłam, nic strasznego. Elżbieta niechcący podsłuchiwała. „U mnie” – czyli u wnuków. Córka tłumaczy się. Jej własny telefon milczał. Dwie SMS-y od syna – „Mamo, jak tam?”, „Napisz, gdy dasz radę”. Przysłane wczoraj, jeszcze przed wybudzeniem. Odpisała: „W porządku” – i dodała emotikon. Syn lubił emotki, mówił, iż bez nich wiadomości są zimne. Odpowiedź przyszła po trzech godzinach: „Super! Całuję”. — Nikt do pani nie przyjeżdża, co? — zagadnęła Katarzyna po południu. — Syn pracuje, mieszka daleko. Poza tym, dam radę sama. — Prawda. – przytaknęła Katarzyna. – U mnie córka też mówi: mamo, poradzisz sobie. Po co przyjeżdżać, skoro dobrze? W jej głosie brzmiało coś, co kazało Elżbiecie się jej przyjrzeć. Katarzyna się uśmiechała, ale jej oczy wcale nie były wesołe. — Ilu pani ma wnuków? — Troje. Kiryś – najstarszy, osiem lat. Potem Masia i Lewek – rok po roku. – Katarzyna sięgnęła do szafki. – Pokażę zdjęcia? Przez dwadzieścia minut oglądały fotografie. Dzieci na działce, nad morzem, z tortem. Na wszystkich z nimi ona. Przytula, całuje, stroi miny. Córki nie było na żadnym. — Ona robi zdjęcia – wyjaśniła Katarzyna. – Nie lubi być w kadrze. — A wnuki często są u pani? — adekwatnie to ja mieszkam u nich. Córka pracuje, zięć też, więc… pomagam. Odbieram z przedszkola, odrabiam lekcje, gotuję. Elżbieta pokiwała głową. Było podobnie. Przez pierwsze lata wnukiem zajmowała się codziennie. Potem rzadziej. Teraz widują się raz w miesiącu, w niedzielę, jeżeli plany się zgrają. — A pani? — Jeden wnuk. Dziewięć lat. Uczy się dobrze, chodzi na zajęcia. — Często się widujecie? — Czasem w niedzielę. Są bardzo zajęci. Rozumiem. — No tak… — Katarzyna spojrzała w okno. — Zajęci… Zamilkły. Za oknem padał deszcz. Wieczorem Katarzyna powiedziała: — Nie chcę do domu. Elżbieta spojrzała zaskoczona. Katarzyna siedziała na łóżku obejmując kolana, wpatrzona w podłogę. — Naprawdę nie chcę. Cały czas myślałam i… nie. — Dlaczego? — Bo po co? Przyjadę, a tam: Kiryś nie zrobił lekcji, Masia znowu sie rozchorowała, Lewek spodnie podarł. Córka do pracy do nocy, zięć w delegacjach. Ja – sprzątam, gotuję, pilnuję dzieci. A oni choćby nie… — urwała. — choćby dziękuję nie powiedzą. Bo babcia, bo tak trzeba. Elżbieta milczała. Łzy cisnęły się do gardła. — Przepraszam, rozhisteryzowałam się. — Nie przepraszaj — wyszeptała Elżbieta. — Pięć lat temu przeszłam na emeryturę. Myślałam: nareszcie czas dla siebie. Chciałam do teatru, na wystawy. choćby zapisałam się na francuski. Chodziłam dwa tygodnie. — I? — Synowa poszła na macierzyński. Poprosiła o pomoc. Przecież jestem babcią, nie pracuję, co mi szkodzi. Nie miałam serca odmówić. — I jak? — Trzy lata codziennie. Potem wnuk poszedł do przedszkola, już co drugi dzień. Potem do szkoły – raz w tygodniu. Teraz… — urwała. — Teraz już nie jestem specjalnie potrzebna. Mają nianię. A ja siedzę w domu i czekam aż zadzwonią. jeżeli nie zapomną. Katarzyna skinęła głową. — Córka miała przyjechać do mnie w listopadzie. Posprzątałam, upiekłam ciasta. Zadzwoniła: mamo, sorry, Kiryś ma sekcję, nie damy rady. — I choćby nie przyjechali? — Nie. Ciasta dałam sąsiadce. Siedziały w milczeniu. Deszcz bębnił o szyby. — Wie pani, co boli najbardziej? — powiedziała Katarzyna. — Nie to, iż nie przyjeżdżają. Tylko iż i tak czekam. Trzymam telefon w ręku i myślę: może teraz zadzwonią, powiedzą, iż się stęsknili. Tak po prostu, nie z potrzeby. Elżbieta poczuła, jak szczypie ją w nosie. — Ja też czekam. Za każdym razem, gdy dzwoni telefon, myślę: może syn po prostu chce pogadać. Ale nie. Zawsze sprawa. — A my pomagamy — Katarzyna się uśmiechnęła gorzko — bo przecież jesteśmy matkami. — Tak. Następnego dnia zmiana opatrunków. Bolało obie. Po zabiegu leżały bez słowa, aż Katarzyna westchnęła: — Zawsze myślałam, iż mam szczęśliwą rodzinę. Córka kochana, zięć w porządku, wnuki radość. Myślałam, iż jestem potrzebna. Że beze mnie ani rusz. — I? — Dopiero tu zobaczyłam, iż świetnie dają sobie radę beze mnie. Córka w cztery dni ani razu nie narzekała, wręcz przeciwnie, była wesoła. Więc mogą. Babcia – darmowa niania, po prostu wygodna. Elżbieta uniosła się na łokciu. — A ja zrozumiałam coś jeszcze. Sama nauczyłam syna, iż mama zawsze pomoże, zawsze czeka. Moje plany się nie liczą, jego – są święte. — Ja robiłam tak samo. Gdy córka dzwoni, rzucam wszystko i biegnę. — Przyzwyczaiłyśmy ich, iż nie jesteśmy ludźmi – rzekła powoli Elżbieta – tylko dodatkiem do ich życia. Katarzyna pokiwała głową, milcząc. — To co teraz? — Nie wiem. Piątego dnia Elżbieta wstała z łóżka bez pomocy pielęgniarki. Szóstego przeszła korytarz w obu kierunkach. Katarzyna dzień później, ale uparcie. Chodziły razem, powoli, trzymając się poręczy. — Po śmierci męża zupełnie się zgubiłam — opowiadała Katarzyna. — Myślałam, po wszystkim. A córka mówi: mamo, masz teraz nowy sens — wnuki. Żyj dla nich. I tak żyłam. Ale to chyba sens tylko w jedną stronę. Ja dla nich, oni dla mnie tylko wtedy, gdy wygodnie. Elżbieta opowiedziała o rozwodzie. Trzydzieści lat temu, sama wychowała syna, wieczorami się uczyła, pracowała na dwóch etatach. — Myślałam, iż jak będę idealną matką, on będzie idealnym synem. Że jak wszystko oddam, będzie wdzięczny. — A on dorósł i żyje swoim życiem — dokończyła Katarzyna. — Tak. I to chyba normalne. Ale nie sądziłam, iż będzie mi tak samotnie. — Też nie. Siódmego dnia przyszedł syn. Bez uprzedzenia. Elżbieta czytała, gdy pojawił się w drzwiach. Wysoki, w eleganckim płaszczu, z torbą owoców. — Cześć, mamo! — ucałował ją w czoło. — Już lepiej? — Lepiej. — Super! Lekarz mówił, jeszcze trzy dni i do domu. Może przyjedziesz do nas? Ola mówi, iż gościnny pokój stoi pusty. — Dziękuję, wolę u siebie. — Jak chcesz. Ale dzwoń, odbierzemy, jeżeli coś. Był może dwadzieścia minut. Opowiadał o pracy, wnuku, samochodzie. Zapytał, czy nie potrzeba pieniędzy. Obiecał, iż wpadnie za tydzień. Wyszedł szybko, z ulgą. Katarzyna leżała z zamkniętymi oczami. Gdy drzwi się zamknęły, otworzyła je. — Pani syn? — Tak. — Przystojny. — Tak. — Zimny jak lód. Elżbieta nie odpowiedziała. Nie była w stanie, coś ściskało ją w gardle. — Wie pani co, myślę… Może trzeba przestać oczekiwać od nich miłości. Odpuścić? Zrozumieć, iż mają swoje życie. Nam czas znaleźć swoje. — Łatwo powiedzieć. — Trudno zrobić. Ale jakie mamy wyjście? Czekać, aż sobie przypomną? — Co pani powiedziała córce? — Elżbieta zaskoczyła choćby siebie samej, przechodząc na „ty”. — Że po wypisie dwa tygodnie odpoczywam. Lekarz zabronił się forsować. Z wnukami nie dam rady. — Obraziła się? — Oj, jeszcze jak. — Katarzyna się uśmiechnęła — Ale wiesz? Poczułam ulgę. Jakbym coś ciężkiego zrzuciła. Elżbieta zamknęła oczy. — Boję się. Jak odmówię, jak powiem „nie”, przestaną dzwonić. Zupełnie. — A dzwonią często? Cisza. — No właśnie. Gorzej nie będzie. Może tylko lepiej. Ósmego dnia je wypisali. Pakowały się w milczeniu, jakby żegnały się na zawsze. — Wymienimy się numerami? – zaproponowała Katarzyna. Elżbieta kiwnęła głową. Wpisały numery w telefony. Chwilę stały, patrząc na siebie. — Dziękuję — powiedziała Elżbieta. — Że byłaś obok. — Ja też dziękuję. Wiesz… od trzydziestu lat z nikim tak nie gadałam. Od serca. — Ja też. Przytuliły się. Ostrożnie, niepewnie. Pielęgniarka przyniosła dokumenty, zamówiła taksówkę. Elżbieta odjechała pierwsza. W domu było cicho, pusto. Rozpakowała torbę, wzięła prysznic, położyła się na kanapie. Spojrzała na telefon — trzy SMS-y od syna: „Jesteś już w domu?”, „Zadzwoń, gdy będziesz”, „Nie zapomnij o lekach”. Odpisała: „Jestem, wszystko ok”. Odłożyła telefon. Wstała, podeszła do szafy. Wyjęła teczkę, której nie otwierała od pięciu lat. Leżał tam folder kursu francuskiego i wydrukowany repertuar filharmonii. Patrzyła na folder i myślała. Zadzwonił telefon. Katarzyna. — Cześć. Przepraszam, iż tak szybko, ale… chciałam usłyszeć twój głos. — Ja też się cieszę. — Słuchaj, może… jak dojdziemy do siebie, pójdziemy gdzieś razem? Na kawę. Albo spacer. Chciałabyś? Elżbieta spojrzała na folder w dłoni. Potem na telefon. Potem znowu na folder. — Chciałabym. I wiesz, co? Może nie za dwa tygodnie, tylko w sobotę? Mam już dość leżenia w domu. — W sobotę? Lekarze mówili… — Mówili. Ale trzydzieści lat wszystkich oszczędzałam. Czas pomyśleć o sobie. — No to ustalone. W sobotę. Pożegnały się. Elżbieta odłożyła telefon i znów wzięła folder. Kurs francuskiego zaczynał się za miesiąc. Rekrutacja przez cały czas trwała. Otworzyła laptop i zaczęła wypełniać zgłoszenie. Palce się trzęsły, ale dokończyła. Za oknem padał deszcz, ale zza chmur przebijało się jesienne słońce. I Elżbieta nagle pomyślała, iż życie być może dopiero się zaczyna. I wysłała zgłoszenie.

newsempire24.com 12 godzin temu

Wygodne babcie

Krystyna Kowalska obudziła się od śmiechu. To nie był cichy chichot, ani dyskretny uśmiech ten śmiech był gromki, rubaszny, zupełnie nieprzystający do szpitalnej sali, a Krystyna całe życie nie znosiła takiego tarzania się ze śmiechu. Śmiała się jej współlokatorka, trzymając przy uchu komórkę i wymachując drugą ręką tak, jakby rozmówczyni mogła ją widzieć.

No weź, Lenka! Naprawdę tak powiedział? Przy wszystkich?

Krystyna spojrzała na zegarek. Za piętnaście siódma rano. Do pobudki jeszcze kwadrans, kwadrans, który chciała spędzić w ciszy, zbierając myśli przed operacją.

Wieczorem, kiedy ją przywieziono na salę, współlokatorka już leżała w łóżku i coś energicznie stukała w telefonie. Przywitały się krótko: Dobry wieczór Dobry wieczór i każda wróciła do swoich spraw. Krystyna doceniła ciszę. A teraz istny cyrk.

Przepraszam odezwała się cicho, ale stanowczo. Można trochę ciszej?

Współlokatorka się odwróciła. Okrągła twarz, krótko ścięte siwe włosy, których nie próbowała choćby farbować, i krzykliwa piżama w czerwone kropki. W szpitalu!

Oj Lenka, pogadamy później, bo mnie tu już wychowują! schowała telefon i zwróciła się z uśmiechem. Przepraszam! Jestem Grażyna Zielińska. Wyspała się pani? Ja przed operacjami nie sypiam, więc wydzwaniam wszystkich po kolei.

Krystyna Kowalska. To, iż pani nie śpi, nie znaczy, iż inni też nie chcą odpocząć.

Ale już pani przecież nie śpi mrugnęła Grażyna. Dobra, już będę szeptać. Obiecuję.

Oczywiście, nie szeptała. Do śniadania zadzwoniła jeszcze dwa razy, a jej głos stawał się tylko donośniejszy. Krystyna ostentacyjnie odwróciła się do ściany i nakryła kołdrą po same uszy, ale to nic nie dało.

Dzwoniła do mnie córka przeszła Grażyna do tłumaczeń przy śniadaniu, którego i tak nie jadły. Operacja, denerwuje się, bidulka. Uspokajam, jak umiem.

Krystyna milczała. Syn do niej nie zadzwonił. Zresztą nie oczekiwała, mówił, iż rano ma istotną naradę. Sama tak go wychowała praca to poważna sprawa, obowiązek.

Grażynę zabrali pierwszą. Szeroko machała na pożegnanie i coś wołała do pielęgniarki, która śmiała się do rozpuku. Krystyna pomyślała, iż może po operacji ją przeniosą do innej sali.

Po godzinie zabrali i ją. Narkozę zawsze źle znosiła. Obudziła się z mdłościami i tępym bólem po prawej stronie. Pielęgniarka uprzedziła, iż wszystko w porządku, trzeba tylko chwilę wytrzymać. Krystyna wytrzymywała. Wytrzymywać przecież umiała.

Wieczorem, gdy wróciła na salę, Grażyna już leżała na swoim łóżku. Twarz szarawa, oczy zamknięte, kroplówka w ręce. Cicho. Po raz pierwszy cicho.

Jak się pani czuje? spytała Krystyna, choć nie zamierzała zaczynać rozmowy.

Grażyna otworzyła oczy, słabo się uśmiechnęła.

Żyję. Pani?

Też.

Zamilkły. Za oknem gęstniał zmierzch. Kroplówki dzwoniły cichuteńko.

Przepraszam za rano powiedziała nagle Grażyna. Jak się denerwuję, to gadam bez przerwy. Wiem, iż to wkurza, ale nie potrafię inaczej.

Krystyna chciała odpowiedzieć coś uszczypliwego, ale była zbyt zmęczona i tylko wydusiła:

Nic nie szkodzi.

W nocy obie nie spały. Bolało je. Grażyna już nie dzwoniła do nikogo, tylko przewracała się z boku na bok, czasami cicho wzdychała. Raz chyba choćby płakała cichutko, w poduszkę.

Rano przyszła lekarka, obejrzała szwy, zmierzyła temperaturę i powiedziała do obu: Brawo, wszystko dobrze. Grażyna od razu chwyciła za telefon.

Lenka, cześć! No, żyję, zdrowa, nie martw się. A co z dziećmi? Kubuś naprawdę miał gorączkę? Już mu przeszło? No widzisz mówiłam, iż to nic groźnego!

Krystyna mimowolnie się przysłuchiwała. Dzieci czyli wnuki. Córka zadaje raport.

Jej własny telefon milczał. Spojrzała: dwie wiadomości od syna, wysłane poprzedniego wieczoru. Mamo, jak się czujesz? i Napisz, jak będziesz mogła. Kiedy była jeszcze nieprzytomna po narkozie.

Odpisała: Wszystko w porządku Dodała emotikona, bo syn zawsze twierdził, iż bez emotikona wiadomości brzmią sztywno.

Odpowiedź dostała po trzech godzinach: Super! Buziaki.

Nikt pani nie odwiedza? zapytała Grażyna po południu.

Syn pracuje. Daleko mieszka. I nie trzeba, nie jestem przecież dzieckiem.

No właśnie przytaknęła Grażyna. U mnie to samo: córka mówi, mamo, jesteś dorosła, dasz sobie radę. I po co przyjeżdżać, skoro wszystko dobrze, prawda?

W jej głosie było coś, co sprawiło, iż Krystyna spojrzała na nią uważniej. Grażyna się uśmiechała, ale oczy miała smutne.

Ile ma pani wnuków?

Troje. Kubuś najstarszy, ośmiolatek, potem Marysia i Lewek cztery i trzy latka. Grażyna wyjęła telefon ze stolika. Chce pani zobaczyć zdjęcia?

Oglądały zdjęcia przez dwadzieścia minut: dzieci na działce, nad morzem, z tortem. Na wszystkich była Grażyna, przytulała wnuki, całowała, robiła śmieszne miny. Córki nie było na żadnym zdjęciu.

Córka woli być z drugiej strony wyjaśniła Grażyna. Nie lubi zdjęć.

Wnuki często u pani bywają?

adekwatnie to ja u nich mieszkam. Córka pracuje, zięć też, więc ja no, pomagam. Odbiorę z przedszkola, lekcje sprawdzę, obiad ugotuję

Krystyna skinęła głową. U niej na początku było podobnie. Przez pierwsze lata wnuka pomagała codziennie. Potem rzadziej raz w miesiącu, w niedzielę, jeżeli akurat plan się zgadzał.

A pani?

Jeden wnuk. Ma dziewięć lat. Uczy się dobrze, chodzi na piłkę.

Często się widujecie?

W niedziele, czasem. Są bardzo zajęci. Rozumiem to.

No tak Grażyna odwróciła się do okna. Zajęci.

Zamilkły. Za oknem padał drobny deszcz.

Wieczorem Grażyna powiedziała cicho:

Nie chcę wracać do domu.

Krystyna podniosła wzrok. Grażyna siedziała na łóżku, obejmowała kolana ramionami i wpatrywała się w podłogę.

Naprawdę nie chcę. Przemyślałam i nie chcę.

Dlaczego?

Po co? Przyjadę, a tam znowu: zadania nie zrobione, Marysia z katarem, Lewek spodnie podarte, córka w pracy do nocy, zięć wiecznie wyjeżdża. Ja sprzątaj, gotuj, odbieraj, pomagaj. A oni choćby urwała. choćby dziękuję nie powiedzą. Bo przecież babcia musi.

Krystyna milczała. Czuła ścisk w gardle.

Przepraszam Grażyna wytarła oczy. Rozkleiłam się.

Nie przepraszaj powiedziała cicho Krystyna. Pięć lat temu odeszłam na emeryturę. Myślałam: w końcu zajmę się sobą, do teatru pojadę, na wystawę, choćby na kursy francuskiego się zapisałam. Chodziłam dwa tygodnie.

I co się stało?

Synowa poszła na macierzyński. Prosiła o pomoc. Przecież jestem babcią, nie pracuję, mi nie szkodzi. No i nie odmówiłam.

I jak było?

Przez trzy lata codziennie. Potem wnuk poszedł do przedszkola raz na dwa dni, potem do szkoły raz w tygodniu. Teraz zamilkła. Teraz już adekwatnie nie jestem potrzebna. Mają nianię. Ja siedzę w domu i czekam, aż zadzwonią. Jak nie zapomną.

Grażyna skinęła głową.

Córka miała przyjechać w listopadzie. Do mnie. Długo się szykowałam, dom wysprzątałam, upiekłam szarlotkę. Zadzwoniła: mamo, przepraszam, Kubuś ma trening, nie damy rady.

I nie przyjechała?

Nie. Szarlotkę oddałam sąsiadce.

Siedziały, milcząc. Za oknem szumiał deszcz.

Wie pani, co jest najgorsze? westchnęła Grażyna. Nie iż nie przyjeżdżają. Że i tak czekam. Siedzę z telefonem w ręku, myślę: może właśnie zadzwonią, tak po prostu, bo tęsknią, nie bo coś trzeba.

Krystynie zaszkliły się oczy.

Ja też czekam. Za każdym razem, gdy dzwoni, mam nadzieję, iż chce po prostu pogadać. Zawsze chodzi tylko o sprawy.

A my ratujemy, uśmiechnęła się ironicznie Grażyna. Bo przecież jesteśmy matkami.

Tak.

Następnego dnia zaczęły się opatrunki. Ból był nie do zniesienia, po zabiegach leżały, milcząc. W końcu Grażyna powiedziała:

Całe życie uważałam, iż mam szczęśliwą rodzinę: ukochaną córkę, porządnego zięcia, wspaniałe wnuki. Byłam potrzebna. Bez mnie sobie nie poradzą.

I?

I dopiero tutaj zrozumiałam, iż radzą sobie doskonale. Córka ani razu nie narzekała, iż ciężko. Przeciwnie energiczna, choćby zadowolona. Da się. Tylko wygodniej, jak babcia jest za darmo nianią.

Krystyna oparła się na łokciu.

Wie pani co zrozumiałam? Sama siebie nauczyłam, iż mama zawsze pomoże, zawsze wybaczy, jej plany się nie liczą jego są najważniejsze.

Też tak robiłam. Dzwoniła córka, a ja zostawiałam wszystko i biegłam.

Nauczyłyśmy ich, iż nie jesteśmy osobnymi ludźmi powiedziała powoli Krystyna. Że nie mamy własnego życia.

Grażyna przytaknęła. Zamilkły.

I co teraz?

Nie wiem.

Piątego dnia Krystyna podniosła się z łóżka bez pomocy pielęgniarki. Szóstego przeszła korytarz tam i z powrotem. Grażyna dzień za nią, ale szła uparcie. Chodziły razem, wolno, podpierając się ściany.

Po śmierci męża zupełnie się pogubiłam opowiadała Grażyna. Córka powiedziała: mamo, teraz twoim sensem są wnuki. Żyj dla nich. Żyłam. Tylko iż ten sens był taki jednostronny. Ja dla nich, oni dla mnie jak im wygodnie.

Krystyna opowiedziała o swoim rozwodzie. Trzydzieści lat temu, gdy syn miał pięć lat. Jak go sama wychowywała, chodziła na studia wieczorowe i do dwóch prac.

Myślałam, iż jak będę idealną matką, to syn będzie idealnym dzieckiem. Że jeżeli wszystko oddam, będzie wdzięczny.

A wyrósł i żyje swoim życiem dokończyła Grażyna.

Tak. I to chyba normalne. Tylko nie spodziewałam się, iż będę tak samotna.

Ja też nie.

Siódmego dnia przyszedł jej syn. Bez zapowiedzi, nagle. Krystyna siedziała na łóżku, czytała książkę, gdy pojawił się w drzwiach. Wysoki, elegancki płaszcz, siatka z owocami.

Mamo, cześć! uśmiechnął się, pocałował w czoło. Jak się czujesz? Lepiej?

Dużo lepiej.

Super. Lekarka mówiła, iż za trzy dni cię wypiszą. Może pojedziesz do nas? Marta mówi, iż mamy wolny pokój gościnny.

Dziękuję, ale wolę do siebie.

Jak tam chcesz. Ale dzwoń, jakby co, zabierzemy cię.

Posiedział dwadzieścia minut. Opowiadał o pracy, wnuku, nowym samochodzie. Spytał, czy trzeba pieniędzy. Obiecał, iż za tydzień zajrzy. Poszedł szybko, z ulgą.

Grażyna leżała z zamkniętymi oczami. Gdy drzwi się zamknęły, otworzyła je.

To pani syn?

Tak.

Przystojny.

Tak.

I taki chłodny, jak lód.

Krystyna nie odpowiedziała. Gardło miała tak ściśnięte, iż nie mogła oddychać.

Wie pani odezwała się cicho Grażyna pomyślałam sobie tutaj Może czas przestać oczekiwać od nich uczuć. Po prostu puścić? Oni dorosli, mają swoje życie. Nam też trzeba znaleźć coś swojego.

Łatwo powiedzieć.

Trudniej zrobić. Ale i tak nie mamy wyboru, prawda? Inaczej zostaniemy tu na zawsze siedząc i czekając, aż sobie o nas przypomną.

Co pani powiedziała córce? zapytała nagle Krystyna, przechodząc niespodziewanie na ty.

Że po wyjściu ze szpitala przez dwa tygodnie muszę odpoczywać. Lekarka zabroniła podnoszenia, opieki nad wnukami nie dam rady.

Obraziła się?

Oj, i to jak. Grażyna lekko się uśmiechnęła. Ale wiesz co? Poczułam ulgę. Jakbym zrzuciła z siebie ogromny ciężar.

Krystyna zamknęła oczy.

Boję się. jeżeli powiem nie, to się obrażą, może przestaną dzwonić.

A dzwonią ostatnio często?

Milczenie.

No właśnie. Gorzej już nie będzie. Może być tylko lepiej.

Ósmego dnia je wypisali. Pakowały się w milczeniu, jakby się już nigdy miały nie zobaczyć.

Wymienimy się numerami? zaproponowała Grażyna.

Krystyna skinęła głową. Wpisały się do telefonów, chwilę patrzyły na siebie.

Dziękuję powiedziała Krystyna iż pani ze mną była.

I ja tobie dziękuję. Wiesz przez trzydzieści lat z nikim tak szczerze nie rozmawiałam.

Ja też nie.

Przytuliły się ostrożnie, by nie urazić szwów. Pielęgniarka przyszła z wypisem, zamówiła taksówkę. Krystyna pojechała pierwsza.

W domu było cicho i pusto. Rozpakowała torbę, wzięła prysznic, położyła się na kanapie. Sięgnęła po telefon. Trzy smsy od syna: Mamo, już po? Zadzwoń jak wrócisz, Nie zapomnij o tabletkach.

Odpisała: Wróciłam. Wszystko dobrze. Odłożyła telefon.

Wstała, podeszła do szafy. Wyjęła teczkę, której nie otwierała od pięciu lat. Tam była broszura kursów francuskiego i plan koncertów. Spojrzała na broszurę, zamyśliła się.

Zadzwonił telefon. Grażyna.

Cześć. Przepraszam, iż tak od razu, ale po prostu chciałam zadzwonić.

Bardzo się cieszę.

Może spotkamy się? Jak wydobrzejemy. Za dwa tygodnie, na kawę. Albo na spacer. jeżeli chcesz, oczywiście.

Krystyna spojrzała na broszurę w rękach, potem na telefon, znów na broszurę.

Chcę. Bardzo chcę. Wiesz co? Nie za dwa tygodnie. Umówmy się w sobotę. Mam już dość siedzenia w domu.

W sobotę? Naprawdę? Lekarze przecież

Całe życie oszczędzałam wszystkich dookoła. Czas pomyśleć o sobie.

Umowa stoi! W sobotę!

Pożegnały się. Krystyna odłożyła telefon, znów wzięła do ręki broszurę. Kurs francuskiego zaczynał się za miesiąc, nabór jeszcze otwarty.

Włączyła laptopa, zaczęła wypełniać formularz zgłoszeniowy. Palce jej się trzęsły, ale pisała do samego końca.

Za oknem padał deszcz, ale między chmurami przebijało się słońce słabe, jesienne, ale jednak słońce.

I Krystyna nagle pomyślała, iż życie może dopiero się zaczyna. Wysłała zgłoszenie.

A dla mnie prawdziwa lekcja z tego wszystkiego? Może nadszedł czas, by przestać być wygodną babcią i zacząć być po prostu sobą.

Idź do oryginalnego materiału