Wygodne babcie
Krystyna Kowalska obudziła się od śmiechu. To nie był cichy chichot, ani dyskretny uśmiech ten śmiech był gromki, rubaszny, zupełnie nieprzystający do szpitalnej sali, a Krystyna całe życie nie znosiła takiego tarzania się ze śmiechu. Śmiała się jej współlokatorka, trzymając przy uchu komórkę i wymachując drugą ręką tak, jakby rozmówczyni mogła ją widzieć.
No weź, Lenka! Naprawdę tak powiedział? Przy wszystkich?
Krystyna spojrzała na zegarek. Za piętnaście siódma rano. Do pobudki jeszcze kwadrans, kwadrans, który chciała spędzić w ciszy, zbierając myśli przed operacją.
Wieczorem, kiedy ją przywieziono na salę, współlokatorka już leżała w łóżku i coś energicznie stukała w telefonie. Przywitały się krótko: Dobry wieczór Dobry wieczór i każda wróciła do swoich spraw. Krystyna doceniła ciszę. A teraz istny cyrk.
Przepraszam odezwała się cicho, ale stanowczo. Można trochę ciszej?
Współlokatorka się odwróciła. Okrągła twarz, krótko ścięte siwe włosy, których nie próbowała choćby farbować, i krzykliwa piżama w czerwone kropki. W szpitalu!
Oj Lenka, pogadamy później, bo mnie tu już wychowują! schowała telefon i zwróciła się z uśmiechem. Przepraszam! Jestem Grażyna Zielińska. Wyspała się pani? Ja przed operacjami nie sypiam, więc wydzwaniam wszystkich po kolei.
Krystyna Kowalska. To, iż pani nie śpi, nie znaczy, iż inni też nie chcą odpocząć.
Ale już pani przecież nie śpi mrugnęła Grażyna. Dobra, już będę szeptać. Obiecuję.
Oczywiście, nie szeptała. Do śniadania zadzwoniła jeszcze dwa razy, a jej głos stawał się tylko donośniejszy. Krystyna ostentacyjnie odwróciła się do ściany i nakryła kołdrą po same uszy, ale to nic nie dało.
Dzwoniła do mnie córka przeszła Grażyna do tłumaczeń przy śniadaniu, którego i tak nie jadły. Operacja, denerwuje się, bidulka. Uspokajam, jak umiem.
Krystyna milczała. Syn do niej nie zadzwonił. Zresztą nie oczekiwała, mówił, iż rano ma istotną naradę. Sama tak go wychowała praca to poważna sprawa, obowiązek.
Grażynę zabrali pierwszą. Szeroko machała na pożegnanie i coś wołała do pielęgniarki, która śmiała się do rozpuku. Krystyna pomyślała, iż może po operacji ją przeniosą do innej sali.
Po godzinie zabrali i ją. Narkozę zawsze źle znosiła. Obudziła się z mdłościami i tępym bólem po prawej stronie. Pielęgniarka uprzedziła, iż wszystko w porządku, trzeba tylko chwilę wytrzymać. Krystyna wytrzymywała. Wytrzymywać przecież umiała.
Wieczorem, gdy wróciła na salę, Grażyna już leżała na swoim łóżku. Twarz szarawa, oczy zamknięte, kroplówka w ręce. Cicho. Po raz pierwszy cicho.
Jak się pani czuje? spytała Krystyna, choć nie zamierzała zaczynać rozmowy.
Grażyna otworzyła oczy, słabo się uśmiechnęła.
Żyję. Pani?
Też.
Zamilkły. Za oknem gęstniał zmierzch. Kroplówki dzwoniły cichuteńko.
Przepraszam za rano powiedziała nagle Grażyna. Jak się denerwuję, to gadam bez przerwy. Wiem, iż to wkurza, ale nie potrafię inaczej.
Krystyna chciała odpowiedzieć coś uszczypliwego, ale była zbyt zmęczona i tylko wydusiła:
Nic nie szkodzi.
W nocy obie nie spały. Bolało je. Grażyna już nie dzwoniła do nikogo, tylko przewracała się z boku na bok, czasami cicho wzdychała. Raz chyba choćby płakała cichutko, w poduszkę.
Rano przyszła lekarka, obejrzała szwy, zmierzyła temperaturę i powiedziała do obu: Brawo, wszystko dobrze. Grażyna od razu chwyciła za telefon.
Lenka, cześć! No, żyję, zdrowa, nie martw się. A co z dziećmi? Kubuś naprawdę miał gorączkę? Już mu przeszło? No widzisz mówiłam, iż to nic groźnego!
Krystyna mimowolnie się przysłuchiwała. Dzieci czyli wnuki. Córka zadaje raport.
Jej własny telefon milczał. Spojrzała: dwie wiadomości od syna, wysłane poprzedniego wieczoru. Mamo, jak się czujesz? i Napisz, jak będziesz mogła. Kiedy była jeszcze nieprzytomna po narkozie.
Odpisała: Wszystko w porządku
Dodała emotikona, bo syn zawsze twierdził, iż bez emotikona wiadomości brzmią sztywno.
Odpowiedź dostała po trzech godzinach: Super! Buziaki.
Nikt pani nie odwiedza? zapytała Grażyna po południu.
Syn pracuje. Daleko mieszka. I nie trzeba, nie jestem przecież dzieckiem.
No właśnie przytaknęła Grażyna. U mnie to samo: córka mówi, mamo, jesteś dorosła, dasz sobie radę. I po co przyjeżdżać, skoro wszystko dobrze, prawda?
W jej głosie było coś, co sprawiło, iż Krystyna spojrzała na nią uważniej. Grażyna się uśmiechała, ale oczy miała smutne.
Ile ma pani wnuków?
Troje. Kubuś najstarszy, ośmiolatek, potem Marysia i Lewek cztery i trzy latka. Grażyna wyjęła telefon ze stolika. Chce pani zobaczyć zdjęcia?
Oglądały zdjęcia przez dwadzieścia minut: dzieci na działce, nad morzem, z tortem. Na wszystkich była Grażyna, przytulała wnuki, całowała, robiła śmieszne miny. Córki nie było na żadnym zdjęciu.
Córka woli być z drugiej strony wyjaśniła Grażyna. Nie lubi zdjęć.
Wnuki często u pani bywają?
adekwatnie to ja u nich mieszkam. Córka pracuje, zięć też, więc ja no, pomagam. Odbiorę z przedszkola, lekcje sprawdzę, obiad ugotuję
Krystyna skinęła głową. U niej na początku było podobnie. Przez pierwsze lata wnuka pomagała codziennie. Potem rzadziej raz w miesiącu, w niedzielę, jeżeli akurat plan się zgadzał.
A pani?
Jeden wnuk. Ma dziewięć lat. Uczy się dobrze, chodzi na piłkę.
Często się widujecie?
W niedziele, czasem. Są bardzo zajęci. Rozumiem to.
No tak Grażyna odwróciła się do okna. Zajęci.
Zamilkły. Za oknem padał drobny deszcz.
Wieczorem Grażyna powiedziała cicho:
Nie chcę wracać do domu.
Krystyna podniosła wzrok. Grażyna siedziała na łóżku, obejmowała kolana ramionami i wpatrywała się w podłogę.
Naprawdę nie chcę. Przemyślałam i nie chcę.
Dlaczego?
Po co? Przyjadę, a tam znowu: zadania nie zrobione, Marysia z katarem, Lewek spodnie podarte, córka w pracy do nocy, zięć wiecznie wyjeżdża. Ja sprzątaj, gotuj, odbieraj, pomagaj. A oni choćby urwała. choćby dziękuję nie powiedzą. Bo przecież babcia musi.
Krystyna milczała. Czuła ścisk w gardle.
Przepraszam Grażyna wytarła oczy. Rozkleiłam się.
Nie przepraszaj powiedziała cicho Krystyna. Pięć lat temu odeszłam na emeryturę. Myślałam: w końcu zajmę się sobą, do teatru pojadę, na wystawę, choćby na kursy francuskiego się zapisałam. Chodziłam dwa tygodnie.
I co się stało?
Synowa poszła na macierzyński. Prosiła o pomoc. Przecież jestem babcią, nie pracuję, mi nie szkodzi. No i nie odmówiłam.
I jak było?
Przez trzy lata codziennie. Potem wnuk poszedł do przedszkola raz na dwa dni, potem do szkoły raz w tygodniu. Teraz zamilkła. Teraz już adekwatnie nie jestem potrzebna. Mają nianię. Ja siedzę w domu i czekam, aż zadzwonią. Jak nie zapomną.
Grażyna skinęła głową.
Córka miała przyjechać w listopadzie. Do mnie. Długo się szykowałam, dom wysprzątałam, upiekłam szarlotkę. Zadzwoniła: mamo, przepraszam, Kubuś ma trening, nie damy rady.
I nie przyjechała?
Nie. Szarlotkę oddałam sąsiadce.
Siedziały, milcząc. Za oknem szumiał deszcz.
Wie pani, co jest najgorsze? westchnęła Grażyna. Nie iż nie przyjeżdżają. Że i tak czekam. Siedzę z telefonem w ręku, myślę: może właśnie zadzwonią, tak po prostu, bo tęsknią, nie bo coś trzeba.
Krystynie zaszkliły się oczy.
Ja też czekam. Za każdym razem, gdy dzwoni, mam nadzieję, iż chce po prostu pogadać. Zawsze chodzi tylko o sprawy.
A my ratujemy, uśmiechnęła się ironicznie Grażyna. Bo przecież jesteśmy matkami.
Tak.
Następnego dnia zaczęły się opatrunki. Ból był nie do zniesienia, po zabiegach leżały, milcząc. W końcu Grażyna powiedziała:
Całe życie uważałam, iż mam szczęśliwą rodzinę: ukochaną córkę, porządnego zięcia, wspaniałe wnuki. Byłam potrzebna. Bez mnie sobie nie poradzą.
I?
I dopiero tutaj zrozumiałam, iż radzą sobie doskonale. Córka ani razu nie narzekała, iż ciężko. Przeciwnie energiczna, choćby zadowolona. Da się. Tylko wygodniej, jak babcia jest za darmo nianią.
Krystyna oparła się na łokciu.
Wie pani co zrozumiałam? Sama siebie nauczyłam, iż mama zawsze pomoże, zawsze wybaczy, jej plany się nie liczą jego są najważniejsze.
Też tak robiłam. Dzwoniła córka, a ja zostawiałam wszystko i biegłam.
Nauczyłyśmy ich, iż nie jesteśmy osobnymi ludźmi powiedziała powoli Krystyna. Że nie mamy własnego życia.
Grażyna przytaknęła. Zamilkły.
I co teraz?
Nie wiem.
Piątego dnia Krystyna podniosła się z łóżka bez pomocy pielęgniarki. Szóstego przeszła korytarz tam i z powrotem. Grażyna dzień za nią, ale szła uparcie. Chodziły razem, wolno, podpierając się ściany.
Po śmierci męża zupełnie się pogubiłam opowiadała Grażyna. Córka powiedziała: mamo, teraz twoim sensem są wnuki. Żyj dla nich. Żyłam. Tylko iż ten sens był taki jednostronny. Ja dla nich, oni dla mnie jak im wygodnie.
Krystyna opowiedziała o swoim rozwodzie. Trzydzieści lat temu, gdy syn miał pięć lat. Jak go sama wychowywała, chodziła na studia wieczorowe i do dwóch prac.
Myślałam, iż jak będę idealną matką, to syn będzie idealnym dzieckiem. Że jeżeli wszystko oddam, będzie wdzięczny.
A wyrósł i żyje swoim życiem dokończyła Grażyna.
Tak. I to chyba normalne. Tylko nie spodziewałam się, iż będę tak samotna.
Ja też nie.
Siódmego dnia przyszedł jej syn. Bez zapowiedzi, nagle. Krystyna siedziała na łóżku, czytała książkę, gdy pojawił się w drzwiach. Wysoki, elegancki płaszcz, siatka z owocami.
Mamo, cześć! uśmiechnął się, pocałował w czoło. Jak się czujesz? Lepiej?
Dużo lepiej.
Super. Lekarka mówiła, iż za trzy dni cię wypiszą. Może pojedziesz do nas? Marta mówi, iż mamy wolny pokój gościnny.
Dziękuję, ale wolę do siebie.
Jak tam chcesz. Ale dzwoń, jakby co, zabierzemy cię.
Posiedział dwadzieścia minut. Opowiadał o pracy, wnuku, nowym samochodzie. Spytał, czy trzeba pieniędzy. Obiecał, iż za tydzień zajrzy. Poszedł szybko, z ulgą.
Grażyna leżała z zamkniętymi oczami. Gdy drzwi się zamknęły, otworzyła je.
To pani syn?
Tak.
Przystojny.
Tak.
I taki chłodny, jak lód.
Krystyna nie odpowiedziała. Gardło miała tak ściśnięte, iż nie mogła oddychać.
Wie pani odezwała się cicho Grażyna pomyślałam sobie tutaj Może czas przestać oczekiwać od nich uczuć. Po prostu puścić? Oni dorosli, mają swoje życie. Nam też trzeba znaleźć coś swojego.
Łatwo powiedzieć.
Trudniej zrobić. Ale i tak nie mamy wyboru, prawda? Inaczej zostaniemy tu na zawsze siedząc i czekając, aż sobie o nas przypomną.
Co pani powiedziała córce? zapytała nagle Krystyna, przechodząc niespodziewanie na ty.
Że po wyjściu ze szpitala przez dwa tygodnie muszę odpoczywać. Lekarka zabroniła podnoszenia, opieki nad wnukami nie dam rady.
Obraziła się?
Oj, i to jak. Grażyna lekko się uśmiechnęła. Ale wiesz co? Poczułam ulgę. Jakbym zrzuciła z siebie ogromny ciężar.
Krystyna zamknęła oczy.
Boję się. jeżeli powiem nie, to się obrażą, może przestaną dzwonić.
A dzwonią ostatnio często?
Milczenie.
No właśnie. Gorzej już nie będzie. Może być tylko lepiej.
Ósmego dnia je wypisali. Pakowały się w milczeniu, jakby się już nigdy miały nie zobaczyć.
Wymienimy się numerami? zaproponowała Grażyna.
Krystyna skinęła głową. Wpisały się do telefonów, chwilę patrzyły na siebie.
Dziękuję powiedziała Krystyna iż pani ze mną była.
I ja tobie dziękuję. Wiesz przez trzydzieści lat z nikim tak szczerze nie rozmawiałam.
Ja też nie.
Przytuliły się ostrożnie, by nie urazić szwów. Pielęgniarka przyszła z wypisem, zamówiła taksówkę. Krystyna pojechała pierwsza.
W domu było cicho i pusto. Rozpakowała torbę, wzięła prysznic, położyła się na kanapie. Sięgnęła po telefon. Trzy smsy od syna: Mamo, już po? Zadzwoń jak wrócisz, Nie zapomnij o tabletkach.
Odpisała: Wróciłam. Wszystko dobrze. Odłożyła telefon.
Wstała, podeszła do szafy. Wyjęła teczkę, której nie otwierała od pięciu lat. Tam była broszura kursów francuskiego i plan koncertów. Spojrzała na broszurę, zamyśliła się.
Zadzwonił telefon. Grażyna.
Cześć. Przepraszam, iż tak od razu, ale po prostu chciałam zadzwonić.
Bardzo się cieszę.
Może spotkamy się? Jak wydobrzejemy. Za dwa tygodnie, na kawę. Albo na spacer. jeżeli chcesz, oczywiście.
Krystyna spojrzała na broszurę w rękach, potem na telefon, znów na broszurę.
Chcę. Bardzo chcę. Wiesz co? Nie za dwa tygodnie. Umówmy się w sobotę. Mam już dość siedzenia w domu.
W sobotę? Naprawdę? Lekarze przecież
Całe życie oszczędzałam wszystkich dookoła. Czas pomyśleć o sobie.
Umowa stoi! W sobotę!
Pożegnały się. Krystyna odłożyła telefon, znów wzięła do ręki broszurę. Kurs francuskiego zaczynał się za miesiąc, nabór jeszcze otwarty.
Włączyła laptopa, zaczęła wypełniać formularz zgłoszeniowy. Palce jej się trzęsły, ale pisała do samego końca.
Za oknem padał deszcz, ale między chmurami przebijało się słońce słabe, jesienne, ale jednak słońce.
I Krystyna nagle pomyślała, iż życie może dopiero się zaczyna. Wysłała zgłoszenie.
A dla mnie prawdziwa lekcja z tego wszystkiego? Może nadszedł czas, by przestać być wygodną babcią i zacząć być po prostu sobą.














