Wiesz co, muszę Ci opowiedzieć coś, co ostatnio przeżyłam. Posłuchaj.
Zofia Nowak obudziła się od śmiechu. Nie od cichego podśmiewania się, tylko takiego głośnego rechotu, jakiego do tej pory nie znosiła. A to wszystko działo się w szpitalnej sali pooperacyjnej! Ten śmiech dochodził z łóżka obok, gdzie sąsiadka przez telefon opowiadała coś tak żywo, iż aż machała wolną ręką, jakby ktoś ją mógł zobaczyć.
Daj spokój, Ala, poważnie? On tak ci to wprost powiedział? Przy wszystkich?
Zegar wskazywał za piętnaście siódmą. Jeszcze kwadrans ciszy przed obowiązkową pobudką, przed tą całą operacją. Mogłyby go spożytkować na ochłonięcie, ale nie raban na całego.
Przepraszam odezwała się Zofia cicho, ale stanowczo. Ciszej można?
Kobieta odwróciła się. Okrągła twarz, krótka siwa fryzura, na którą ewidentnie machnęła ręką, i do tego jaskrawa piżama w czerwone grochy. W szpitalu! Śmiało, co?
Ala, dobra, zadzwonię później, tu ktoś mnie wychowuje rzuciła do telefonu, po czym uśmiechnęła się do Zofii. Małgorzata Zielińska. Dzień dobry. Wybacz pani tę ekspresję. Przed operacjami nie potrafię spać, dzwonię gdzie popadnie.
Zofia Nowak. Jak już pani spać nie może, nie znaczy, iż inni również.
A pani już nie śpi, co? Małgorzata puściła oko. Dobra, postaram się szeptać.
No słowa nie dotrzymała. Przed śniadaniem jeszcze dwa razy zdążyła się pokłócić z telefonem, coraz to bardziej donośnym głosem. Zofia przykryła się kołdrą po uszy, ale na nic. Śniadanie choćby nie ruszyły.
Córka dzwoniła wyjaśniła Małgorzata, kiedy udawały, iż coś przełykają. Martwi się, biedna, a ja ją uspokajam jak mogę.
Zofia nic nie odpowiedziała. Jej syn nie zadzwonił wcale, ale nie miała do niego żalu. Uprzedzał od rana ważne zebranie. Sama go tak wychowała, iż praca to rzecz poważna.
Małgorzatę zabrali na zabieg pierwszą. Przechodząc przez korytarz, machała na pożegnanie i rzucała coś do pielęgniarki tak, iż ta aż się śmiała. Zofia poczuła ulgę. Może po operacji przeniosą ją do innej sali.
Jej przyszła kolej godzinę później. Narkozę znosiła fatalnie. Obudziła się z bólem w boku i mdłościami. Pielęgniarka tłumaczyła, iż wszystko poszło zgodnie z planem, trzeba tylko przetrwać. Zofia była w tym mistrzynią całe życie uczyła się wytrzymywać.
Wieczorem, gdy wróciła po zabiegu do sali, Małgorzata już leżała. Twarz szara, oczy zamknięte, kroplówka podłączona. Pierwszy raz cicha.
Jak się czujesz? zapytała Zofia, zupełnie tego nie planując.
Małgorzata otworzyła oczy, lekko się uśmiechnęła.
Jeszcze żyję. A ty?
Też.
Zapanowało milczenie. Za oknem robiło się ciemno, tylko kroplówki cicho dzwoniły.
Przepraszam za dzisiaj rano wymamrotała w końcu Małgorzata. Jak się denerwuję, to muszę gadać bez przerwy. Wiem, iż ludziom to działa na nerwy, ale nie potrafię inaczej.
Zofia miała już gotową jakąś ostrą ripostę, ale sił brakowało. Wydusiła:
Nic się nie stało.
W nocy obie przewracały się z boku na bok, z bólu ani jedna nie spała. Małgorzata nie dzwoniła już do nikogo, tylko leżała, czasem westchnęła, może choćby beczała cichutko w poduszkę.
Rano przyszedł lekarz, obejrzał szwy, zmierzył temperaturę i powiedział do obu: Gratulacje, wszystko dobrze. Małgorzata złapała za telefon szybciej, niż Zofia mrugnęła okiem.
Alu! Żyję! Wszystko ogarniam, nie panikuj już. Co z dziećmi? Jasiek już nie gorączkuje? Tak, wiedziałam, iż to nic wielkiego.
Zofia niechcący przysłuchiwała się tej rozmowie. Dzieci znaczy wnuki, więc córka zdaje relację.
U jej samej telefon milczał. Dwie smsy przyszły Mamo, jak tam? i Napisz, jak będziesz mogła. Wysłane dzień wcześniej, kiedy Zofia była nieprzytomna po narkozie. Odpisała: Wszystko ok :). Syn nie lubił suchych wiadomości.
Odpisał po trzech godzinach: Ekstra. Buziaki.
Twoi nie przyjeżdżają? zapytała Małgorzata po południu.
Syn pracuje. Mieszka daleko. I w sumie po co nie jestem dzieckiem.
No właśnie przyznała Małgorzata. Moja też mówi: mamo, jesteś dorosła, dasz sobie radę. A po co przyjeżdżać, skoro wszystko w porządku, nie?
W jej głosie coś było, co sprawiło, iż Zofia spojrzała na nią uważniej. Uśmiechała się, ale oczy miała całkiem smutne.
Ile masz wnuków?
Troje. Jasiek ma osiem lat, potem Ania i Leoś cztery i trzy. Małgorzata sięgnęła po telefon. Chcesz zobaczyć zdjęcia?
Przez dwadzieścia minut oglądały fotki: dzieci nad morzem, dzieci z psem, dzieci przy torcie. Na prawie wszystkich Małgorzata. Ściskała maluchy, łapała buziaki, wygłupiała się. Córki nigdzie nie było.
Córka robi zdjęcia, nie lubi być przed obiektywem wyjaśniła Małgorzata. Dzieci u mnie częściej niż u nich. Oni wszyscy za pracą biegają, więc ja odbieram z przedszkola, pomagam z lekcjami, gotuję.
Zofia przytaknęła. U niej było podobnie. Przez kilka lat po urodzeniu wnuka, też non stop angażowała się w wychowanie. Później coraz rzadziej teraz to choćby raz w miesiącu nie zawsze się widzą.
A wy?
Jeden wnuk, dziewięć lat. Grzeczny, dobrze się uczy, chodzi na karate.
Widzicie się często?
Rzadko. Oni mają wiecznie coś do roboty. Rozumiem.
Tak Małgorzata odwróciła się do okna. Każdy zajęty.
Zamilkły. Za oknem szaruga.
Wieczorem Małgorzata rzuciła:
Nie chcę jeszcze wracać do domu.
Zofia podniosła wzrok. Małgorzata siedziała skulona na łóżku, patrzyła w podłogę.
Naprawdę nie chcę. Myślę o tym od rana.
Dlaczego?
Bo po co? Wrócę, dzieciaki rozkrzyczane, lekcje nieodrobione, Ania zasmarkana, Leoś potargany. Córka z pracy wraca późno, zięć wiecznie wyjazdy służbowe. No i dawaj, Małgosia: sprzątaj, gotuj, biegnij, pomagaj. I choćby nie podziękują, bo babcia to przecież musi.
Zofii coś ścisnęło gardło.
Przepraszam Małgorzata otarła oczy. Jak dziecko się rozklałam.
Nie przepraszaj odparła cicho Zofia. Pięć lat temu przeszłam na emeryturę. Myślałam, iż wreszcie zrealizuję marzenia teatr, wystawy, zapisałam się choćby na francuski. Dwa tygodnie wytrwałam.
Potem co?
Synowa poszła na urlop macierzyński. Poprosiła o pomoc. Bo przecież babcia nie pracuje. I jak odmówić?
I jak było?
Trzy lata codziennie, potem coraz rzadziej, aż w końcu okazało się, iż już nie jestem im potrzebna. Nianię sobie wzięli. A ja siedzę i czekam, czy się przypomną.
Małgorzata skinęła głową.
Moja obiecała, iż w listopadzie wpadnie do mnie w odwiedziny. Przemaglowałam cały dom, upiekłam szarlotkę. Zadzwoniła: mamo, przepraszam, Jasiek ma basen, nie damy rady.
I nie przyszli?
Nie. Szarlotkę oddałam sąsiadce.
Siedziały w milczeniu. Deszcz rozbijał się o szybę.
Wiesz co boli najbardziej? powiedziała nagle Małgorzata. Nie to, iż nie przyjeżdżają. Tylko iż ja i tak czekam. Ciągle się łudzę, iż zadzwonią ot tak, po prostu. A nie tylko wtedy, jak czegoś trzeba.
Zofia poczuła, iż zaraz się popłacze.
Też czekam. Zawsze myślę, jak dzwoni syn, może po prostu chce pogadać. Ale nie. Zawsze konkrety.
A my zawsze gotowe w zastępstwie Małgorzata się uśmiechnęła ponuro. Bo my mamy, co nie?
No tak.
Na drugi dzień czekały je opatrunki. Bolało nieziemsko, leżały potem obok siebie w milczeniu, aż Małgorzata rzuciła:
Wiesz, zawsze mi się wydawało, iż mam cudowną rodzinę. Córkę ukochaną, dobrego zięcia, wnuki grzeczne. Myślałam, iż bez babci sobie nie poradzą.
I?
Okazuje się, iż radzą sobie świetnie. Cztery dni mnie nie było, ani razu nie narzekała, wręcz przeciwnie. Czyli mogą. Po prostu wygodnie mieć babcię, darmową nianię.
Zofia usiadła na łóżku.
Wiesz, do mnie tez dotarło, iż sama ich tego nauczyłam. Zawsze mama pomoże, mama zawsze poczeka, mama swoje sprawy odłoży na bok. Jego życie ważniejsze niż moje.
U mnie to samo. Zawsze rzucałam wszystko jak dzwonili.
Przyzwyczailiśmy dzieci, iż nie mamy własnego życia powiedziała Zofia powoli. Jakbyśmy przestały być ludźmi.
Małgorzata pokiwała głową. Zamilkły na chwilę.
I co teraz?
Nie wiem.
Piątego dnia Zofia wstała z łóżka bez niczyjej pomocy. Szóstego przeszła do końca korytarza. Małgorzata dzień za nią. Chodziły razem, powoli, opierając się o ścianę.
Po śmierci męża kompletnie zgłupiałam zwierzała się Małgorzata. Córka powiedziała: masz żyć dla wnuków. No to żyłam. Choć trochę na oparach, bo wszystko było jednostronne ja dla nich, oni dla mnie tylko z potrzeby.
Zofia wyznała jej o swoim rozwodzie trzydzieści lat temu, gdy syn miał pięć lat. O tym, jak wieczorami nadrabiała studia i pracowała na dwóch etatach.
Myślałam, iż jak będę idealną matką, to on będzie wdzięczny, będzie idealny.
Ale dorósł i po prostu żyje własnym życiem dokończyła Małgorzata.
Tak i może to choćby normalne. Ale nie myślałam, iż będę tak samotna.
Ja też nie.
Siódmego dnia pojawił się syn. Zupełnie bez zapowiedzi, elegancki, z siatką mandarynek. Uśmiechnął się, dał buziaka w czoło.
Cześć, mamo. Jak się czujesz? Już lepiej?
Lepiej.
Fajnie. Lekarz mówi, za trzy dni wychodzicie. Może zamieszkasz chwilę u nas? Martyna mówi, iż pokój stoi pusty.
Dziękuję, wolę wrócić do siebie.
Jak wolisz. Ale zadzwoń, gdyby coś. Przyjedziemy.
Został dwadzieścia minut. Opowiadał o pracy, wnuku, nowym aucie. Zapytał, czy nie potrzebuje pieniędzy. Obiecał, iż wpadnie za tydzień. Wyszedł, jakby mu ulżyło.
Małgorzata udawała, iż śpi. Jak syn Zofii wyszedł, otworzyła oczy.
Twój?
Tak.
Przystojny.
Tak.
I taki zimny.
Zofia milczała. Czuła ucisk w gardle.
Wiesz co Małgorzata odezwała się cicho myślę, iż musimy przestać liczyć na ich miłość. Trzeba puścić. Oni mają własne życie, a my musimy nauczyć się szukać swojego.
Łatwo powiedzieć.
Trudniej zrobić, ale co nam zostaje? Inaczej wiecznie czekamy na telefon, na znak.
A co powiedziałaś córce? spytała nagle Zofia, przechodząc na ty.
Że po wyjściu przez dwa tygodnie muszę odpoczywać. Lekarz zabronił się wysilać, więc z wnukami nie dam rady.
Obraziła się?
choćby bardzo. Ale poczułam ulgę. Jakby ktoś ze mnie coś zdjął.
Zofia przymknęła oczy.
Boję się. o ile się postawię, przestaną się odzywać.
Często teraz dzwonią?
Cisza.
No właśnie. Gorzej już być nie może. Może być tylko lepiej.
Ósmego dnia je wypisali. Pakowały się, milcząc, jakby rozstawały się na zawsze.
Wymieńmy się numerami rzuciła Małgorzata.
Wklepały sobie kontakty, spojrzały na siebie.
Dziękuję powiedziała Zofia. Za to, iż byłaś tu ze mną.
I ja tobie. Wiesz od trzydziestu lat nie rozmawiałam z nikim tak szczerze.
Ja też nie.
Uścisnęły się niezgrabnie, uważając na rany. Przyszła pielęgniarka, podała wypisy, zamówiła taksówkę. Zofia wyjechała pierwsza.
W domu było cicho i pusto. Rozpakowała torbę, wzięła prysznic, poległa na kanapie. Telefon trzy wiadomości od syna: Mamo, już w domu?, Zadzwoń, jak będziesz, Nie zapomnij leków.
Odpisała: W domu. Wszystko ok. Odłożyła telefon.
Podeszła do szafy, wyciągnęła z niej teczkę, której nie otwierała od pięciu lat. Kursy francuskiego, rozpiska spektakli filharmonii. Patrzyła chwilę na te papiery.
Zadzwonił telefon. Małgorzata.
Cześć. Przepraszam, iż tak od razu, ale musiałam do ciebie zadzwonić.
Cieszę się, naprawdę.
Słuchaj, może spotkałybyśmy się, jak trochę dojdziemy do siebie? Chociażby na kawę, na spacer. jeżeli oczywiście masz ochotę.
Zofia spojrzała na papiery. Potem na telefon. I znów na papiery.
Chcę. Bardzo chcę. I wiesz co? Nie za dwa tygodnie. Może w sobotę? Mam dosyć pustego mieszkania.
W sobotę? Lekarze mówili
Mówili. Ale od trzydziestu lat dbam o wszystkich. Może wreszcie czas o siebie zadbać.
To w sobotę! Umowa.
Rozłączyły się. Zofia znów wzięła kursową broszurę. Zajęcia zaczynały się za miesiąc, zapis przez cały czas trwał.
Wyjęła laptopa i zaczęła wypełniać formularz zgłoszeniowy. Palce jej drżały, ale pisała. Do końca.
Za oknem padało, ale przebijały się promienie jesiennego słońca. I Zofia pomyślała cicho, iż może życie dopiero się dla niej zaczyna. Po prostu.













