Wygodne Babcie Zofia Kowalska obudziła się od głośnego śmiechu. To nie był cichy chichot, niepoważne podśmiechiwanie, ale donośny, zupełnie niepasujący do szpitalnej sali rechot, którego nie znosiła przez całe swoje dorosłe życie. Śmiała się sąsiadka z łóżka obok, przyciskając telefon do ucha i wymachując wolną ręką, jakby rozmówca mógł ją zobaczyć. — Ela, ty to potrafisz! Co? Naprawdę to powiedział? Przy wszystkich? Zofia spojrzała na zegarek. Za piętnaście siódma rano. Do pobudki jeszcze kwadrans. Kwadrans, który można było spędzić w ciszy, zbierając myśli przed operacją. Wczoraj wieczorem, kiedy Zofię przywieziono na salę, sąsiadka już leżała na swoim łóżku i coś gwałtownie pisała w telefonie. Przywitały się krótko. „Dobry wieczór” – „Dobry wieczór”, i każda wróciła do swoich myśli. Zofia była wdzięczna za milczenie. A teraz – cyrk na kółkach. — Przepraszam — powiedziała cicho, ale stanowczo. — Można trochę ciszej? Sąsiadka spojrzała na nią. Okrągła twarz, krótka siwizna, której choćby nie próbowała farbować, krzykliwa piżama w czerwone grochy. I to w szpitalu! — Oj, Ela, oddzwonię później, zaczynają mnie tu wychowywać — schowała telefon i odwróciła się do Zofii z uśmiechem. — Przepraszam! Jestem Barbara Wysocka. A pani się wyspała? Ja nigdy nie śpię przed operacjami, dlatego dzwonię do wszystkich. — Zofia Kowalska. jeżeli pani nie śpi, to nie znaczy, iż inni nie chcą odpocząć. — Ale już pani przecież nie śpi — mrugnęła Barbara. — Dobrze, będę szeptać. Obiecuję. Nie szeptała. Przed śniadaniem zdążyła zadzwonić jeszcze dwa razy, a głos miała coraz głośniejszy. Zofia demonstracyjnie odwróciła się do ściany i naciągnęła kołdrę na głowę, ale nic to nie dało. — Dzwoniła moja córka — tłumaczyła Barbara przy śniadaniu, którego żadna nie jadła — operacja, martwi się biedna. Uspokajam ją jak mogę. Zofia milczała. Jej syn nie zadzwonił. W sumie się nie spodziewała, uprzedził, iż ma rano ważne spotkanie. Sama tak go wychowała: praca jest ważna, praca jest odpowiedzialnością. Barbarę zabrali pierwszą. Szła korytarzem, machając na pożegnanie i coś wołając do pielęgniarki, która się śmiała. Zofia pomyślała, iż dobrze by było, gdyby po operacji przenieśli ją do innej sali. Ją samą zabrali godzinę później. Zawsze źle znosiła narkozę. Obudziła się z mdłościami i tępy bólem z prawej strony. Pielęgniarka powiedziała, iż wszystko poszło dobrze, trzeba tylko przetrwać. Zofia była dobra w czekaniu i przetrwaniu. Zawsze umiała wytrzymać. Wieczorem, kiedy wróciła na salę, Barbara już leżała na łóżku. Twarz miała szarą, oczy zamknięte, kroplówka na ręce. Cicho. Po raz pierwszy cicho. — Jak się pani czuje? — zapytała Zofia, choć nie planowała zaczynać rozmowy. Barbara otworzyła oczy, uśmiechnęła się słabo. — Żyję jeszcze. A pani? — Też. Zapadła cisza. Za oknem gęstniał zmierzch. Kroplówki cicho dzwoniły. — Przepraszam za ranek — powiedziała nagle Barbara. — Jak się denerwuję, to gadam bez końca. Wiem, iż to wkurza, ale nic nie mogę z tym zrobić. Zofia chciała powiedzieć coś ciętego, ale zabrakło jej słów. Była zbyt zmęczona. Wydusiła tylko: — Nic się nie stało. W nocy żadna z nich nie spała. Obie coś bolało. Barbara już nie dzwoniła, leżała cicho, ale Zofia słyszała, jak się kręci, wzdycha. Raz chyba choćby płakała. Cicho, w poduszkę. Rano przyszła lekarka. Obejrzała szwy, sprawdziła temperaturę, powiedziała do obu: „Dzielne panie, wszystko dobrze”. Barbara od razu złapała za telefon. — Ela, cześć! Już wszystko w porządku, możesz się nie martwić. A co u moich? Naprawdę Kacperek miał gorączkę? A dałaś mu… Co? Już po wszystkim? No widzisz, mówiłam, iż to nic groźnego. Zofia mimowolnie przysłuchiwała się. „Moi” to znaczy wnuki. Córka zdaje relacje. Jej własny telefon milczał. Dwie smsy od syna czekały od wczoraj, gdy jeszcze była po narkozie. „Mamo, jak się czujesz?” i „Napisz, jak dasz radę”. Odpisała: „Wszystko dobrze”. Dodała emotikona — syn lubił emotikony, twierdził, iż bez nich wiadomości są chłodne. Odpowiedź przyszła po trzech godzinach: „Super! Buziaki”. — Pani rodzina nie przyjeżdża? — zapytała Barbara po południu. — Syn pracuje. I mieszka daleko. Poza tym nie trzeba, nie jestem dzieckiem. — No właśnie — zgodziła się Barbara. — Moja córka też mówi: mamo, jesteś dorosła, dasz sobie radę. I po co przyjeżdżać, skoro wszystko jest okej, prawda? W jej głosie zabrzmiało coś, co sprawiło, iż Zofia przyjrzała się jej uważniej. Barbara się uśmiechała, ale oczu nie miała wesołych. — Ile ma pani wnuków? — Troje. Kacperek jest najstarszy, ma osiem lat. Potem Madzia i Leon, trzy i cztery lata. — Wyciągnęła telefon z szafki. — Chce pani zobaczyć zdjęcia? Przez dwadzieścia minut pokazywała fotografie: dzieci na działce, dzieci nad morzem, dzieci z urodzinowym tortem. Na każdym zdjęciu z nimi była babcia – przytulała, całowała, wygłupiała się. Córki nie było na żadnym. — Córka robi zdjęcia — wyjaśniła Barbara. — Nie lubi być na zdjęciach. — Dzieci często u pani bywają? — To ja raczej u nich mieszkam. Córka pracuje, zięć pracuje, więc pomagam. Odbieram z przedszkola, sprawdzam lekcje, gotuję. Zofia pokiwała głową. Miała podobnie. Pierwsze lata po narodzinach wnuka też pomagała codziennie. Potem wnuk urósł, była rzadziej — raz w miesiącu, w niedzielę, jeżeli plany pozwalały. — A pani? — Jeden wnuk. Dziewięć lat. Dobrze się uczy, chodzi na treningi. — Często się widujecie? — Czasem w niedzielę. Są bardzo zajęci, rozumiem to. — No tak — Barbara odwróciła się do okna. — Zajęci. Znów zamilkły. Za oknem siąpił deszcz. Wieczorem Barbara powiedziała: — Nie chcę wracać do domu. Zofia podniosła oczy. Barbara siedziała na łóżku, obejmując kolana rękami, patrzyła w podłogę. — Naprawdę nie chcę. Przemyślałam to sobie… Dojadę, a tam Kacperek nie odrobił lekcji, Madzia znów chora, Leon podarł spodnie. Córka w pracy do nocy, zięć wiecznie w delegacjach. Ja piorę-gotuję-sprzątam-siedzę-pomagam. A oni nawet… — urwała. — choćby nie podziękują. Bo przecież babcia tak ma. Zosi związało gardło. — Przepraszam — Barbara wytarła oczy. — Zrobiłam się żałosna. — Nie przepraszaj — powiedziała cicho Zofia. — Pięć lat temu przeszłam na emeryturę. Marzyłam, iż wreszcie zajmę się sobą. Chciałam chodzić do teatru, na wystawy. choćby zapisałam się na kurs francuskiego. Byłam dwa tygodnie. — I co się stało? — Synowa poszła na urlop macierzyński. Poprosiła o pomoc. Jestem babcią, nie pracuję, więc nie problem pomóc. Nie umiałam odmówić. — I jak? — Trzy lata codziennie. Potem wnuk do przedszkola — już co drugi dzień. Potem do szkoły — raz w tygodniu. Teraz… — zamilkła. — Teraz nie jestem im specjalnie już potrzebna. Mają nianię. A ja siedzę w domu i czekam, czy się odezwą. jeżeli nie zapomną. Barbara pokiwała głową. — Moja córka miała przyjechać w listopadzie. Do mnie. Odmalowałam dom, upiekłam ciasta. Zadzwoniła: mamo, przepraszam, Kacperek ma trening, nie możemy. — I nie przyjechali? — Nie przyjechali. Ciasto dałam sąsiadce. Siedziały w milczeniu. Za oknem deszcz stukał w szybę. — Wie pani, co jest najgorsze? — powiedziała Barbara. — Nie to, iż nie przyjeżdżają. Ale to, iż wciąż czekam. Ściskam telefon w dłoni i myślę: może teraz zadzwonią, bo tęsknią. Ot tak. Nie dlatego, iż coś trzeba. Zosi zaszczypało w nosie. — Ja też czekam. Za każdym razem, gdy dzwoni telefon, myślę: może syn chce po prostu porozmawiać. Ale nie. Zawsze w sprawie. — A my ratujemy — Barbara uśmiechnęła się przez łzy. — Bo jesteśmy matkami. — Tak. Następnego dnia przyszły opatrunki. Bolało je obie. Po zabiegu leżały cicho, aż Barbara nagle powiedziała: — Zawsze myślałam, iż mam szczęśliwą rodzinę. Kochaną córkę, dobrego zięcia, wnuki, które są radością. Że jestem potrzebna. Że beze mnie nie dadzą sobie rady. — I? — Dopiero tu zobaczyłam, iż świetnie sobie radzą. Córka przez cztery dni ani razu nie narzekała, iż jest ciężko. Przeciwnie, weszła w rytm. Czyli mogą. Ale z babcią wygodniej — darmowa opiekunka. Zofia podniosła się na łokciu. — A ja zrozumiałam, iż sama jestem winna. To ja nauczyłam syna, iż mama zawsze pomoże, zawsze będzie czekać. Że moje sprawy są mniej ważne — jego najważniejsze. — Ja tak samo. Córka dzwoni, rzucam wszystko i lecę. — Nauczyłyśmy ich, iż nie jesteśmy ludźmi — powiedziała powoli Zofia. — Że nie mamy własnego życia. Barbara przytaknęła. Zamilkła. — I co teraz? — Nie wiem. Piątego dnia Zofia wstała bez pomocy pielęgniarki. Szóstego przeszła korytarz w obie strony. Barbara dzień opóźnienia, ale uparcie chodziła za Zofią. Spacerowały razem, wolno, przy ścianie. — Po śmierci męża zupełnie się pogubiłam — mówiła Barbara. — Myślałam, iż to koniec życia. Córka stwierdziła: mamo, masz nowy sens — wnuki. Żyj dla nich. I żyłam. Tyle iż ten sens jakiś taki… jednostronny. Ja dla nich, a oni dla mnie, kiedy im wygodnie. Zofia opowiedziała o rozwodzie. Trzydzieści lat temu, kiedy syn miał pięć lat. Jak wychowywała go sama, uczyła się wieczorami, pracowała na dwa etaty. — Myślałam, iż gdy będę idealną matką, on będzie idealnym synem. Że jak oddam mu wszystko, odwdzięczy się wdzięcznością. — A on dorósł i żyje swoim życiem — dokończyła Barbara. — Tak. I może to choćby normalne. Ale nie myślałam, iż poczuję się tak samotna. — Ja też nie. Siódmego dnia przyszedł syn. Bez zapowiedzi, nagle. Zofia siedziała na łóżku i czytała, gdy pojawił się w drzwiach. Wysoki, w drogim płaszczu, z siatką owoców. — Mamo, cześć! — uśmiechnął się, pocałował ją w czoło. — Jak się czujesz? Już lepiej? — Lepiej. — Super! Lekarka mówiła, iż jeszcze ze trzy dni i wyjdziecie. Pomyślałem… może przyjedziesz do nas? Anka mówi, iż pokój gościnny stoi pusty. — Dziękuję, wolę do siebie. — Jak uważasz. Ale jeżeli coś, dzwoń — przyjedziemy. Był kwadrans, opowiadał o pracy, wnuku, nowym aucie. Zapytał, czy nie potrzebuje pieniędzy. Obiecał, iż zaglądnie za tydzień. Wyszedł szybko, jakby z ulgą. Barbara udawała, iż śpi. Gdy zamknęły się drzwi, otworzyła oczy. — Pani syn? — Mój. — Przystojny. — Tak. — Ale zimny jak lód. Zofia milczała. Gardło ścisnęło się tak, iż trudno było oddychać. — Wie pani — powiedziała Barbara cicho — pomyślałam, iż może powinnyśmy przestać oczekiwać od nich miłości. Po prostu… odpuścić? Zrozumieć, iż mają swoje życie. A my musimy znaleźć swoje. — Łatwo powiedzieć. — Trudno zrobić. Ale nie mamy wyjścia, prawda? Albo będziemy tak siedzieć i czekać, aż sobie o nas przypomną. — Co pani powiedziała córce? — zapytała nagle Zofia, po raz pierwszy przechodząc na „ty”. — Że po wypisie muszę dwa tygodnie odpoczywać. Lekarka zabroniła wysiłku. Z wnukami nie dam rady. — I co? — Najpierw się oburzyła, ale powiedziałam: Ela, jesteś dorosła. Sama sobie poradzisz. Ja już nie mogę. — Obraziła się? — Jeszcze jak! — uśmiechnęła się Barbara. — Ale wiesz co? Poczułam ulgę. Jakbym zrzuciła ciężar z pleców. Zofia zamknęła oczy. — Boję się. jeżeli odmówię, jeżeli powiem „nie”, przestaną dzwonić. Może całkiem. — A dzwonią często? Cisza. — No widzisz. Gorzej już nie będzie. Może być tylko lepiej. Ósmego dnia obie dostały wypis w tym samym czasie. Pakowały się bez słowa, jakby żegnały się na zawsze. — Wymienimy się numerami? — zaproponowała Barbara. Zofia skinęła głową. Wprowadziły numery do telefonów. Stały chwilę, patrząc sobie w oczy. — Dziękuję — powiedziała Zofia. — Że byłaś obok. — I ja dziękuję. Wiesz… od trzydziestu lat z nikim tak nie pogadałam. Tak… od serca. — Ja też. Objęły się. Ostrożnie, żeby nie ruszyć szwów. Pielęgniarka przyniosła wypisy, wezwała taksówkę. Zosia pojechała pierwsza. W domu było cicho, pusto. Rozpakowała torbę, wzięła prysznic, położyła się na kanapie. Wzięła telefon. Trzy wiadomości od syna. „Mamo, już wypisałaś się?”, „Daj znać, jak będziesz w domu”, „Nie zapomnij o lekach”. Odpisała: „Jestem w domu. Wszystko dobrze”. Odłożyła telefon. Wstała, podeszła do szafy. Wyjęła teczkę, której nie otwierała od pięciu lat. Leżały w niej broszura z kursami francuskiego i wydrukowany repertuar filharmonii. Patrzyła na broszurę i myślała. Zadzwonił telefon. Barbara. — Cześć. Wybacz, iż tak szybko… Po prostu… chciałam zadzwonić. — Cieszę się. Naprawdę. — Słuchaj, może się spotkamy? Jak już dojdziemy do siebie. Za dwa tygodnie. Na kawę. Albo spacer. jeżeli chcesz. Zofia spojrzała na broszurę. Potem na telefon. Znów na broszurę. — Chcę. Naprawdę chcę. I wiesz co? Może już w sobotę? Mam dosyć leżenia w domu. — W sobotę? Na pewno? Przecież lekarze… — Lekarze, lekarzami. Ale przez trzydzieści lat dbałam o wszystkich. Czas pomyśleć o sobie. — No to umówione. W sobotę. Pożegnały się. Zofia odłożyła telefon i sięgnęła po broszurę. Kursy francuskiego zaczynały się za miesiąc. Nabór jeszcze trwał. Wyciągnęła laptopa i zaczęła wypełniać formularz zgłoszeniowy. Ręce jej drżały, ale wpisywała kolejne rubryki. Do końca. Za oknem padał deszcz. Ale zza chmur przebijało się słońce. Słabe, jesienne – ale jednak słońce. I Zofia Kowalska pomyślała nagle, iż życie może dopiero się zaczyna. I wysłała zgłoszenie.

naszkraj.online 4 godzin temu
Wygodne babcie Danuta Wojciechowska obudziła się od śmiechu. Nie był to cichy chichot czy dyskretne parsknięcie, ale głośny, rubaszny rechot, kompletnie nieprzystający do szpitalnej sali, a którego przez całe życie nie znosiła. Śmiała się współlokatorka z łóżka obok, trzymając przy uchu telefon i wymachując wolną ręką tak, jakby rozmówca mógł ją zobaczyć. Hanka, ty jesteś […]
Idź do oryginalnego materiału