– Wynocha stąd, mówię ci – idź! Czemu się tu pałętasz?! – Kławdja Matwiejewna z hukiem postawiła na stole pod rozłożystą jabłonią wielki talerz gorących pierogów i odepchnęła sąsiedniego chłopaka. – No już, wynocha mi stąd! Kiedy twoja matka wreszcie zacznie cię pilnować?! Obibok! Chudy jak patyk Szymek, którego nikt nie wołał po imieniu, bo wszyscy przywykli już do jego przezwiska, rzucił spojrzenie na surową sąsiadkę i powlókł się zrezygnowany na swój ganek. Ogromna, powojenna kamienica-podzielona na kilka mieszkań, była zamieszkana tylko częściowo. Tak naprawdę żyły tu dwie i pół rodziny: Pokotylowie, Semenowie i Karpenkowie – Kasia z Szymkiem. Ci ostatni stanowili właśnie tę „połówkę”, którą nikt nie bardzo się przejmował i którą chętnie ignorowano, póki nie trzeba było w czymś pomóc. Kasia nie uchodziła za istotną osobę, więc i czasu w nią nikt nie zamierzał poświęcać. Katarzyna, oprócz syna, nie miała nikogo. Ani męża, ani rodziców. Sama radziła sobie, jak umiała. Patrzono na nią krzywo, choć rzadko ktoś miał odwagę ją zaczepiać – co najwyżej od czasu do czasu przeganiano Szymka, którego nazywano Konikiem, bo był chudy, z długimi rękami i nogami, a jego duża głowa ledwo trzymała się na cienkiej szyjce-patyku. Konik był brzydki, strachliwy, ale niezwykle dobry. Nigdy nie przeszedł obojętnie obok płaczącego dziecka, zawsze spieszył pocieszyć – za co nieraz obrywał od mam, które nie miały najmniejszej ochoty tolerować „straszydła” przy swoim potomku. Kim jest „Straszydło”? Szymek przez długi czas nie wiedział. Dopiero, gdy mama dała mu książkę o dziewczynce Dorotce, chłopak zrozumiał, czemu go tak nazywają. Ale nie miał o to żalu. Pomyślał wręcz, iż ci, którzy tak go wołają, musieli przecież czytać tę bajkę, więc wiedzą, iż Straszydło było mądre i dobre, wszystkim pomagało, a później zostało choćby władcą pięknego miasta. Kasia, do której syn przyszedł z tym spostrzeżeniem, nie wyprowadzała go z błędu. Uznawała, iż nic złego się nie stanie, jeżeli dziecko będzie myślało o ludziach lepiej, niż na to zasługują. Bo i tak zła na świecie jest sporo, a jej syn jeszcze zdąży się go nałykać. Niech chociaż dzieciństwo przeżyje szczęśliwie… Swojego syna Kasia kochała bezgranicznie. Wybaczyła ojcu Szymka jego nieudolność i zdradę, a swoje przeznaczenie przyjęła już w szpitalu, urywając poirytowana położną, która mruczała coś o tym, iż „chłopczyk przyszedł na świat nie taki”. – Niech sobie wymyślają! Mój syn – najpiękniejsze dziecko na świecie! – Nikt się nie sprzecza. Ale mądrym raczej nie będzie… – Jeszcze zobaczymy! – Kasia głaskała synka po buzi, płacząc. Przez dwa lata z niestrudzoną wytrwałością woziła Szymka po lekarzach i wywalczyła, by zajęto się nim poważnie. Włóczyła się do miasta w trzęsącym się PKS-ie, tuląc mocno do siebie szczelnie opatulonego synka. Współczujące spojrzenia ignorowała, a gdy ktoś próbował się wtrącać lub udzielać rad, zamieniała się w wściekłą wilczycę: – Swoje oddaj do domu dziecka! Nie? To nie potrzebuję twoich dobrych rad! Sama wiem, co robić! Do drugiego roku życia Szymek się wyrównał, nabrał ciałka i rozwoju nie odstawał już od rówieśników. Przystojniakiem jednak nigdy nie został. Duża, lekko spłaszczona głowa, wiotkie kończyny i kruchość, z którą Kasia walczyła wszelkimi możliwymi sposobami. Osobiście odmawiając sobie wszystkiego, synkowi dawała to, co najlepsze, i nie pozostało to bez wpływu na jego zdrowie. Choć Szymek wyglądał oryginalnie, lekarze nie mieli już z nim wiele roboty, a patrząc na drobną niczym leśny elf Kasię, obejmującą swojego Konika, tylko kręcili z podziwem głową. – Takich matek – na palcach jednej ręki! Dziecku groziła niepełnosprawność, a teraz? Spójrzcie na niego! Bohater! Bystry chłopiec! – No jasne! Mój synek taki właśnie jest! – My nie o chłopcu! My o tobie, Kasiu! Ty jesteś extraordynaryjna! Kasia wzruszała ramionami, nie rozumiejąc, za co ją chwalą. Bo czy matka nie powinna kochać i dbać o swoje dziecko? Gdzie tu zasługa? Tak po prostu powinno być! Ona tylko robiła swoje. Kiedy nadszedł czas, by Szymek poszedł do pierwszej klasy, już doskonale czytał, pisał i liczył, choć trochę się jąkał. I to czasem przekreślało jego wszystkie talenty. – Szymek, wystarczy, dziękuję! – przerywała mu nauczycielka, przekazując komuś innemu czytanie fragmentu na głos. A później skarżyła się w pokoju nauczycielskim, iż chłopak jest we wszystkim świetny, ale nie da się słuchać, jak czyta czy odpowiada przy tablicy. Na szczęście Szymka, długo w szkole nie zagrzała miejsca – wyszła za mąż i poszła na urlop macierzyński, a klasę przejęła inna pedagog. Maria Iliniczna była już starsza, ale fachu nie straciła i dzieci kochała, jak na początku kariery. Konika poznała od razu – porozmawiała z Kasią i wysłała ją do dobrego logopedy, a Szymka prosiła, by oddawał zadania w formie pisemnej. – Tak pięknie piszesz! Sama przyjemność czytać! – chwaliła. Konik rozkwitał od pochwał, a nauczycielka czytała na głos jego odpowiedzi, każdorazowo podkreślając, jak zdolnego ucznia ma. Kasia płakała z wdzięczności, gotowa całować ręce, które niby od niechcenia, mimochodem, okazywały łaskę jej synowi. Ale Maria Iliniczna gwałtownie ukróciła wszelkie próby okazywania wdzięczności: – Pani chyba oszalała! To moja praca! Chłopak jest wspaniały. Wszystko będzie dobrze. Zobaczy pani! Do szkoły Szymek biegł podskakując, czym wprawiał sąsiadów w rozbawienie. – O! Skacze nasz Konik! Znak, iż i my musimy ruszać! Boże, no przecież przyroda dla dziecka tak okrutna… Po co go w ogóle zostawiła? O tym, co myślą sąsiedzi o Kasi i jej synu, wiedziała doskonale. Ale nie lubiła się wdawać w kłótnie i uważała, iż jeżeli człowiekowi Bóg nie dał serca ani duszy, to i tak po ludzku nie będzie się zachowywał. Więc szkoda czasu w roztrząsanie, czemu ludzie bywają tacy. Lepiej go poświęcić na sprzątanie mieszkania albo zasadzenie kolejnej róży przy swoim ganku. Duże podwórko, podzielone na niepisane „pięciolatki” pod gankiem każdego mieszkania, nikt nie zamierzał grodzić – obowiązywała umowa, iż kto przy którym wejściu, temu część pod nim przynależy. Pięciolatek Kasi był najpiękniejszy. Tu rosły róże, wielki krzew bzu, a schodki wyłożyła potłuczonymi kaflami, które wyprosiła w domu kultury. Robili tam remont, a kupa śmieci lśniła na słońcu jak prawdziwe skarby. – Oddajcie mi to! – wpadła do gabinetu dyrektora. – Co oddać? – zdziwił się dyrektor. – Czego chcesz? – Kafle! Dajcie! Za jej pomysłem dyrektor tylko się uśmiał, ale zabrać pozwolił. Kasia wypożyczyła od sąsiadów taczki i do późnego wieczora wybierała z góry gruzu kawałki odpowiednie do swojego planu. A potem z dumą przemaszerowała przez całą wieś, pchając przed sobą taczkę, w której siedział Konik z miną zdobywcy. – Po co jej ten gruz? – dziwiły się sąsiadki. Ale gdy po paru tygodniach zobaczyły, co Kasia wyczarowała z nikomu niepotrzebnych kafli… – No popatrz, arcydzieło! Kasia na zdziwione miny nie reagowała. O jej opinii na temat plotek decydowały tylko słowa syna: – Mamo, jak tu pięknie… Szymek siedział na schodkach, wodząc palcem po misternie ułożonym wzorze z kafli, i rozpływał się ze szczęścia. A Kasia znowu płakała. Bo jej synek był szczęśliwy… A powodów do szczęścia w jego życiu nie było znów tak wiele. Czasem pochwalą w szkole, czasem mama zrobi coś pysznego, przytuli i wyszepcze, jaki jest mądry i dobry. I tyle. Przyjaciół Konik nie miał prawie wcale – za chłopcami nie nadążał, a czytać wolał bardziej niż gonić za piłką. Dziewczynki trzymały się od niego z daleka. Zwłaszcza piekliła się sąsiadka Kławdja – babcia trzech wnuczek: pięcio-, siedmio- i dwunastoletniej. – choćby nie podchodź! – groziła pięścią. – Nie dla ciebie te jagódki! Co się działo w jej trwałej fryzurze nikt nie wiedział, ale Kasia poleciła Szymkowi nie plątać się pod nogami Kławdji i jej wnuczek – po co ją denerwować? Konik zgodził się z mamą i na odległość armatniego strzału trzymał się od sąsiadki z daleka. Nawet, gdy przygotowywała się do uroczystości, Szymek tylko przechodził obok, nie mając zamiaru dołączać do zabawy. – O, ciężko mi na duszy! – mruknęła Kławdja, nakrywając pierogi haftowanym ręcznikiem – Jeszcze powiedzą, iż jestem skąpa! Zaczekaj! Wyszukała dwa pierogi i dogoniła chłopaka. – Bierz! I żebym cię na podwórku nie widziała! Mamy święto! Siedź cichutko, aż mama z pracy wróci! Zrozumiałeś? Szymek skinął głową z wdzięcznością i zabrał pierogi, a Kławdja wróciła zabiegana do stołu – lada moment na jej podwórku miały pojawić się dzieci, przyjechać wnuki i rodzina, a ona nie miała wszystkiego gotowego. Urodziny najmłodszej wnuczki, Ulki, Kławdja chciała świętować z pompą. Syn sąsiadki – chorowity, wielkogłowy Szymek-Konik zupełnie jej do tego nie pasował! Na co straszyć maluchy tym wyłupiastym? Będą miały koszmary! Kławdja westchnęła, wspominając, jak próbowała przekonać sąsiadkę, by oddała dziecko. – A gdzie tobie, Kasiu, wychowywać dziecko?! Po co?! I tak nic mu nie dasz, zdechnie pod płotem! – A widziała mnie pani kiedyś z butelką? – Kasia na zaczepkę miała zawsze ripostę. – To nic nie znaczy! Z takiej biedy jak twoja – droga tylko jedna! Co z tego, iż tobie rodzice nic nie dali, dziecku też nie dasz… Nie wiesz, co to być matką, nikt cię nie nauczył! Po co to dziecko ma się męczyć? Pozbądź się go! – A może oddam je też sąsiadce?! Nie wstyd pani?! Sama matka! – Nie przejmuj się mną! Sama dzieci wychowałam… A ty co jemu dasz? Nic! I przemyśl to! Po tej rozmowie Kasia przestała się z Kławdją witać. Przechodziła obok z podniesioną głową, niosąc swój wielki, niezgrabny, dziwaczny brzuch i choćby nie spoglądała w stronę sąsiadki. – I po co się na mnie obrażasz, głupia? Ja ci dobrze chcę! – kiwając głową wołała za nią Kławdja. – To pani dobro śmierdzi, a ja mam mdłości! – odburkiwała Kasia i głaskała brzuch, uspokajając nieznanego jeszcze Konika. – Nie bój się, maleńki! Nikt cię nie skrzywdzi! Że jednak w ciągu niespełna ośmiu lat życia Konika wielu próbowało, mama nigdy się nie dowiedziała. Szkoda jej było… jeżeli go bardzo dotknęli – cicho płakał w kącie, ale nic nie mówił. Rozumiał, iż będzie jej przykro gorzej niż jemu samemu. Obraza spływała po Szymku jak woda po kaczce, nie zostawiając w nim ani urazy, ani złości. Dziecięce łzy dokładnie ją wypłukiwały – i już po chwili nie pamiętał, kto, co i kiedy powiedział, tylko żal mu się robiło dorosłych, którzy nie rozumieli prostego. Bez żalu i złości żyje się o wiele łatwiej… Kławdji już od dawna się nie bał, choć nie przepadał za jej towarzystwem. Gdy tylko podnosiła na niego palec i rzucała złośliwe komentarze, Szymek zmykał jak najdalej – by nie widzieć jej złych oczu i nie słyszeć tych kąśliwych słówek, za które chętnie by nagrodzono rózgą. Gdyby ktoś zapytał, co myśli, Kławdja bardzo by się zdziwiła. Szymek jej szczerze żałował. Jak tylko on potrafił. Żal mu było kobiety, która marnowała życie na złość. Minuty Szymek cenił ponad wszystko. Wcześnie zrozumiał, iż nic nie jest cenniejsze – wszystko można odzyskać, naprawić, ale czasu nie cofniesz. – Tik-tak! – mówi zegar. I już… Nie ma chwili! Nie złapiesz! Zniknęła… I nie wróci za żadne pieniądze, ani za najpiękniejszy papierek po cukierku… Ale dorośli tego jakoś nie rozumieli… Wdrapany na parapet w swoim pokoju, Szymek jadł pieroga, patrząc zza firanki jak na łące za domem biegają wnuczki Kławdji i wszystkie dzieci, które przyszły świętować urodziny Ulki. Jubilatka wirowała jak kolorowy motyl w różowej sukience, a Szymek patrzył na nią jak na księżniczkę lub wróżkę z bajki. Dorośli świętowali przy dużym stole obok ganku Kławdji, a dzieci, wybiegały na łąkę za domem – tam było najwięcej miejsca do gry w piłkę. Szymek natychmiast zgadł, dokąd pobiegli, i popędził do sypialni mamy. Z tego okna można było obserwować łąkę jak na dłoni – klaskał w dłonie i cieszył się z zabawy, aż zaczęło się ściemniać. Niektóre dzieci znudziły się zabawą i wracały do rodziców, inne wymyśliły nową grę, ale dziewczynka w różowej sukience kręciła się przy starym studni, przez co zwróciła uwagę Konika. Że przy studni jest niebezpiecznie, Szymek wiedział. Kasia wiele razy przestrzegała syna, zabraniając mu podchodzić. – Zrąb już spróchniały. Nikt z niej nie korzysta, ale wody w niej trochę jest. Wpadniesz – i przepadłeś! choćby nie usłyszą… Rozumiesz? Nie podchodź do niej, synku! – Nie będę. Moment, w którym Ulka poślizgnęła się na krawędzi i zniknęła z pola widzenia, Szymek przegapił. Oglądał wtedy grupę chłopaków. Nagle Ulki nie było na łące… Wystrzelił na ganek i w mgnieniu oka zorientował się, iż nie ma jej też przy stole! Czemu nie pomyślał, żeby krzyczeć o pomoc? Nigdy później nie umiał sobie odpowiedzieć. Po prostu sturlał się ze schodów i pobiegł na tyły podwórka, nie słysząc choćby gniewnych wrzasków Kławdji: – Mówiłam – siedź w domu?! Dzieci beztrosko grały w piłkę – nikt nie zauważył zniknięcia Ulki, ani pojawienia się Szymka przy studni. Zobaczył coś jasnego na jej dnie i zawołał: – Przytul się do ściany! Bał się ją zahaczyć – położył się na krawędzi, nogi zwieszone w dół i czołgając się po spróchniałych belkach, zanurzył się w ciemność. Do studni wskakiwał, wiedząc, iż Ulka nie umie pływać… To Szymek dobrze wiedział, bo nie raz próbowali z babcią Kławdją nauczyć ją pływać latem w jeziorze. Ulka się nie nauczyła, a Szymka bała się za sprawą babci. Mimo to, objęła go rozpaczliwie, gdy ją wydobył. – Już! Nie bój się! Jestem z tobą! – złapał aż pod brodę, jak uczyła mama. – Trzymaj się, a ja będę wołał o pomoc! Jego ręce ślizgały się po śliskich belkach, Ulkę ciągnęło do wody, ale zdobył się na siłę i ryknął tak głośno, jak tylko potrafił: – Ratunku! Nie wiedział, iż dzieci zaraz uciekły z łąki, kiedy studnia połknęła ich towarzyszy. Nie wiedział, czy starczy mu sił, czy ktoś go usłyszy… Wiedział jedno: mała, śmieszna dziewczynka w różowej sukience musi żyć! Bo piękna, jak i chwil, w życiu nie za dużo. Jego wołania nikt od razu nie usłyszał. Kławdja wniosła na stół pieczoną gęś i nagle spytała gości: – Gdzie Ulka?! Goście podchmieleni nie mogli od razu pojąć, czego chce od nich rozwścieczona gospodyni, która z rozmachem rzuciła gęś na stół i wrzasnęła tak, iż wszystkim zaparło dech. A Szymek z ostatnich sił jeszcze raz zawołał: – Mamo… I Kasia, wracając z pracy, nie wiedząc czemu przyspieszyła kroku, omijając po drodze sklep i plotkujące sąsiadki – czuła, iż musi jak najszybciej być w domu… Na podwórko wbiegła dokładnie wtedy, gdy Kławdja osiadła bezwładna na schodach jej ganku. Nie zastanawiając się, Kasia pobiegła na tyły, gdzie zwykle bawił się Konik, i zdążyła usłyszeć głos syna. – Tu jestem, synku! Nie musiała zgadywać, skąd dochodzi głos. Od dawna bała się tej studni, niejednokrotnie chodziła do administracji z prośbą o jej zasypanie. Nikt nie słuchał. Sama postawiła lichy płotek, który nie mógł powstrzymać dzieci – ale tylko jej to przeszkadzało… Nie było czasu w myśli. Kasia pobiegła do domu po sznurek do prania i wybiegając przez ganek, krzyczała: – Szybko! Trzymajcie! Na szczęście jeden z zięciów Kławdji był dość trzeźwy, by zrozumieć, o co chodzi. W mig obwiązał drobną Kasię sznurem: – Dawaj! Trzymam! Ulkę Kasia wyłowiła od razu. Złapała ją pod ramiona, dziewczynka objęła ją rękami i nogami i pobladła. Kasię ogarnął strach. Szymka nie mogła znaleźć w ciemności, choć upierała się przy tym z rozpaczą… I wtedy zaczęła błagać, jak kiedyś w szpitalu, przy porodzie: – Boże! Nie odbieraj mi go! Oddychać było coraz trudniej, czas mierzył się uderzeniami serca, a jej ręka bezradnie przeczesywała wnętrze studni… …Coś śliskiego wsunęło się w dłoń. Kasia pociągnęła w górę prezent ciemnej wody – i wyciągnęła syna, bojąc się choćby pomyśleć, czy oddycha. Wrzasnęła: – Ciągnij! A unosząc się już nad powierzchnią usłyszała ciche, świszczące: – Mamusiu… Po niemal dwóch tygodniach w miejskim szpitalu, Szymek wrócił do domu jako bohater. Ulkę wypisano wcześniej – napędziła trochę strachu, połknęła wody, podrapała się i podarła sukienkę, ale wyszła cało. Szymka los nie był tak łaskawy – złamał nadgarstek, długo miał trudności z oddychaniem, ale mama była blisko, a strach o Ulkę, która regularnie odwiedzała z rodzicami, już minął. Szymek znowu cieszył się, iż niedługo wróci do domu, do swoich książek i ukochanego kota. – Mój ty chłopaku kochany! Boże, gdyby nie ty… – płakała Kławdja, tuląc opalonego Szymka. – Wszystko ci oddam! – Ale po co? – wzruszył ramionami. – Zrobiłem tylko to, co trzeba. Jestem chłopak, prawda? Kławdja nie wiedziała, co powiedzieć, po prostu przytuliła go mocniej – jeszcze nie wiedząc, iż ten chudy, niepozorny chłopak, już jako dorosły „Konik”, zawozi kiedyś pod ostrzałem transporter pełen rannych – nie patrząc, kto swój, kto obcy – pomaga wszystkim, którzy będą, jak on kiedyś, wołać: „Mamo!” Na pytanie, dlaczego to robi, skoro jemu życie nie szczędziło przykrości, Konik odpowie krótko: – Jestem lekarzem. Tak trzeba. Trzeba żyć. Tak jest dobrze! *** Bo matczyna miłość naprawdę nie zna granic. Katarzyna, mimo przeciwności i uprzedzeń, zawsze kochała syna – to ona i jej niezłomna wiara pozwoliły mu rozwinąć się i stać dobrym, mądrym człowiekiem. To opowieść o niepokonanej sile matczynej miłości. A prawdziwy bohater, to ten, który ma odwagę i wielką duszę: Szymek, choć z zewnątrz inny, okazał się wzorem odwagi i dobroci – uratował dziewczynkę bez wahania. To nie wygląd, a serce decyduje o wielkości. Sąsiedzi, którzy gardzili Kasią i jej synem, musieli uznać ich wielkość po bohaterskim czynie Szymka. Ta historia pokazuje, iż uprzedzenia łatwo upadają wobec autentycznej cnoty, a najważniejsza jest zdolność do wybaczania, niechowania urazy i czynienia dobra, choćby gdy doświadczyliśmy niesprawiedliwości. Jak powiedział Szymek: „Jestem lekarzem. Tak trzeba”. Ta opowieść przypomina, iż człowieczeństwo i dobroć zawsze wygrywają z obojętnością i złością, a prawdziwe piękno jest w środku. Czy Wasi zdaniem dobro zawsze zwycięża? Czy spotkaliście ludzi, którzy pokazali, iż najważniejsze jest serce i odwaga, nie zaś wygląd ani opinia innych?

twojacena.pl 11 godzin temu

Spadaj! Mówię ci, idź do siebie! Co tu się kręcisz?! pani Stanisława Brożek z hukiem położyła na stole, pod rozłożystą jabłonią, wielki talerz z gorącymi drożdżówkami i pchnęła sąsiadującego chłopaka. No już, zabieraj się! Ciekawe, kiedy twoja matka wreszcie zacznie na ciebie zwracać uwagę?! Leniuch z ciebie!

Chudy jak patyk, Staś, którego nigdy nie wołano po imieniu, bo wszystkim przylgnęła już do niego ksywa Konik, jednym okiem spojrzał na surową sąsiadkę i powlókł się pod swoje drzwi.

Ogromna, przedwojenna kamienica, podzielona na kilka mieszkań, była zasiedlona tylko częściowo. Żyły w niej dwie i pół rodziny: Pokornowscy, Semeniukowie i Karpenowie Basia z Stasiem.

To właśnie Karpenowie byli tą połówką, która była traktowana jakby jej nie było, ignorowana przez resztę, chyba iż trzeba było kogoś pilnie do czegoś wykorzystać. Basia nie była tam istotną osobą, więc i czasu w nią marnować nie warto.

Poza synem, Basia nie miała już nikogo. Ani męża, ani rodziców. Radziła sobie sama, jak umiała. Często patrzono na nią podejrzliwie, ale szczególnie nikt jej nie dokuczał od czasu do czasu tylko poganiano Stasia, wołając nie inaczej jak Konik przez jego chude, długie ręce i nogi, wielką głowę na cienkiej szyjce jak u źrebaka.

Konik był okropnie niepozorny, bojaźliwy, ale miał w sobie coś niesamowicie dobrego. Nie potrafił przejść obojętnie obok płaczącego dziecka od razu próbował je pocieszać, za co najczęściej obrywało mu się od matek, które nie życzyły sobie dziwoląga blisko swoich dzieci.

Kim jest Strach na wróble, Staś nie wiedział do pewnego czasu. Potem mama dała mu książkę o dziewczynce Dorotce z Oz i wszystko stało się jasne. On sam pomyślał, iż skoro tak go przezywają, to pewnie znają tę historię a Strach na wróble przecież był mądry i dobry, wszystkim pomagał, a w końcu został władcą pięknego miasta.

Basia, gdy usłyszała przemyślenia syna, nie próbowała go wyprowadzać z błędu. Pomyślała niech lepiej myśli o ludziach lepiej, niż są w rzeczywistości. Zła i tak w życiu nie zabraknie jeszcze zdąży go wystarczająco boleśnie doświadczyć. Niech chociaż dzieciństwo ma szczęśliwe…

Swojego synka Basia kochała nad życie. Ojca Stasia wybaczyła już dawno jego nieodpowiedzialność i zdradę przyjęła z pokorą, od razu deklarując położnym na porodówce, iż to jej dziecko jest najpiękniejsze, a nie jakieś nie takie, jak sugerowała pielęgniarka.

Akurat! Mój syn jest najcudowniejszy na świecie!

A kto się kłóci? Rozumny to on raczej nie będzie…

Jeszcze zobaczymy! Basia głaskała malutką buzię Stasia i płakała.

Przez pierwsze dwa lata nieustannie biegała do lekarzy z synem i w końcu wymogła na systemie, by poważniej się nim zajął. Jeździła do miasta, trzęsąc się w starym PKS-owskim autobusie, tuląc do siebie szczelnie opatulonego synka. Współczujące spojrzenia ignorowała, a tych którzy dawali jej dobre rady, potrafiła zrugać:

Oddaj swojego do domu dziecka mój zostaje ze mną! I rad się ode mnie trzymać!

Z czasem Staś wyrównał w rozwoju, nabrał trochę ciała, choć przez cały czas nie grzeszył urodą. Głowa większa, sylwetka chuda, Basia walczyła z tym jak tylko umiała. Odbierała sobie, byle jemu zostawić najlepsze i to przyniosło efekty. Staś mniej chorował, lekarze kiwały z uznaniem głową, widząc, jak krucha Basia tuli do siebie swojego Konika.

Takich matek jak ty, to ze świecą szukać! Dziecku groziła niepełnosprawność, a teraz? Proszę, jaki bohater!

No! Mój chłopczyk jest właśnie taki!

Mówimy o tobie, Basiu! Ty to jesteś prawdziwa bohaterka!

Basia tylko wzruszała ramionami przecież to naturalne, iż kocha się swoje dziecko i dba o nie! Gdzie tu zasługa?

Zanim Staś poszedł do szkoły, już czytał, pisał i liczył chociaż strasznie się jąkał, co czasami przekreślało wszystkie jego zalety. Staś, starczy. Dziękuję! ucinała nauczycielka i przekazywała czytanie komu innemu. Potem narzekała w pokoju nauczycielskim, iż chłopak mądry, ale nie da się go słuchać przy tablicy. Na jego szczęście, po dwóch latach poszła na urlop macierzyński, a klasę Stasia dostała inna nauczycielka.

Pani Maria Ilczuk była już w wieku emerytalnym, ale charakter miała żelazny i dzieci kochała jak na początku swojej kariery. gwałtownie rozpoznała, co w Stasiu siedzi, wysłała Basię do dobrego logopedy, a Staś miał wykonywać prace pisemnie.

Świetnie piszesz, Jesteś moim ulubionym uczniem!

Staś rozkwitał od tych słów, a pani Maria czytała na forum klasy jego odpowiedzi, podkreślając, jaki to ma talent. Basia płakała ze wzruszenia, gotowa była ręce całować nauczycielce, ale pani Maria za każdym razem gasiła entuzjazm.

Pani Basiu, pani oszalała! To mój obowiązek! Chłopak będzie miał się dobrze zobaczy pani!

Do szkoły Staś śmigał jak na sprężynie, co bawiło wszystkich sąsiadów.

O! Nasz Konik już podskakuje to i my się ruszamy! szeptały przekupki, a potem cmokały z żalem, iż tak natura skrzywdziła dziecko. Po co go matka zostawiła, szkoda, takie będzie miało życie…

Basia wiedziała, co o niej i o synu myślą inni. Ale nie wdawała się w kłótnie uważała, iż jeżeli komuś Bóg dał zimne serce, to i tak nie zmusi się go do człowieczeństwa. Szkoda na nich czasu lepiej posadzić jeszcze jedną różę pod oknem, albo zrobić porządki.

Podwórko, kwietniki pod każdym oknem, niewielki sad za domem wszystko bez formalnych podziałów, z niewypowiedzianą umową, iż kawałek terenu przy schodkach należy do tego, komu schodki prowadzą do mieszkania.

Basi działka była najpiękniejsza rosły tam róże i rozłożysty bez, a schodki Basia wyłożyła kawałkami starej terakoty, którą załatwiła u dyrektora domu kultury. Akurat był tam remont i sterta stłuczki błyszczała w słońcu jak skarb nieznanej krainy.

Dajcie mi tę terakotę! wpadła Basia do gabinetu dyrektora.

Czego ty chcesz? spojrzał zdumiony.

Tej stłuczki! Na schodki!

Dyrektor się tylko uśmiechnął, ale zabrać pozwolił. Basia pożyczyła taczkę od sąsiadów i do późnego wieczora przebierała wśród odłamków, wybierając odpowiednie do wzoru. Potem z dumą przemierzyła całe osiedle, taczka przed sobą, a na niej dumnie siedział jej Konik.

Na co jej ten gruz? dziwiły się sąsiadki.

Ale kilka tygodni później wszyscy zaniemieli, widząc, co Basia z tego zrobiła…

Nigdy nie była w muzeum ani za granicą, nie widziała greckich fresków ni byzantyjskich świątyń. Ale miała świetny gust i wyczucie piękna. Schody z kawałków ceramiki przyciągały całe osiedle kto przyszedł, ten podziwiał.

Patrz, no! Arcydzieło!

Basia była nieporuszona zdziwieniem sąsiadów. Najważniejsze słowa usłyszała od syna:

Mamo, jak tu pięknie…

Staś siedział na schodku, przesuwał palcem po barwnych odłamkach i był prawdziwie szczęśliwy a Basia znowu się wzruszała. Bo jej chłopiec był szczęśliwy

Nie miał w życiu zbyt wielu powodów do radości. Pochwała w szkole, czułość matki, od czasu do czasu coś dobrego do jedzenia i przytulenie z szeptem: jaki ty jesteś mądry, dobry chłopak to wszystko.

Staś nie miał prawie żadnych przyjaciół nie nadążał za chłopakami, a czytał dużo chętniej niż grał w piłkę. Dziewczynki trzymano od niego z daleka, zwłaszcza pani Stanisława, ta z początku, która miała trzy wnuczki w wieku pięciu, siedmiu i dwunastu lat.

choćby się do nich nie zbliżaj! groziła mu pięścią. To nie dla ciebie!

Co się kryło pod jej trwałą ondulacją, nie wiedział nikt, ale Basia nakazała Stasiowi omijać Stanisławę i jej wnuczki szerokim łukiem.

Po co ją drażnić? Jeszcze się rozchoruje…

Konik był posłuszny. choćby tego dnia, kiedy Stanisława szykowała wielką rodzinną imprezę, tylko przeszedł mimo sadu wcale nie chciał dołączać do zabawy.

O, ja cię… westchnęła babka, przykrywając stos drożdżówek haftowaną ściereczką. Powiedzą zaraz, iż jestem sknera! Chwila!

Wyjęła dwa drożdżówki i dogoniła Stasia.

Masz! Tylko nie pokazuj się tu więcej. Mamy imprezę. Siedź cicho u siebie, dopóki matka nie wróci z pracy. Zrozumiałeś?

Staś kiwnął tylko głową, podziękował i wziął drożdżówki. Babcia już o nim nie pamiętała rodzina, goście, zaraz miały przyjechać dzieci, a świętowali urodziny najmłodszej i ukochanej wnuczki, Wioletki. Syn słabej, dziwacznej sąsiadki, nie był jej do niczego potrzebny!

Niepotrzebnie dzieci straszyć tym wyłupiastym… Stanisława westchnęła, przypominając sobie jak próbowała przekonać Basię, by oddała dziecko.

Po co ci, Basiu, dziecko? Nie dasz mu drogi. Spije się, gdzieś pod płotem zamarznie.

Widziała mnie pani kiedyś z kieliszkiem? odcięła się Basia.

To nie ma nic do rzeczy! Takim biedakom jedna droga pisana! Nic ci rodzice nie zostawili, dzieciakowi też nic nie zostanie! Matki z ciebie nie będzie! Po co go męczyć? Oddaj, póki czas!

Basia od tego czasu przestała się z nią witać z dumą nosiła swój dziwny, niezdarny brzuch i choćby nie patrzyła na sąsiadkę.

Głupia, złaś się na mnie? Ja ci dobrze życzę! łamała się Stanisława.

W pani dobrze to aż niedobrze! Mam mdłości! odpyskowała Basia, głaszcząc brzuch i szepcząc przytulnie: Nie bój się, maleńki. Nikt cię nie skrzywdzi!

O tym, ile razy go skrzywdzono przez niespełna osiem lat życia, Staś nie mówił mamie nigdy. Zawsze jej żałował. Jak bolało bardzo płakał gdzieś w kącie, ale nie pisnął słowa. Rozumiał, iż ona by cierpiała bardziej niż on sam. Obraza spływała po nim jak woda po kaczce, nie zostawiał goryczy. Dziecięce łzy zmywały wszystko, a po pół godzinie już choćby nie pamiętał, kto mu co powiedział, tylko żałował dziwnych dorosłych, którzy nie rozumieją prostego faktu:

Żyć bez urazy i złości jest o niebo lżej…

Stanisławy Staś już się nie bał, ale sympatii też nie żywił. Kiedy tylko groziła mu palcem czy powiedziała coś przykre, zwiewał gdzie pieprz rośnie. A gdyby ją ktoś spytał, co Staś o tym wszystkim myśli, bardzo by się zdziwiła.

On jej po prostu żałował. Z serca. Szkoda mu było tej kobiety, która marnowała swoje chwile na złość.

A dla niego czas był najcenniejszy. Wiedział, iż nie można go odzyskać, kupić, wyprosić za papierek po cukierku.

A dorośli tego nie rozumieli…

Siedząc na parapecie w swoim pokoju, Staś chrupał drożdżówkę i patrzył, jak po łące za domem biegają wnuczki Stanisławy i inne dzieci, które przyszły na urodziny Wioletki. Jubilatka kręciła się w różowej sukience i Staś patrzył na nią zauroczony jakby była baśniową wróżką.

Dorośli ucztowali przy dużym stole przed gankiem Stanisławy, dzieci po zabawie pobiegły z piłką za stary studzien. Staś zgadł od razu, gdzie zniknęli, więc popędził do sypialni mamy z tego okna widział łąkę jak na dłoni i długo obserwował grę, klaszcząc w dłonie i ciesząc się ich szczęściem.

Ktoś się zmęczył, wrócił do domu, ktoś zaczął nową zabawę. A tylko dziewczynka w różowej sukience kręciła się przy starej studni i to zwróciło uwagę Konika.

Mama nie raz mówiła mu, żeby nie podchodzić do studni, bo zrąb był spróchniały, nikt już z niej nie korzystał, ale woda była. Wpadniesz i koniec! Słowa nikt nie usłyszy! Rozumiesz? Staś kiwał głową, obiecywał trzymać się z daleka.

Mignęła mu na moment różowa plama przy studni a kiedy spojrzał, zbladł: Wioletki nie było…

Wypadł z klatki i od razu zorientował się, iż nie ma jej także przy stole. Nie wpadł na to, żeby zawołać o pomoc. Po prostu wybiegł na tyły domu, choćby nie słysząc, jak Stanisława wrzeszczy za nim:

Komu powiedziałam: siedź w domu?!

Dzieci, zapatrzone w swoją grę, nie zauważyły nieobecności dziewczynki ani tego, jak Staś podbiegł do studni i zobaczył w głębi blade światełko. Zakrzyknął:

Trzymaj się ściany!

Nie chcąc jej potrącić, położył się na brzegu studni, opuścił nogi, prześliznął się przez spróchniałe belki i zanurzył w ciemność.

Skoczył bez wahania, wiedząc, iż pojedyncze sekundy mogą zadecydować, czy Wioletka przeżyje.

Pływać nie potrafiła.

To wiedział na pewno babka sama go szarpnęła raz czy dwa, chciała uczyć wnuczkę, ale nic z tego. Wioletka się bała, a Stasia trzymała z daleka. Ale teraz, gdy nakłapowała się wody z piwnym zapachem, uczepiła się chudego Konika.

Spokojnie! Trzymaj się! objął ją pod szyją, tak jak mama uczyła. A ja będę krzyczał.

Mokre belki, małe ręce, woda wciągała Wioletkę, ale Staś zdołał zebrać resztę sił i wrzasnąć na całe gardło:

Pomocy!

Nie wiedział i nie mógł wiedzieć, iż dzieci zaraz uciekły. Nie wiedział, czy starczy mu sił, by wytrzymać, aż ktoś przybiegnie. Nie wiedział, czy ktokolwiek go usłyszy…

Wiedział tylko jedno mała dziewczynka w różowej sukience musi żyć. Tyle jest piękna na świecie i chwil, których szkoda stracić.

Jego wołanie nie od razu doszło do ludzi.

Stanisława, niosąc na stół upieczoną kaczkę, zadrżała: Gdzie jest Wioletka?!

Nikt nie rozumiał najpierw, czemu gospodyni wrzeszczy jak oszalała. A Konik jeszcze raz czy dwa zawołał, coraz słabiej: Mamo…

A Basia, która wracała z targu do domu, przyspieszyła kroku, o chlebie zapomniała. Przemknęła obok sklepu, nie widząc plotkujących sąsiadek. Po prostu pędziła, jakby czuła, iż coś się stało…

Wpadając na podwórko, zobaczyła, jak Stanisława osuwa się na schodach jej domku. Nie zastanawiała się pognała na tyły, gdzie zwykle bawił się jej syn i usłyszała jego wołanie.

Tu jestem, synku!

Nie musiała zgadywać, skąd głos. Od dawna bała się tej studni nie raz biegała do gminy, by ją zasypali albo zabezpieczyli, ale nikt jej nie słuchał…

Nie było czasu w myślenie. Wpadła do domu, chwyciła sznur do prania i wypadła na ganek.

Za mną! Chwytajcie!

Na szczęście synowej Stanisławy tylko trochę szumiało w głowie i gwałtownie zrozumiał, czego Basia chce. Zawiązał sznur na jej talii.

Dobra, ja trzymam!

Wioletkę Basia złapała od razu. Dziewczynka przytuliła ją i już nie wypuściła. Basię jednak zatrzęsło, kiedy nie mogła wyczuć Stasia. W ciemnej wodzie szukała ręką, aż wyłowiła syna i wrzasnęła:

Ciągnijcie mnie!

I jeszcze unosząc się nad wodą, usłyszała ciche:

Mamo…

Staś spędził potem prawie dwa tygodnie w szpitalu w Lublinie. Wioletka wróciła trochę szybciej przestraszona, ale poza kilkoma zadrapaniami i porwaną suknią nic jej nie było.

Stasia dopadł złamany nadgarstek, trudności z oddychaniem, ale mama była przy nim, a strach o Wioletkę minął. Staś cieszył się, iż wróci do domu, do kotka i książek.

Boże złoty, chłopaku, dzięki tobie… płakała Stanisława, przytulając go. Ja ci dam, co tylko chcesz!

Ale po co? wzruszył chudym ramieniem. Zrobiłem, co trzeba. Przecież jestem chłopak, nie?

Stanisława nie znalazła słów, by odpowiedzieć, tylko ścisnęła go jeszcze raz mocno.

Nie wiedziała jeszcze, iż ten chudy, niezgrabny chłopak, który już zawsze pozostanie Konikiem, za kilka lat jako lekarz, w czasie wojny wyprowadzi spod ognia wypełniony rannymi transporter. I nie pytając, kto swój, kto obcy pomoże każdemu, kto zawoła: mamo…

A na pytanie: Dlaczego pan to robi, skoro pana tak kiedyś traktowali?, odpowie krótko:

Jestem lekarzem. Tak trzeba. Trzeba żyć. Tak jest adekwatnie.

***

Słuchaj, powiem ci jedno matczyna miłość, naprawdę nie ma granic.

Basia, mimo wszystkich trudności i uprzedzeń, kochała Stasia nad życie. Jej wiara i upór pozwoliły mu rozwinąć się i stać się dobrym, mądrym człowiekiem. To najlepszy dowód na to, iż miłością można przenosić góry.

Prawdziwy bohater nie musi być przystojny. Staś niepozorny, ale w głębi duszy dzielny, nie zawahał się ruszyć na ratunek. Jego postawa, nie wygląd, zadecydowała o wszystkim. Pokazuje, iż dobroć, odwaga i litość są tym, co czyni człowieka wielkim.

Sąsiedzi, co plotkowali, musieli pokłonić się przed tym, co pokazało serce Basi i jej syna. Uprzedzenia? Rozpłynęły się, gdy okazało się, kto jest kim… I wiesz, najważniejsze nie mieć żalu, wybaczać, robić, co trzeba, choćby jeżeli inni dla ciebie nie byli okej. Staś odpowiadał po latach: Jestem lekarzem. Tak trzeba. Trzeba żyć!

I powiem ci dobro wraca. Może nie od razu, ale zmienia świat. Szkoda serio czasu w żal, złość i powierzchowność naprawdę liczy się wnętrze.
A jak myślisz, czy dobro zawsze znajduje drogę? Może sam widziałeś, iż najcenniejsze, co mamy, jest w środku człowieka?

Idź do oryginalnego materiału