Spadaj! Mówię ci, idź do siebie! Co tu się kręcisz?! pani Stanisława Brożek z hukiem położyła na stole, pod rozłożystą jabłonią, wielki talerz z gorącymi drożdżówkami i pchnęła sąsiadującego chłopaka. No już, zabieraj się! Ciekawe, kiedy twoja matka wreszcie zacznie na ciebie zwracać uwagę?! Leniuch z ciebie!
Chudy jak patyk, Staś, którego nigdy nie wołano po imieniu, bo wszystkim przylgnęła już do niego ksywa Konik, jednym okiem spojrzał na surową sąsiadkę i powlókł się pod swoje drzwi.
Ogromna, przedwojenna kamienica, podzielona na kilka mieszkań, była zasiedlona tylko częściowo. Żyły w niej dwie i pół rodziny: Pokornowscy, Semeniukowie i Karpenowie Basia z Stasiem.
To właśnie Karpenowie byli tą połówką, która była traktowana jakby jej nie było, ignorowana przez resztę, chyba iż trzeba było kogoś pilnie do czegoś wykorzystać. Basia nie była tam istotną osobą, więc i czasu w nią marnować nie warto.
Poza synem, Basia nie miała już nikogo. Ani męża, ani rodziców. Radziła sobie sama, jak umiała. Często patrzono na nią podejrzliwie, ale szczególnie nikt jej nie dokuczał od czasu do czasu tylko poganiano Stasia, wołając nie inaczej jak Konik przez jego chude, długie ręce i nogi, wielką głowę na cienkiej szyjce jak u źrebaka.
Konik był okropnie niepozorny, bojaźliwy, ale miał w sobie coś niesamowicie dobrego. Nie potrafił przejść obojętnie obok płaczącego dziecka od razu próbował je pocieszać, za co najczęściej obrywało mu się od matek, które nie życzyły sobie dziwoląga blisko swoich dzieci.
Kim jest Strach na wróble, Staś nie wiedział do pewnego czasu. Potem mama dała mu książkę o dziewczynce Dorotce z Oz i wszystko stało się jasne. On sam pomyślał, iż skoro tak go przezywają, to pewnie znają tę historię a Strach na wróble przecież był mądry i dobry, wszystkim pomagał, a w końcu został władcą pięknego miasta.
Basia, gdy usłyszała przemyślenia syna, nie próbowała go wyprowadzać z błędu. Pomyślała niech lepiej myśli o ludziach lepiej, niż są w rzeczywistości. Zła i tak w życiu nie zabraknie jeszcze zdąży go wystarczająco boleśnie doświadczyć. Niech chociaż dzieciństwo ma szczęśliwe…
Swojego synka Basia kochała nad życie. Ojca Stasia wybaczyła już dawno jego nieodpowiedzialność i zdradę przyjęła z pokorą, od razu deklarując położnym na porodówce, iż to jej dziecko jest najpiękniejsze, a nie jakieś nie takie, jak sugerowała pielęgniarka.
Akurat! Mój syn jest najcudowniejszy na świecie!
A kto się kłóci? Rozumny to on raczej nie będzie…
Jeszcze zobaczymy! Basia głaskała malutką buzię Stasia i płakała.
Przez pierwsze dwa lata nieustannie biegała do lekarzy z synem i w końcu wymogła na systemie, by poważniej się nim zajął. Jeździła do miasta, trzęsąc się w starym PKS-owskim autobusie, tuląc do siebie szczelnie opatulonego synka. Współczujące spojrzenia ignorowała, a tych którzy dawali jej dobre rady, potrafiła zrugać:
Oddaj swojego do domu dziecka mój zostaje ze mną! I rad się ode mnie trzymać!
Z czasem Staś wyrównał w rozwoju, nabrał trochę ciała, choć przez cały czas nie grzeszył urodą. Głowa większa, sylwetka chuda, Basia walczyła z tym jak tylko umiała. Odbierała sobie, byle jemu zostawić najlepsze i to przyniosło efekty. Staś mniej chorował, lekarze kiwały z uznaniem głową, widząc, jak krucha Basia tuli do siebie swojego Konika.
Takich matek jak ty, to ze świecą szukać! Dziecku groziła niepełnosprawność, a teraz? Proszę, jaki bohater!
No! Mój chłopczyk jest właśnie taki!
Mówimy o tobie, Basiu! Ty to jesteś prawdziwa bohaterka!
Basia tylko wzruszała ramionami przecież to naturalne, iż kocha się swoje dziecko i dba o nie! Gdzie tu zasługa?
Zanim Staś poszedł do szkoły, już czytał, pisał i liczył chociaż strasznie się jąkał, co czasami przekreślało wszystkie jego zalety. Staś, starczy. Dziękuję! ucinała nauczycielka i przekazywała czytanie komu innemu. Potem narzekała w pokoju nauczycielskim, iż chłopak mądry, ale nie da się go słuchać przy tablicy. Na jego szczęście, po dwóch latach poszła na urlop macierzyński, a klasę Stasia dostała inna nauczycielka.
Pani Maria Ilczuk była już w wieku emerytalnym, ale charakter miała żelazny i dzieci kochała jak na początku swojej kariery. gwałtownie rozpoznała, co w Stasiu siedzi, wysłała Basię do dobrego logopedy, a Staś miał wykonywać prace pisemnie.
Świetnie piszesz, Jesteś moim ulubionym uczniem!
Staś rozkwitał od tych słów, a pani Maria czytała na forum klasy jego odpowiedzi, podkreślając, jaki to ma talent. Basia płakała ze wzruszenia, gotowa była ręce całować nauczycielce, ale pani Maria za każdym razem gasiła entuzjazm.
Pani Basiu, pani oszalała! To mój obowiązek! Chłopak będzie miał się dobrze zobaczy pani!
Do szkoły Staś śmigał jak na sprężynie, co bawiło wszystkich sąsiadów.
O! Nasz Konik już podskakuje to i my się ruszamy! szeptały przekupki, a potem cmokały z żalem, iż tak natura skrzywdziła dziecko. Po co go matka zostawiła, szkoda, takie będzie miało życie…
Basia wiedziała, co o niej i o synu myślą inni. Ale nie wdawała się w kłótnie uważała, iż jeżeli komuś Bóg dał zimne serce, to i tak nie zmusi się go do człowieczeństwa. Szkoda na nich czasu lepiej posadzić jeszcze jedną różę pod oknem, albo zrobić porządki.
Podwórko, kwietniki pod każdym oknem, niewielki sad za domem wszystko bez formalnych podziałów, z niewypowiedzianą umową, iż kawałek terenu przy schodkach należy do tego, komu schodki prowadzą do mieszkania.
Basi działka była najpiękniejsza rosły tam róże i rozłożysty bez, a schodki Basia wyłożyła kawałkami starej terakoty, którą załatwiła u dyrektora domu kultury. Akurat był tam remont i sterta stłuczki błyszczała w słońcu jak skarb nieznanej krainy.
Dajcie mi tę terakotę! wpadła Basia do gabinetu dyrektora.
Czego ty chcesz? spojrzał zdumiony.
Tej stłuczki! Na schodki!
Dyrektor się tylko uśmiechnął, ale zabrać pozwolił. Basia pożyczyła taczkę od sąsiadów i do późnego wieczora przebierała wśród odłamków, wybierając odpowiednie do wzoru. Potem z dumą przemierzyła całe osiedle, taczka przed sobą, a na niej dumnie siedział jej Konik.
Na co jej ten gruz? dziwiły się sąsiadki.
Ale kilka tygodni później wszyscy zaniemieli, widząc, co Basia z tego zrobiła…
Nigdy nie była w muzeum ani za granicą, nie widziała greckich fresków ni byzantyjskich świątyń. Ale miała świetny gust i wyczucie piękna. Schody z kawałków ceramiki przyciągały całe osiedle kto przyszedł, ten podziwiał.
Patrz, no! Arcydzieło!
Basia była nieporuszona zdziwieniem sąsiadów. Najważniejsze słowa usłyszała od syna:
Mamo, jak tu pięknie…
Staś siedział na schodku, przesuwał palcem po barwnych odłamkach i był prawdziwie szczęśliwy a Basia znowu się wzruszała. Bo jej chłopiec był szczęśliwy
Nie miał w życiu zbyt wielu powodów do radości. Pochwała w szkole, czułość matki, od czasu do czasu coś dobrego do jedzenia i przytulenie z szeptem: jaki ty jesteś mądry, dobry chłopak to wszystko.
Staś nie miał prawie żadnych przyjaciół nie nadążał za chłopakami, a czytał dużo chętniej niż grał w piłkę. Dziewczynki trzymano od niego z daleka, zwłaszcza pani Stanisława, ta z początku, która miała trzy wnuczki w wieku pięciu, siedmiu i dwunastu lat.
choćby się do nich nie zbliżaj! groziła mu pięścią. To nie dla ciebie!
Co się kryło pod jej trwałą ondulacją, nie wiedział nikt, ale Basia nakazała Stasiowi omijać Stanisławę i jej wnuczki szerokim łukiem.
Po co ją drażnić? Jeszcze się rozchoruje…
Konik był posłuszny. choćby tego dnia, kiedy Stanisława szykowała wielką rodzinną imprezę, tylko przeszedł mimo sadu wcale nie chciał dołączać do zabawy.
O, ja cię… westchnęła babka, przykrywając stos drożdżówek haftowaną ściereczką. Powiedzą zaraz, iż jestem sknera! Chwila!
Wyjęła dwa drożdżówki i dogoniła Stasia.
Masz! Tylko nie pokazuj się tu więcej. Mamy imprezę. Siedź cicho u siebie, dopóki matka nie wróci z pracy. Zrozumiałeś?
Staś kiwnął tylko głową, podziękował i wziął drożdżówki. Babcia już o nim nie pamiętała rodzina, goście, zaraz miały przyjechać dzieci, a świętowali urodziny najmłodszej i ukochanej wnuczki, Wioletki. Syn słabej, dziwacznej sąsiadki, nie był jej do niczego potrzebny!
Niepotrzebnie dzieci straszyć tym wyłupiastym… Stanisława westchnęła, przypominając sobie jak próbowała przekonać Basię, by oddała dziecko.
Po co ci, Basiu, dziecko? Nie dasz mu drogi. Spije się, gdzieś pod płotem zamarznie.
Widziała mnie pani kiedyś z kieliszkiem? odcięła się Basia.
To nie ma nic do rzeczy! Takim biedakom jedna droga pisana! Nic ci rodzice nie zostawili, dzieciakowi też nic nie zostanie! Matki z ciebie nie będzie! Po co go męczyć? Oddaj, póki czas!
Basia od tego czasu przestała się z nią witać z dumą nosiła swój dziwny, niezdarny brzuch i choćby nie patrzyła na sąsiadkę.
Głupia, złaś się na mnie? Ja ci dobrze życzę! łamała się Stanisława.
W pani dobrze to aż niedobrze! Mam mdłości! odpyskowała Basia, głaszcząc brzuch i szepcząc przytulnie: Nie bój się, maleńki. Nikt cię nie skrzywdzi!
O tym, ile razy go skrzywdzono przez niespełna osiem lat życia, Staś nie mówił mamie nigdy. Zawsze jej żałował. Jak bolało bardzo płakał gdzieś w kącie, ale nie pisnął słowa. Rozumiał, iż ona by cierpiała bardziej niż on sam. Obraza spływała po nim jak woda po kaczce, nie zostawiał goryczy. Dziecięce łzy zmywały wszystko, a po pół godzinie już choćby nie pamiętał, kto mu co powiedział, tylko żałował dziwnych dorosłych, którzy nie rozumieją prostego faktu:
Żyć bez urazy i złości jest o niebo lżej…
Stanisławy Staś już się nie bał, ale sympatii też nie żywił. Kiedy tylko groziła mu palcem czy powiedziała coś przykre, zwiewał gdzie pieprz rośnie. A gdyby ją ktoś spytał, co Staś o tym wszystkim myśli, bardzo by się zdziwiła.
On jej po prostu żałował. Z serca. Szkoda mu było tej kobiety, która marnowała swoje chwile na złość.
A dla niego czas był najcenniejszy. Wiedział, iż nie można go odzyskać, kupić, wyprosić za papierek po cukierku.
A dorośli tego nie rozumieli…
Siedząc na parapecie w swoim pokoju, Staś chrupał drożdżówkę i patrzył, jak po łące za domem biegają wnuczki Stanisławy i inne dzieci, które przyszły na urodziny Wioletki. Jubilatka kręciła się w różowej sukience i Staś patrzył na nią zauroczony jakby była baśniową wróżką.
Dorośli ucztowali przy dużym stole przed gankiem Stanisławy, dzieci po zabawie pobiegły z piłką za stary studzien. Staś zgadł od razu, gdzie zniknęli, więc popędził do sypialni mamy z tego okna widział łąkę jak na dłoni i długo obserwował grę, klaszcząc w dłonie i ciesząc się ich szczęściem.
Ktoś się zmęczył, wrócił do domu, ktoś zaczął nową zabawę. A tylko dziewczynka w różowej sukience kręciła się przy starej studni i to zwróciło uwagę Konika.
Mama nie raz mówiła mu, żeby nie podchodzić do studni, bo zrąb był spróchniały, nikt już z niej nie korzystał, ale woda była. Wpadniesz i koniec! Słowa nikt nie usłyszy! Rozumiesz? Staś kiwał głową, obiecywał trzymać się z daleka.
Mignęła mu na moment różowa plama przy studni a kiedy spojrzał, zbladł: Wioletki nie było…
Wypadł z klatki i od razu zorientował się, iż nie ma jej także przy stole. Nie wpadł na to, żeby zawołać o pomoc. Po prostu wybiegł na tyły domu, choćby nie słysząc, jak Stanisława wrzeszczy za nim:
Komu powiedziałam: siedź w domu?!
Dzieci, zapatrzone w swoją grę, nie zauważyły nieobecności dziewczynki ani tego, jak Staś podbiegł do studni i zobaczył w głębi blade światełko. Zakrzyknął:
Trzymaj się ściany!
Nie chcąc jej potrącić, położył się na brzegu studni, opuścił nogi, prześliznął się przez spróchniałe belki i zanurzył w ciemność.
Skoczył bez wahania, wiedząc, iż pojedyncze sekundy mogą zadecydować, czy Wioletka przeżyje.
Pływać nie potrafiła.
To wiedział na pewno babka sama go szarpnęła raz czy dwa, chciała uczyć wnuczkę, ale nic z tego. Wioletka się bała, a Stasia trzymała z daleka. Ale teraz, gdy nakłapowała się wody z piwnym zapachem, uczepiła się chudego Konika.
Spokojnie! Trzymaj się! objął ją pod szyją, tak jak mama uczyła. A ja będę krzyczał.
Mokre belki, małe ręce, woda wciągała Wioletkę, ale Staś zdołał zebrać resztę sił i wrzasnąć na całe gardło:
Pomocy!
Nie wiedział i nie mógł wiedzieć, iż dzieci zaraz uciekły. Nie wiedział, czy starczy mu sił, by wytrzymać, aż ktoś przybiegnie. Nie wiedział, czy ktokolwiek go usłyszy…
Wiedział tylko jedno mała dziewczynka w różowej sukience musi żyć. Tyle jest piękna na świecie i chwil, których szkoda stracić.
Jego wołanie nie od razu doszło do ludzi.
Stanisława, niosąc na stół upieczoną kaczkę, zadrżała: Gdzie jest Wioletka?!
Nikt nie rozumiał najpierw, czemu gospodyni wrzeszczy jak oszalała. A Konik jeszcze raz czy dwa zawołał, coraz słabiej: Mamo…
A Basia, która wracała z targu do domu, przyspieszyła kroku, o chlebie zapomniała. Przemknęła obok sklepu, nie widząc plotkujących sąsiadek. Po prostu pędziła, jakby czuła, iż coś się stało…
Wpadając na podwórko, zobaczyła, jak Stanisława osuwa się na schodach jej domku. Nie zastanawiała się pognała na tyły, gdzie zwykle bawił się jej syn i usłyszała jego wołanie.
Tu jestem, synku!
Nie musiała zgadywać, skąd głos. Od dawna bała się tej studni nie raz biegała do gminy, by ją zasypali albo zabezpieczyli, ale nikt jej nie słuchał…
Nie było czasu w myślenie. Wpadła do domu, chwyciła sznur do prania i wypadła na ganek.
Za mną! Chwytajcie!
Na szczęście synowej Stanisławy tylko trochę szumiało w głowie i gwałtownie zrozumiał, czego Basia chce. Zawiązał sznur na jej talii.
Dobra, ja trzymam!
Wioletkę Basia złapała od razu. Dziewczynka przytuliła ją i już nie wypuściła. Basię jednak zatrzęsło, kiedy nie mogła wyczuć Stasia. W ciemnej wodzie szukała ręką, aż wyłowiła syna i wrzasnęła:
Ciągnijcie mnie!
I jeszcze unosząc się nad wodą, usłyszała ciche:
Mamo…
Staś spędził potem prawie dwa tygodnie w szpitalu w Lublinie. Wioletka wróciła trochę szybciej przestraszona, ale poza kilkoma zadrapaniami i porwaną suknią nic jej nie było.
Stasia dopadł złamany nadgarstek, trudności z oddychaniem, ale mama była przy nim, a strach o Wioletkę minął. Staś cieszył się, iż wróci do domu, do kotka i książek.
Boże złoty, chłopaku, dzięki tobie… płakała Stanisława, przytulając go. Ja ci dam, co tylko chcesz!
Ale po co? wzruszył chudym ramieniem. Zrobiłem, co trzeba. Przecież jestem chłopak, nie?
Stanisława nie znalazła słów, by odpowiedzieć, tylko ścisnęła go jeszcze raz mocno.
Nie wiedziała jeszcze, iż ten chudy, niezgrabny chłopak, który już zawsze pozostanie Konikiem, za kilka lat jako lekarz, w czasie wojny wyprowadzi spod ognia wypełniony rannymi transporter. I nie pytając, kto swój, kto obcy pomoże każdemu, kto zawoła: mamo…
A na pytanie: Dlaczego pan to robi, skoro pana tak kiedyś traktowali?, odpowie krótko:
Jestem lekarzem. Tak trzeba. Trzeba żyć. Tak jest adekwatnie.
***
Słuchaj, powiem ci jedno matczyna miłość, naprawdę nie ma granic.
Basia, mimo wszystkich trudności i uprzedzeń, kochała Stasia nad życie. Jej wiara i upór pozwoliły mu rozwinąć się i stać się dobrym, mądrym człowiekiem. To najlepszy dowód na to, iż miłością można przenosić góry.
Prawdziwy bohater nie musi być przystojny. Staś niepozorny, ale w głębi duszy dzielny, nie zawahał się ruszyć na ratunek. Jego postawa, nie wygląd, zadecydowała o wszystkim. Pokazuje, iż dobroć, odwaga i litość są tym, co czyni człowieka wielkim.
Sąsiedzi, co plotkowali, musieli pokłonić się przed tym, co pokazało serce Basi i jej syna. Uprzedzenia? Rozpłynęły się, gdy okazało się, kto jest kim… I wiesz, najważniejsze nie mieć żalu, wybaczać, robić, co trzeba, choćby jeżeli inni dla ciebie nie byli okej. Staś odpowiadał po latach: Jestem lekarzem. Tak trzeba. Trzeba żyć!
I powiem ci dobro wraca. Może nie od razu, ale zmienia świat. Szkoda serio czasu w żal, złość i powierzchowność naprawdę liczy się wnętrze.
A jak myślisz, czy dobro zawsze znajduje drogę? Może sam widziałeś, iż najcenniejsze, co mamy, jest w środku człowieka?





![PILNE: Gigantyczne wycofanie mleka dla niemowląt! Na liście Bebiko i Bebilon [PEŁNA LISTA PARTII]](https://olsztynnews.com.pl/wp-content/uploads/2026/02/Black-And-Red-Modern-Breaking-News-Instagram-Post_20251107_065724_0000-1-129.webp)






