– Wynoś się stąd! – wrzasnął Bartek. – Co ty, synku… – teściowa zaczęła się podnosić, trzymając się za stół. – Nie jestem twoim synkiem! – Bartek chwycił jej torbę i rzucił ją do przedpokoju. – Żeby cię tu więcej nie było! – Wynoś się stąd! – wrzasnął Bartek. Maria zadrżała – przez sześć lat nigdy nie słyszała, żeby tak krzyczał. – Co ty, synku… – teściowa próbowała się podnieść, chwytając się za stół. – Nie jestem twoim synkiem! – Bartek chwycił torbę matki i rzucił ją do korytarza. – Żeby cię tu więcej nie było! …Hania spała szeroko rozrzuconymi rączkami, jak morska gwiazda. Maria poprawiła kołderkę. Lubiła tak patrzeć na córeczkę – tyle lat o niej marzyła, tyle sił włożyła, żeby zostać matką. Wrócił mąż z nocnej zmiany – poznała po szmerze w przedpokoju. Maria wyszła z dziecięcego pokoju, zamykając cicho drzwi. Bartek zdejmował buty. Był zmęczony i wyraźnie schudł. Pracował jak wół, żeby jak najszybciej spłacić kredyty zaciągnięte na in vitro. – Śpi? – zapytał szeptem. – Śpi. Zjadła i od razu zasnęła. Bartek przyciągnął Marię do siebie, wtulił twarz w jej szyję. Rzadko mówił o miłości, ale Maria wiedziała, iż jest jej wdzięczny do szaleństwa. Za to, iż nie odeszła, za to, iż nie zamieniła go na „zdrowego”, za to, iż go uszczęśliwiła. W wieku szesnastu lat Bartek przeszedł świnkę „na nogach” – wstydził się powiedzieć matce, iż coś go boli i puchnie… A kiedy powiedział, było już za późno. Powikłania oznaczały niemal stuprocentową bezpłodność. – Mama dzwoniła – powiedział cicho Bartek, nie puszczając Marii. Maria zesztywniała. – I czego chce pani Halina? – Przyjeżdża. Będzie koło południa. Mówi, iż upiekła ciasta, tęskniła. Maria westchnęła, uwolniła się z objęć męża. – Bartek, może lepiej nie? Ostatnio doprowadziła mnie do histerii swoimi radami o płukaniu sodą. – Maria, no wiesz… To matka. Bardzo chce zobaczyć wnuczkę. Rok minął, a Hanię widziała tylko na zdjęciu. W końcu babcia. – Babcia – gorzko uśmiechnęła się Maria. – Która mówi, iż nasza córka jest „podrzutkiem”. Córkę – Hanię – adoptowali rok temu. Kolejki po zdrowe noworodki w ich województwie były takie, iż można było osiwieć… Pomogły znajomości, gruby koperta „na potrzeby oddziału” i rozważna położna. Dziewczynka przyszła na świat zaledwie u szesnastoletniej, przestraszonej licealistki, której dziecko złamałoby życie. Maria do dziś pamięta ten dzień: maleńka paczuszka, 3200 gramów, i błękitne oczka patrzące z kołyski. – Dobrze – Maria odwróciła się. – Niech przyjeżdża. Przetrwamy. Ale jeżeli znowu zacznie… – Nie zacznie – obiecał Bartek. – Naprawdę. Teściowa zjawiła się w południe. Halina weszła do mieszkania i od razu zajęła całą przestrzeń. Była rosła, głośna, z tą wiejską energią, której nie powstrzyma żaden koń, która zgasi dom i wyprowadzi wszystkich z równowagi. – Ojej, matko Boska! – jęknęła już w progu, stawiając kraciastą torbę w przedpokoju. – Dojechać do was – koszmar! W pociągu duszno, w metrze tłok! – Co wy tak wysoko mieszkacie? Winda huczy, trzęsie się, myślałam, iż ducha wyzionę! – Dzień dobry, mamo – Bartek złożył jej pocałunek na policzku, zabierając ciężką torbę. – Chodź, umyj ręce. Halina zdjęła płaszcz, ukazując światu kwiecistą sukienkę, mocno opiętą na jej masywnej sylwetce, i od razu przyjrzała się Marii. Zmierzyła ją od góry do dołu, jak konia na targu. – Witaj, pani Halino – uśmiechnęła się Maria. – Witaj, witaj – teściowa zacisnęła wargi. – Coś ty, Mario, zupełnie przeźroczysta. Skóra i kości. Za co mąż ma się złapać? Patrzę, a Bartek też mizerny. Nie karmisz go? Sama jesz trawę, a męża głodzisz? – Bartek dobrze się odżywia – ucięła Maria, czując rumieńce na policzkach. – Proszę do stołu. W kuchni Halina od razu rozpakowała torbę – wyjęła pojemniki z ciastem, słoik ogórków, kawałek słoniny. – Jedzcie – powiedziała. – Bo w tym waszym mieście sama chemia. Plastik gryziecie. Ciężko usiadła przy stole, opierając łokcie. – No, opowiadajcie. Jak żyjecie? Spłaciliście już te… swoje eksperymenty? Maria ścisnęła widelczyk. Eksperymenty! Tak nazywała sześć lat bólu, nadziei i rozpaczy. – Niemal spłaciliśmy, mamo – burknął Bartek, nakładając sałatkę. – Nie rozmawiajmy o pieniądzach. – O czym więc? – zdziwiła się teściowa, odgryzając ciasto. – O pogodzie? U nas w Chotomowie u Koli, twojego brata, trzecie się urodziło. Dziewczynka zdrowa, śliczna! Cztery kilo! A Terenia, siostra, bliźniaki nosi. To jest rasa! Nasza rodzina, Bartek, mocna. Jesteśmy płodni. Spojrzała znacząco na Marię. – Jak się genów nie psuje oczywiście… Maria odłożyła widelczyk. – Pani Halino, ta rozmowa już była sto razy. Problem nie jest we mnie. Mamy wyniki badań. – Daj spokój! – machnęła ręką teściowa. – Lekarze te papierki wypisują, żeby kasę wyciągać. Świnka… też byś powiedziała! – Pół wsi chłopaków to miało, a każdy ma siedmioro dzieci. – To tobie, Bartek, żona naopowiadała, żeby zakryć swoje braki. – Mamo! – Bartek stuknął w stół dłonią. – Wystarczy! Halina teatralnie złapała się za serce. – Na matkę głos podnosisz! Pięcioro wychowałam, wiem, co to życie! Widzę – wąska cała, biodra dziewczęce. Skąd tam dzieci? Pustak. – Jesteśmy szczęśliwi, mamo – cicho powiedział Bartek. – Mamy córkę Hanię. – Córkę… – prychnęła Halina. – Pokaż mi ją chociaż. Przeszli do pokoju dziecka. Hania już się obudziła, siedziała w łóżeczku, bawiąc się pluszowym misiem. Zobaczywszy obcą panią, zmarszczyła brwi, ale nie popłakała się. Miała zadziwiająco spokojny charakter. Halina podeszła do łóżeczka. Maria stanęła obok, gotowa w każdej chwili zabrać dziecko – po teściowej można się wszystkiego spodziewać. Teściowa długo patrzyła na dziewczynkę, mrużyła oczy. W końcu wyciągnęła rękę, dotknęła pucołowatej buzi. Hania odsunęła się. – No i po kim ona taka? – niechętnie zapytała teściowa. – Oczy jakieś czarne. U nas w rodzinie wszyscy jasnookie. – Oczy są niebieskie – poprawiła Maria. – Granatowe. – A nos? Kartoflany. Ty, Mario, masz ostry, Bartek – prosty. A tu… Wyprostowała się, otrzepała ręce jakby się ubrudziła. – Obca krew, jest obca! Wrócili do kuchni. Bartek nalał sobie wody, ręce mu drżały. – Posłuchaj, mamo – zaczął łagodnie. – Kochamy Hanię! Jest nasza! Zdaniem dokumentów, sercem – wszystkim. – I będziemy jeszcze próbować sami. Lekarze mówią, iż szanse są, choć nieduże. Ale choćby jeżeli się nie uda – już mamy rodzinę. Halina siedziała, zaciskając usta. Rozsadzało ją. Matce pięciorga dzieci, babci dwunastu wnuków, bolało ją wręcz patrzeć, jak jej syn „marnuje życie na cudze”. – Głupiś ty, Bartek – westchnęła wreszcie. – Oj głupiś! Trzydzieści pięć lat masz. Chłop w sile wieku, a niańczysz się z podrzutkiem! – Nie mów tak o niej! – krzyknęła Maria. – A jak mam mówić? Księżniczką? – Lepiej już byś zamilkła! Sama rodzić nie możesz, męża ogłupiłaś. Łapówkę daliście… Kupiliście, jak kota na bazarze! – To nasze dziecko! – Dziecko to jak własne! Gdy nocami nad nim czuwasz, gdy toksykoza, gdy rodzisz w bólach! – A to… – machnęła ręką w stronę pokoju dziecka. – Zabawa w córeczkę. Wzięliście gotowe z jakiejś młodej latawicy. – Genów siekierą nie wyrąbiesz! Wyrośnie – pokaże wam „niebo w diamentach”. Pójdzie na złe! Jak matka! Oddajcie ją, póki czas! Maria zobaczyła, jak oczy Bartka się rozszerzyły. Wstał powoli. – Wynoś się – powiedział cicho. Halina była zaskoczona. – Co? – Wynoś się stąd! – wrzasnął Bartek. Maria zadrżała – przez sześć lat nigdy nie słyszała, żeby mąż tak krzyczał. – Co ty, synku… – teściowa próbowała się podnieść, chwytając się za stół. – Nie jestem twoim synkiem! – Bartek chwycił jej torbę i rzucił ją do korytarza. – Żeby cię tu więcej nie było! Oddać? Dziecko oddać?! Człowieka z rzeczą pomyliłaś? To moja córka! Moja! A ty… ty… Zatkało go. – Jesteś potworem, a nie matką! Wracaj sobie do wsi i licz swoich „rasowych”. Do nas się nie wtrącaj! Nigdy więcej! Z pokoju dziecka rozległ się płacz. Maria rzuciła się do drzwi, ale zastygła, widząc, jak zmienia się twarz teściowej. Z czerwonej przechodziła w ziemistą szarość. Halina otworzyła usta, łapała powietrze jak ryba wyrzucona na brzeg. Ręka, którą trzymała się za serce, zacisnęła się na sukience. – Bartek… – wycharczała. – Pali… Jak piecze… I zaczęła się osuwać, ciężko jak worek z ziarnem, przewracając krzesło. Łoskot upadku mieszał się z płaczem dziecka. Maria wezwała karetkę. Bartek klęczał przy matce, trzęsącymi się rękami rozpinał jej kołnierz. – Mamo, co się dzieje? Mamo, oddychaj! Halina charczała. Lekarze przyjechali szybko. Z progu ratownik zakrzyknął: – Zawał serca! Rozległy. Nosze! Szybko! Kiedy drzwi za lekarzami się zamknęły, Bartek usiadł na podłodze w przedpokoju, opierając się o ścianę. Patrzył na zapomnioną przez matkę chustkę na komodzie. – To ja ją wykończyłem? – zapytał. Maria usiadła obok, ujęła lodowatą dłoń męża. – Nie. To ona sama. Ze złości. – Przecież to matka, Mario. – Zaproponowała, żeby wyrzucić naszą córkę, jak wadliwy towar. Bartek, obudź się! Broniłeś rodziny. Telefon w kieszeni Bartka zaczął wibrować po godzinie. Dzwoniła siostra, Terenia. Potem brat Kola. Bartek nie odbierał. Przyszła wiadomość od ciotki: – Mama jest w szpitalu. Lekarze mówią, iż szanse są nikłe. Doprowadziłeś ją, potworze? Żebyś zdechł! Przeklinamy cię całą rodziną! Nie pokazuj się nawet! – No i już. Nie mam już rodziny. Maria objęła go za ramiona. Czuła, jak mąż drży. – Masz – powiedziała stanowczo. – Masz mnie. Masz Hanię. My jesteśmy twoją rodziną. Prawdziwą. Tą, która nie zdradzi. Wstała, pociągnęła go za rękę. – Chodź. Hanię trzeba nakarmić. Przestraszyła się. Wieczorem siedzieli w kuchni. Córeczka, już uspokojona, bawiła się klockami przy ich nogach. Bartek patrzył na nią, jakby widział pierwszy raz. – Wiesz – powiedział nagle. – Mama miała w jednym rację. Maria zesztywniała. – W czym? – Genów palcem nie przetrzesz. Ale geny to nie tylko kolor oczu czy kształt nosa. To umiejętność kochania. Mama miała pięcioro dzieci, a miłości w niej… jak w kamieniu. Może ja sam jestem adoptowany? Bo przecież umiem kochać… Prawda, maleńka? Pochylił się, podniósł córkę na ręce. Dziewczynka złapała go za nos i roześmiała się. – Tata – powiedziała wyraźnie pierwszy raz. Bartek zamarł. Łzy, które tamował cały dzień, spływały po policzkach na różowy kombinezonik. – Tata – powtórzył. – Tak, maleńka. Jestem tatą. I nikomu cię nie oddam. Matka przeżyła, ale Bartek już z nią nie rozmawia. Dla rodziny stał się wrogiem publicznym numer jeden. Maria wstydzi się to przyznać, ale jest szczęśliwa, iż tak się stało. Życie bez wiecznych urazów i drwin jest łatwiejsze. Po co im tacy krewni? Bez nich też jest dobrze… Co sądzicie o monologu matki? Piszcie w komentarzach, zostawiajcie polubienia!

newskey24.com 3 godzin temu

Dziś wydarzyło się coś, czego nigdy nie zapomnę. Wciąż czuję drżenie rąk, kiedy o tym piszę. Cała ta sytuacja wydarzyła się tak nagle choć może od dawna na nią czekałam.

Wynoś się! krzyknął Bartek.

Zamarłam. Przez sześć lat nie słyszałam, żeby w ten sposób podniósł głos.

Co ty mówisz, synku teściowa podniosła się z trudem, łapiąc się za brzeg stołu.

Nie jestem twoim synkiem! Bartek chwycił jej torbę i rzucił ją do przedpokoju. Żeby cię tu więcej nie było!

Mała Anusia spała rozrzucona jak morska gwiazda. Poprawiłam jej kołderkę, stojąc cicho przy łóżeczku. Tak bardzo pragnęłam jej przez lata, tyle sił kosztowało mnie, żeby zostać matką.

Bartek wrócił z nocnej zmiany poznałam go po szmerze w przedpokoju. Wyszłam z pokoiku, zamykając cicho drzwi za sobą. Bartek zdejmował buty. Schudł, był wyraźnie zmęczony harował jak wół, żeby jak najszybciej spłacić kredyty na leczenie niepłodności.

Śpi? spytał szeptem.

Śpi. Najadła się i od razu zasnęła.

Bartek objął mnie mocno, wtulił twarz w moją szyję. Rzadko mówił o miłości, ale wiedziałam, iż jest mi wdzięczny ponad wszystko. Za to, iż nie odeszłam, iż nie zamieniłam go na zdrowszego, za to, iż podarowałam mu szczęście.

W wieku szesnastu lat Bartek przeszedł świnkę zbagatelizował objawy, wstydził się powiedzieć matce, co mu dolega. Gdy już wyznał, było za późno, powikłania zostawiły prawie stuprocentową niepłodność.

Mama dzwoniła powiedział Bartek, ściskając mnie mocno.

Napięłam się.

I czego chce Pani Danuta?

Przyjedzie. W południe będzie. Upiekła ciasta, mówi, iż się stęskniła.

Westchnęłam, uwalniając się z objęć męża.

Bartku, może lepiej nie? Ostatnio doprowadziła mnie do szału tymi swoimi radami o płukaniu kobiecych spraw sodą.

Maju, mama tylko wnuczkę chce zobaczyć. Rok minął, Anusię zna tylko ze zdjęcia. Jest babcią.

Babcią uśmiechnęłam się gorzko. Która uważa naszą córkę za znalezione dziecko.

Anusię adoptowaliśmy rok temu. Kolejki po zdrowe noworodki w naszym województwie były tak długie, iż można by osiwieć, czekając. Pomogły kontakty, koperta z paroma tysiącami złotych na potrzeby oddziału i zdrowy rozsądek zaprzyjaźnionej położnej.

Dziewczynka była córką bardzo młodej, przerażonej licealistki; dziecko złamałoby jej życie. Pamiętam tamten dzień: maleńki, trzykrotny pakunek i te niebieskie oczka, patrzące ufnie na świat.

Dobra powiedziałam. Niech przyjeżdża. Przetrwamy to. Ale jeżeli znowu zacznie

Nie zacznie obiecał Bartek. Przysięgam.

Teściowa zjawiła się w południe. Pani Danuta weszła do mieszkania z impetem, jakby wchodziła do własnego domu.

Była wysoką, głośną kobietą z wiejską charyzmą typ osoby, która potrafi zatrzymać konia, ugasić pożar w chałupie albo przewrócić ci stół w kuchni.

O, Jezu! jęknęła w progu, stawiając w przedpokoju wielką torbę. Ledwo się tu dostałam! W pociągu duszno, w tramwaju ścisk!

Co wy tak wysoko mieszkacie? Winda trzęsie się jak szalona, myślałam, iż nie dożyję!

Dzień dobry, mamo Bartek pocałował ją w policzek, zabierając torbę. Chodź, umyj ręce.

Pani Danuta zrzuciła płaszcz, demonstrując światu kwiecistą sukienkę podkreślającą jej posturę. Od razu spojrzała na mnie badawczo z góry do dołu, jak byka na jarmarku.

Witajcie, witajcie przywitała się, zaciskając usta. Wyglądasz, Majko, jakby wiatr cię przewiał. Same kości. Za co twój chłop ma się trzymać?

Bartek zmarniał. Pewnie go głodzisz, a sama zieleninę przeżuwasz?

Bartek dobrze się odżywia odpowiedziałam, czując jak policzki oblewa mi rumieniec. Zapraszam do stołu.

W kuchni teściowa zaraz zaczęła wypakowywać torbę wyciągnęła pojemniki z drożdżówkami, słoik ogórków, kawałek boczku.

Jedzcie. W tym waszym mieście sama chemia, zaraz plastikiem się zadusicie.

Usiadła ciężko przy stole, opierała się łokciami o blat.

No, opowiadajcie, jak tam życie? Spłaciliście już te swoje eksperymenty?

Zacisnęłam widelec. Eksperymenty! Tak nazywała sześć lat bólu, nadziei i rozpaczy.

Prawie spłaciliśmy, mamo mruknął Bartek, nakładając sobie sałatkę. Nie rozmawiajmy o pieniądzach.

To o czym tu gadać? O pogodzie? U nas na wsi, u Kuby, twojego brata, trzecia córka się urodziła. Silna, zdrowa! Cztery kilo! A siostra, Anka, bliźnięta nosi. Widzisz, to jest nasza krew!

Nasza rodzina, Bartku, jest mocna my płodne rody. Spojrzała na mnie z przekąsem.

jeżeli ktoś nie psuje genów, oczywiście

Odłożyłam widelec powoli.

Pani Danuto, rozmawiałyśmy już o tym sto razy. Sprawa nie jest we mnie. Mamy dokumenty medyczne.

Co ty mi tu za papiery pokazujesz machnęła teściowa ręką. Lekarze tylko na tym zarabiają! Świnka?! Słyszałam już te bajki.

U nas na wsi chłopaki przechodzili i każdy ma po siedmioro dzieci!

To ci twoja żona naopowiadała, żeby ukryć swoje problemy.

Mamo! Bartek uderzył dłonią w stół. Dość!

Pani Danuta teatralnie złapała się za serce.

Nie podnoś głosu na matkę! Wychowałam pięcioro dzieci, życie znam. Widzę, iż twoja żona jest wąska, dziewczęce biodra, skąd tu dzieci brać? Pusty kwiat.

Jesteśmy szczęśliwi, mamo powiedział Bartek cicho. Mamy córeczkę: Anusię.

Córeczkę fuknęła teściowa. Pokaż ją chociaż.

Poszliśmy do dziecięcego pokoju. Anusia właśnie się obudziła, siedziała w łóżeczku, bawiąc się pluszowym misiem.

Pani Danuta patrzyła długo na małą, mrużyła oczy. Sięgnęła ręką, dotknęła pucołowatej buzi. Ania odsunęła się.

A do kogo ona podobna? Oczy jakieś ciemne. U nas w rodzinie wszyscy jasnooki!

Ma niebieskie oczy poprawiłam ją. Granatowe.

A nos? Kartofel. Twój ostry, Bartka prosty. A tu?

Wyprostowała się, strzepnęła ręce, jakby się pobrudziła.

Obca krew, to i obca.

Wróciliśmy do kuchni. Bartek nalał sobie wody, ręce mu drżały.

Mamo, posłuchaj zaczął miękko. Kochamy Anusię! Jest nasza! I według papierów, i według serca.

Spróbujemy też sami, lekarze mówią, iż szanse są, choć małe. Ale choćby jak się nie uda już mamy rodzinę.

Pani Danuta zacisnęła usta. Niemal kipiała ze złości. Dla niej, matki pięciorga, babci dwunastu wnuków, to był ból jej syn tracił życie dla obcego.

Jesteś naiwny, Bartku wyjęczała w końcu. Trzydzieści pięć lat! Mężczyzna jak się patrzy, a ty się zajmujesz podrzutkiem!

Nie nazywaj tak mojej córki! krzyknęłam.

A jak mam ją nazywać? Księżniczką? Sama dzieci mieć nie możesz, chłopa do szaleństwa doprowadziłaś. Zapłaciliście kupiliście dziecko jak kota na targu!

To jest nasze dziecko!

Dziecko to własne, jak nosisz w sobie przez dziewięć miesięcy, gdy mdłości, poród w bólach!

A to? Machnęła ręką w stronę pokoiku. Zabawa w dom. Wzięliście gotowe od jakiejś, za przeproszeniem, wywłoki. Genów się nie wytnie siekierą, wychowa się, pokaże wam piekło na ziemi! Oddajcie ją, póki nie jest za późno!

Patrzyłam, jak u Bartka rozszerzają się źrenice. Powoli wstał.

Wyjdź powiedział cicho.

Pani Danuta zdziwiła się.

Co?

Wynoś się stąd! wrzasnął Bartek.

Drgnęłam. Nigdy nie słyszałam, by tak krzyczał.

Co ty, synku zaczęła się podnosić.

Nie jestem twoim synkiem! Bartek chwycił torbę i rzucił ją do przedpokoju. Nie chcę cię tu więcej widzieć! Oddać dziecko?!

Zamieniłaś człowieka w rzecz? To moja córka!

Zabrakło mu tchu.

Jesteś potworem, nie matką! Wracaj na swoją wieś i licz swoje czyste pokolenia. Nas zostaw w spokoju na zawsze!

Z pokoju dobiegł płacz Anusi. Rzuciłam się w stronę drzwi, ale zatrzymałam, widząc, jak twarz teściowej zmienia się z czerwonej na ziemistą szarość.

Pani Danuta otworzyła usta, łapała powietrze jak ryba. Ręka, którą trzymała się za serce, zacisnęła się na sukience.

Bartku wydyszała. Piecze Jak boli

Opadła bokiem na podłogę, przewracając krzesło. Huk jej upadku zmieszał się z płaczem dziecka.

Wezwałam pogotowie. Bartek klęczał przy matce, rozpinając jej kołnierz.

Mamo, oddychaj, proszę!

Pani Danuta chrypiała.

Lekarze przyjechali błyskawicznie. Ratownik krzyknął od drzwi:

Zawał. Rozległy. Nosze, szybko!

Kiedy drzwi się zamknęły za ratownikami, Bartek osunął się pod ścianą w korytarzu. Patrzył na zapomnioną przez matkę chustkę na szafce.

Czy to moja wina? spytał cicho.

Usiadłam obok niego, złapałam za lodowatą dłoń.

Nie, to ona. Przez własną złośliwość.

Ale to jednak matka, Maju.

Zaproponowała oddać nasze dziecko jak wadliwy towar! Bartku, obudź się! Broniłeś naszą rodzinę.

Godzinę później zaczął dzwonić jego telefon. Najpierw siostra Anka, potem brat Kuba. Nie odbierał.

Potem przyszedł SMS od ciotki:

Matka na OIOM-ie. Lekarze nie dają nadziei. Dobiłeś ją. Klątwa na ciebie, rodzina cię przeklina! Nie przyjeżdżaj!

No i już. Nie mam już rodziny.

Objęłam go, czując dreszcz w jego ciele.

Masz powiedziałam stanowczo. Masz mnie. Masz Anusię. Jesteśmy twoją rodziną. Prawdziwą! Taką, która nie zdradzi.

Podniosłam się, pociągnęłam go za rękę.

Chodź Ania trzeba nakarmić. Bardzo się przestraszyła.

Wieczorem siedzieliśmy cicho w kuchni. Anusia, już spokojna, bawiła się klockami pod nogami. Bartek patrzył na nią, jakby widział ją po raz pierwszy.

Wiesz powiedział nagle mama w jednym miała rację.

Spięłam się.

W czym?

Genów się nie rozmacha palcem. Tylko, iż geny to nie kolor oczu ani kształt nosa. To umiejętność kochania.

Matka miała pięcioro dzieci, a miłości w niej tyle, co w kamieniu. Może jestem adoptowany? Bo ja kochać potrafię Co, moja maleńka?

Podniósł Anusię na ręce i mała chwyciła go za nos, śmiejąc się głośno. Tata, powiedziała wyraźnie.

Pierwszy raz. Do tej pory tylko ba-ba, ma-ma.

Bartek zamarł. Łzy, które wstrzymywał cały dzień, polały się mu po policzkach, spadając na różowy pajacyk.

Tata powtórzył cicho. Tak, maleńka, jestem tatą. I nigdy cię nie oddam.

Matka doszła do siebie, ale Bartek już z nią się nie kontaktuje. Dla krewnych jest teraz wrogiem numer jeden.

Trochę wstyd mi to wyznać, ale ulżyło mi. Bez wiecznych pretensji, drwin, życie jest o wiele lżejsze. Po co nam tacy krewni? Bez nich też jest dobrze

Jak oceniacie słowa mojej teściowej? Napiszcie swoją opinię w komentarzach, polubcie jeżeli poruszyła Was ta historia.

Idź do oryginalnego materiału