Mam na imię Anna Kowalska i mieszkam w Łowiczu, gdzie Mazowsze skrywa swoje stare kamienice i ciche brzegi Wisły. Od najmłodszych lat marzyłam o macierzyństwie — to było moje jasne, niezachwiane pragnienie. W naszej rodzinie było czworo dzieci, mama poświęciła się nam, nie pracowała zawodowo, by wychowywać nas z miłością. Ten obraz — duża, hałaśliwa rodzina — wyrył się głęboko w moim sercu. Nie mogłam sobie wyobrazić innego życia: przytulny dom wypełniony dziecięcymi głosami, śmiechem, małymi krokami. Ale los postanowił inaczej, a moje marzenia rozbiły się o surową rzeczywistość, pozostawiając jedynie okruchy nadziei.
Trzy długie lata wraz z mężem, Piotrem, staraliśmy się o dziecko. Każdy miesiąc przynosił nową nadzieję, a każda porażka – nowe rozczarowanie. Nocami płakałam, wpatrując się w sufit, a Piotr milcząco mnie przytulał, skrywając swój ból. W końcu ginekolog ogłosił werdykt: “In vitro to wasza jedyna szansa”. Zdecydowaliśmy się, i pierwsza próba podarowała nam cud — naszą córkę, Zosię, która ma teraz 14 lat. Trzymałam ją w ramionach, maleńką, ciepłą, i myślałam: oto moje szczęście. Ale chciałam więcej — dać jej rodzeństwo, by mogła dorastać otoczona rodzinnymi duszami, tak jak ja w dzieciństwie.
Półtora roku później spróbowaliśmy znowu. Cztery próby — cztery ciosy od losu. Za każdym razem wierzyłam, iż teraz się uda. Za każdym razem pogrążałam się w otchłań rozpaczy, gdy nadzieje upadały. Po czwartym niepowodzeniu poddałam się. “Niech tak będzie — powiedziałam sobie, zaciskając pięści — mam jedną córkę”. Marzenie umykało jak piasek przez palce, a ból z tego powodu był nie do zniesienia — ostry jak nóż w sercu. Patrzyłam na Zosię i czułam winę: nie potrafiłam dać jej tego, o czym sama marzyłam.
Czasem myślę: gdybym nie trzymała się kurczowo tego ideału, nie byłoby tych bolesnych procedur, tych łez, tej pustki. Zadręczałam siebie, swoje ciało, swoją duszę, a Piotr błagał, bym przestała wcześniej. “Doprowadzisz się do granic — mówił, patrząc na moje podkrążone oczy. — Boję się o ciebie, o twoje zdrowie”. On widział, jak tonę w depresji, ale ja nie potrafiłam odpuścić marzenia. Teraz rozumiem: miał rację, a ja byłam ślepa w swoim uporze.
Nasza córka dorasta sama. To mój największy żal. Chciałam, żeby znała euforia z posiadania rodzeństwa — ich psoty, ich wsparcie, ich ciepło. Ale Zosia jest jedyna, i to jest moja boleść, mój niezamknięty gest. A jednak te trudności wzmocniły nas z Piotrem. Walka o dzieci, mimo niepowodzeń, uczyniła nas silniejszymi, jak stal kuta w ogniu. Nauczyliśmy się doceniać siebie nawzajem, trzymać się razem mimo burz. Dziś patrzymy w przyszłość, ciesząc się Zosią — jej uśmiechem, jej sukcesami. Nie mogę powiedzieć, iż całkowicie pogodziłam się z brakiem drugiego dziecka. Mam 42 lata i wiem: czas minął, szans praktycznie nie ma. Ale nauczyłam się z tym żyć, choć z cichą nostalgią w sercu.
Nasza trójka — ja, Piotr i Zosia — żyjemy w harmonii. Nasz dom jest pełny ciepła, choć nie aż tak wielogłosego, jak wyobrażałam sobie w dzieciństwie. Patrzę na córkę i widzę w niej to, co najlepsze od nas: jej upór, jej dobroć, jej blask. Dorasta bez rodzeństwa i to jest jedyna rzecz, której żałuję. Chciałam dać jej hałaśliwą rodzinę, gdzie nikt nie jest samotny, ale życie zadecydowało inaczej. Mimo to jesteśmy szczęśliwi — nie idealnie, nie tak, jak w moich marzeniach, ale prawdziwie. Trudności nas nie złamały, ale zjednoczyły nas w jedno, i jestem za to wdzięczna losowi.