Wojciech wygodnie rozsiadł się przy biurku z laptopem i kubkiem kawy. Trzeba było dokończyć parę spraw. Niespodziewanie zadzwonił telefon. Numer nieznany.
Halo, słucham.
Pan Wojciech Dymitrowicz? Dzwonię z oddziału położniczego. Czy zna pan Żaneta Nowakowska? zapytał starszy, sądząc po głosie, mężczyzna.
Nie. Nie kojarzę żadnej Żanety Nowakowskiej. O co chodzi? zdziwił się Wojciech.
Chodzi o to, iż Żaneta zmarła wczoraj przy porodzie. Skontaktowaliśmy się z jej matką. Powiedziała, iż jest pan ojcem dziecka głos w słuchawce zamilkł, czekając na odpowiedź.
Jakiego dziecka? Jakim ojcem? Nic nie rozumiem! Wojciech zaczął się denerwować.
Żaneta urodziła dziewczynkę. Wczoraj. A pan jest jej ojcem. jeżeli oczywiście jest pan Wojciechem Dymitrowiczem Nowakiem. Musi pan jutro przyjechać do szpitala. Trzeba coś postanowić mężczyzna mówił powoli i wyraźnie.
Co postanowić? Wojciech dalej nie rozumiał.
Przyjedzie pan jutro do szpitala na ul. Szpitalnej, zapyta pan o doktora Mikołaja Pietrzykowskiego. To ja. Wszystko wyjaśnimy na miejscu.
Wojciech stał z telefonem w ręku, wsłuchując się w sygnał po rozłączeniu. Odstawił go i próbował zrozumieć, co właśnie usłyszał.
Żaneta Jaka Żaneta? mruczał, krążąc po pokoju. Nie mam pojęcia Trzeba inaczej do tego podejść. Ile trwa ciąża? No, właśnie. Dziewięć miesięcy. Co było dziewięć miesięcy temu? Teraz maj Czyli wrzesień Co się działo we wrześniu?
Spojrzał na kubek z kawą w ręku, skrzywił się i odstawił go na biurko. Teraz przydałoby się coś mocniejszego, ale
We wrześniu byłem w Sopocie nagłe olśnienie i obraz wszystko mu przypomniał. Dwa tygodnie. To to! Żaneta!
Twarz Żanety przypominał sobie teraz tylko mgliście. Chyba była blondynką o niebieskich oczach Ile już takich Żanet bywało w jego życiu? Wszystkie miałby pamiętać? Nigdy nie był żonaty, choć już stuknęła mu czterdziestka, i nie planował się żenić. Dzieci? Nigdy w życiu! Miał swoje wygodne życie, którego nie zamierzał zmieniać przez jakąś Żanetę…
Przecież ona nie żyje… myśl zapukała w jego skronie.
Jak mogła umrzeć? powiedział na głos, patrząc w sufit, jakby tam był odpowiedź. Ile mogła mieć lat? Może dwadzieścia…
Chciało mu się zapalić, ale przypomniał sobie, iż rzucił. W środku narastało dziwne uczucie litość, zagubienie, żal?
Dziecko… powtórzył cicho do siebie, jakby prowadził rozmowę z kimś niewidzialnym. Niech matka Żanety zabierze dziecko do siebie. W końcu to babcia. W dodatku kto wie, czy to w ogóle moje dziecko…
Wojciech już podjął decyzję. Jutro pojedzie, spotka się z lekarzem, podpisze zrzeczenie się praw do dziecka i wszystko wróci do normy.
Mimo podjętej decyzji długo nie mógł zasnąć. Myśli nie dawały spokoju, a w piersi czuł jakieś dziwne ściskanie…
To zimne, martwe ciało nie mogło być Żanetą! Wojciech przełknął rosnącą w gardle gulę, ale nie dał rady. Uczucie rozlewało się po całym ciele, aż szczypało w oczy. Przypomniał ją sobie Jej śmiech. Podbiegi nad morzem. Miłosne spojrzenie. Ta zwariowana dziewczyna, o której zapomniał od razu po powrocie do Warszawy To ona teraz leży w prosektorium To jej ciało właśnie widzi…
Wybiegł na korytarz. Dał znak doktorowi Pietrzykowskiemu, iż chce minutę dla siebie…
Zgarnął papierosa od pierwszej napotkanej osoby i zachłannie zaciągnął się na schodach szpitala. gwałtownie go zgasił i szerokim krokiem skierował się do gabinetu ordynatora.
Nie chce pan zobaczyć córki? spytał doktor Mikołaj.
Najpierw chciałbym porozmawiać z matką Żanety. Gdzie ona jest? Wojciech spojrzał pytająco na lekarza.
Czeka na korytarzu. Minął ją pan przed chwilą.
Zaraz wrócę, rzucił Wojciech, wychodząc z gabinetu.
Od razu zauważył chudą kobietę w czarnej chustce. Siedziała kilka metrów dalej, na krześle.
Dzień dobry! z trudem wymówił Wojciech.
Mama Żanety podniosła na niego wzrok. Wojciech niemal utonął w tym morzu bólu…
Ależ ona podobna do Żanety uderzyło go nagle, identyczna twarz.
Nazywam się Weronika. Weronika Dymitrowna, cicho powiedziała, jestem mamą Żanety.
Wojciech. Też Dymitrowicz, dodał niepotrzebnie.
Wiem. Żaneta mi o panu opowiadała. Teraz już nic mi nie opowie, Weronika rozpłakała się.
Wojciech stracił pewność siebie. Stał po prostu obok, kompletnie nie wiedząc, co dalej zrobić, co powiedzieć.
Weronika starła łzy i powiedziała:
Proszę, nie zrzekaj się córki! Błagam! Nie pozwól, by moja wnuczka wychowywała się w domu dziecka! Proszę zrozumieć
Dlaczego w domu dziecka? Przecież to pani wnuczka. Oddadzą ją pani próbował przekonać Weronikę, a sam myślał: Jaka ona babcia Wygląda na moją rówieśnicę
Nie oddadzą… Mam grupę inwalidzką, wada serca… Proszę tylko ją uznać! A ja już sama ją wychowam, nie będziemy panu zawracać głowy, proszę… Weronika wyciągnęła do niego błagalnie ręce.
Chodźmy! rzucił i poprowadził ją do gabinetu ordynatora.
Mikołaj Pietrzykowski oderwał się od papierów.
Co trzeba zrobić, żeby uznać dziecko za swoje? Wojciech zestresowany zapytał.
Badanie DNA, odpowiedział doktor Mikołaj, patrząc mu prosto w oczy. A imię już wybraliście?
Jakie imię? Wojciech znów się pogubił.
Jak nazwiesz córkę? uśmiechnął się lekarz.
Chcesz zobaczyć dziewczynkę? zapytał.
Wojciech westchnął, spojrzał na Weronikę i powiedział cicho:
Nie. Nie chcę.
Formalności poszły zaskakująco sprawnie. Badanie potwierdziło to rzeczywiście jego dziecko. Wojciech nie miał pojęcia, co począć i jak żyć dalej. Nie był gotowy na to, iż pojawi się w jego życiu dziecko. Ale zostawić ją całkiem Weronice, wyrzucić ze swojej codzienności po prostu nie potrafił. przez cały czas nie mógł choćby wymówić słowa CÓRKA. Po prostu dziecko.
Pomogę im, jak będę mógł. Przeleję na konto pieniądze, kupię wózek dziecięcy, co trzeba, postanowił, zanim wypisali dziecko ze szpitala.
Gdy zobaczył pielęgniarkę niosącą zawiniątko w jaskrawo różowym kocyku, z koronkami i wstążkami, aż mu zaschło w gardle.
Weronika wzięła malutką w ramiona, odsłoniła róg kocyka i zapytała:
Chcesz zobaczyć córeczkę?
Nie zdążył odpowiedzieć. Nagle drzwi gabinetu lekarskiego szeroko się otworzyły i doktor Mikołaj poprosił Weronikę do środka.
Weronika ostrożnie podała zawiniątko Wojciechowi i weszła do gabinetu.
Wojciech zastygł. Nie mógł się odezwać, choćby poruszyć. Mały zawinięty kłębuszek był cieplutki i słodko pachniał. Nagle zaczął się rozciągać, kwilić jak kociak, aż rozległ się rozpaczliwy płacz. Przestraszony Wojciech spojrzał na dziecko i zobaczył swoje własne odbicie. Jego córka była jego kopią! Patrzył na dziewczynkę i widział siebie
Z wrażenia przysiadł na krześle i ostrożnie ukołysał malutką. Uspokoiła się, popatrzyła mu prosto w oczy i jakby się uśmiechnęła.
Młoda babcia wróciła do gabinetu po chwili.
Daj, wezmę ją Weronika wyciągnęła dłonie.
Nie, ja sam! wyrwało mu się. Ona się właśnie do mnie uśmiechnęła! I po raz pierwszy od dawna uśmiechnął się z serca. Jedziemy do domu, Weroniko, powiedział cicho. I dodał stanowczo: Jedziemy razem do domu!











.jpg)