Był tort z napisem „Sto lat, dziadku!”, balony przyklejone taśmą do ściany i wnuki, które śmiały się, nie rozumiejąc, iż patrzą na człowieka, który właśnie podjął decyzję.
Nie powiedziałem nikomu.
Patrzyłem na nich wszystkich – żonę krzątającą się przy stole, córkę poprawiającą obrus, syna sprawdzającego coś w telefonie. I nagle zrozumiałem coś z brutalną jasnością: drugie życie nie nadejdzie.
Przez lata powtarzałem sobie, iż „jeszcze zdążę”.
Jeszcze pojadę nad morze sam, bez planu. Jeszcze zapiszę się na kurs malarstwa. Jeszcze powiem żonie, iż od dawna czuję się bardziej współlokatorem niż partnerem. Jeszcze coś zmienię.
Tylko iż to „jeszcze” trwało pięćdziesiąt lat.
Pracowałem całe życie. Najpierw dla rodziców, potem dla dzieci, potem dla wnuków. Spłacałem kredyty, pomagałem w remontach, pilnowałem małych, gdy dorośli „nie mieli czasu”. Byłem potrzebny. Niezawodny. Zawsze dostępny.
Aż przestałem być kimkolwiek dla siebie.
Kiedyś, dawno temu, marzyłem o innym życiu. O podróżach, o ciszy, o porankach bez pośpiechu. O kobiecie, z którą będę rozmawiał do świtu, a nie tylko wymieniał informacje o rachunkach.
Nie zdradziłem żony. Nie uciekłem z nikim. Zostałem.
Ale z każdym rokiem czułem się coraz bardziej jak mebel w salonie – obecny, solidny, trochę zużyty.
W dniu urodzin wnuczka zapytała:
– Dziadku, a czego ty sobie życzysz?
Wszyscy się roześmiali.
A ja po raz pierwszy od dawna odpowiedziałem w myślach uczciwie: wolności.
Tydzień później spakowałem jedną walizkę. Taką samą, jaką kiedyś zabierałem na delegacje. Włożyłem do niej kilka ubrań, zeszyt, w którym od lat zapisywałem krótkie myśli, i stare zdjęcie sprzed ślubu. Z czasu, gdy jeszcze wierzyłem, iż życie będzie inne.
Żona patrzyła na mnie w milczeniu.
– Dokąd idziesz? – zapytała w końcu.
– Nie wiem – odpowiedziałem zgodnie z prawdą.
To była najtrudniejsza rozmowa mojego życia. Nie było krzyków. Było zmęczenie. Jej i moje.
– Po tylu latach? – wyszeptała. – Teraz?
– Właśnie teraz – powiedziałem. – Bo już nie będzie drugiego życia. Nie będzie lepszego momentu. jeżeli nie zrobię tego teraz, umrę z poczuciem, iż w ogóle nie żyłem.
Dzieci były wściekłe.
– Zwariowałeś? – krzyczał syn. – W tym wieku zaczynać od nowa?
Może miał rację. Może to było szaleństwo. Ale większym szaleństwem było udawanie, iż wszystko jest w porządku.
Nie odchodziłem do kogoś. Odchodziłem do siebie.
Pierwszą noc spędziłem w małym pensjonacie nad jeziorem. Siedziałem na łóżku i słuchałem ciszy. Bałem się. Samotność miała ciężar, którego wcześniej nie znałem.
Ale razem z lękiem pojawiło się coś jeszcze – oddech. Głęboki, prawdziwy.
Nie wiem, ile lat mi zostało. Może dziesięć. Może pięć. Może jeden.
Wiem tylko, iż nie chcę ich przeżyć jak cień w cudzym domu.
Odszedłem nie dlatego, iż przestałem kochać rodzinę.
Odszedłem, bo zrozumiałem, iż jeżeli nie uratuję resztek własnego życia teraz, umrę dużo wcześniej niż przewiduje metryka.
A ja – mając siedemdziesiąt pięć lat – po raz pierwszy naprawdę przestraszyłem się śmierci.
Nie tej biologicznej.
Tej, która przychodzi, gdy przestajesz być sobą.










.jpg)


