Z życia wzięte. "Wyrzuciłam dzieci i wnuki z niedzielnego obiadu": Dosyć poświęcenia, pora zacząć żyć dla siebie

zycie.news 2 godzin temu

Zapach pieczonego kurczaka mieszał się z wrzaskami wnuków biegających po salonie i głośnymi żądaniami moich dorosłych dzieci. Syn rzucił na kanapę torbę z brudnym praniem, a córka od progu narzekała, iż kawa jest za słaba, po czym wepchnęła mi w ramiona płaczące niemowlę.

– Mamo, pilnuj małej, muszę skoczyć na zakupy i do kosmetyczki. Wrócę wieczorem! – rzuciła, choćby na mnie nie patrząc.

Stałam tam, w środku własnego salonu, czując, jak coś we mnie pęka. Patrzyłam na swoje ręce – suche, zniszczone od detergentów i ciągłego gotowania dla innych. Przez czterdzieści lat byłam darmowym serwisem sprzątającym, nianią na zawołanie i bankomatem, który nigdy nie odmawia. Wszystko dla nich. Wszystko, byle oni mieli lżej.

W pewnym momencie hałas stał się nie do zniesienia. Wnuk wylał sok na mój biały obrus, a syn krzyknął z kuchni: „Mamo, gdzie są te małe widelczyki?!”.

Nagle odstawiłam dziecko do leżaczka. Podeszłam do radia i je wyłączyłam. W pokoju zapadła nienaturalna, duszna cisza.

– Wyjdźcie – powiedziałam spokojnie, choć serce biło mi jak oszalałe.

– Co mówisz, mamo? – syn spojrzał na mnie z drwiną. – Głodni jesteśmy, kiedy ten obiad?

– Powiedziałam: wyjdźcie. Wszyscy. Teraz. Zabierzcie swoje pranie, swoje dzieci i swoje roszczenia. Ten dom nie jest już punktem usługowym. Od dzisiaj zamykam interes pod tytułem „Matka Polka”.

Patrzyli na mnie, jakbym postradała zmysły. Córka zaczęła krzyczeć o bezduszności, syn o tym, iż przecież „zawsze tak było”. Słyszałam słowa o niewdzięczności i o tym, iż „na starość zostanę sama”.

– Już jestem sama! – krzyknęłam, a łzy w końcu spłynęły mi po policzkach. – Jestem sama z waszymi brudnymi naczyniami, z waszymi problemami, o których muszę słuchać godzinami, i z moją samotnością, której nikt z was nie zauważył przez ostatnie dziesięć lat! Kupiliście mi na urodziny nowy mikser, żebym mogła wam robić lepsze ciasta. Ani razu nie zapytaliście, o czym marzę.

Kiedy w końcu wyszli, trzaskając drzwiami i rzucając wyzwiska, usiadłam na kanapie. Po raz pierwszy od dawna w domu było cicho. Prawdziwie cicho.

Następnego dnia nie wstałam o szóstej, by smażyć naleśniki dla wnuków, które córka miała mi podrzucić „na chwilę”. Wyłączyłam telefon. Spakowałam małą walizkę – tylko to, czego ja potrzebowałam.

Znalazłam w szufladzie zapomniany paszport i bilet do miejsca, o którym marzyłam od dwudziestu lat. Moje dzieci dzwoniły setki razy, nagrywając się z pretensjami, iż „dzieci płaczą za babcią” (czytaj: nie mają niani). Nie oddzwoniłam.

Siedzę teraz na tarasie małego pensjonatu, patrząc na morze. Piję kawę, która wciąż jest gorąca, bo nikt mi nie przerwał w połowie łyka. Czuję lęk, ale jeszcze bardziej czuję wolność. Poświęcenie dla dzieci jest piękne, ale poświęcenie siebie dla ich wygody to zbrodnia na własnej duszy. Pora, bym w końcu poznała kobietę, która przez te wszystkie lata chowała się za fartuchem babci. Ta kobieta ma na imię Anna. I właśnie zaczęła żyć.

Idź do oryginalnego materiału