Żadna z babć nie mogła odebrać dziecka z przedszkola, więc musiałam płacić fortunę za opiekę. Gotowałam wściekle, bo dziś po raz kolejny pokłóciłam się z matką i nie chciałam choćby dzwonić do teściowej. Mieliśmy szczęście po dwa staruszki, po jednej ze mnie i po jednej z mojego męża ale szczęście to słowo mocne; nie były to babcie, a sąsiedzi mieszkający sto metrów od przedszkola w Warszawie, którzy stanowczo odmawiali podjęcia się tego zadania. Zrobiłabym to sama, ale mój dzień pracy kończy się dopiero o osiemnastej, a więc nie zdążę na czas. Mąż pracuje w zakładzie przy produkcji zmianowej, więc i on nie może zawsze przyjść. Dlatego musimy zatrudnić opiekunkę, co dodatkowo nadwyręża domowy budżet, mimo iż mamy babcie.
Moja matka, Anna Nowak, kończy pracę o szesnastej i codziennie, wracając do domu, mija przedszkole. Jej prywatne życie stało się teraz najważniejsze; po rozwodzie z ojczymem chce żyć po swojemu, relaksować się po pracy i nakładać maseczki, by wyglądać młodziej. Weekendy spędza na wyjściach do kina, na wystawach, spotkaniach z przyjaciółmi. Syn przychodzi tylko od czasu do czasu, najczęściej w soboty, bo twierdzi, iż wnuk zakłóca jej medytację, biegając po mieszkaniu. Anna lubi dawać mi rady dotyczące wychowania, ale jednocześnie kategorycznie odmawia włączenia się w opiekę.
Z drugiej strony teściowa, Zofia Kowalska, to zupełnie inna historia. Nigdy nie pracowała poza domem, była pełnoetatową gospodynią. Ma czworo dzieci, a różnica wieku między nimi nie przekracza trzech lat; najstarszy z nich, mój mąż, jest jej jedynym najstarszym synem. Wydawało się, iż idealnie nadaje się do pomocy, ale odmawia, twierdząc, iż sama zajmuje się własnymi dziećmi i ma mnóstwo obowiązków domowych gotowanie, sprzątanie, pranie, wyżywienie rodziny i sprzątanie po wszystkich. Młodsi synowie, osiemnastoletni i dwudziestojednoletni, są już samodzielni i nie potrzebują wsparcia.
Pewnego razu Zofia zabrała mojego syna i wybuchła złością. Rzekła, iż nie ma czasu, gdy przychodzi o dziecko, bo jej mężowie wracają zmęczeni i najedzeni z pracy. Potem dodała, iż to ja powinnam sama zajmować się dzieckiem, bo nie była ona o to poproszona. W efekcie poinformowała nas, iż nie możemy liczyć na jej pomoc.
Koszty opieki nad naszym synkiem, Piotrem, mocno obciążają domowy budżet. Każdego roku babcie przychodzą na święta, obejmują go ramionami, mówią, jak go kochają, i dyskutują, kto kupił które prezenty. Nie potrzebujemy tych podarków, potrzebujemy prawdziwej pomocy.
W końcu musiałam zadzwonić do matki i błagać ją, by odebrała Piotra z przedszkola, bo nie mieliśmy grosza na opiekunkę. Nie możemy liczyć na rodziców ani finansowo, ani pomocą w codziennych sprawach. Teściowa również odmawia wsparcia, twierdząc, iż jej mężowie jedzą na mieście, a pieniądze idą na jedzenie.
Nie wyobrażam sobie, jak wydostać się z tej sytuacji. Cała nasza wypłata znika na jedzenie, ubrania i artykuły domowe, a dodatkowo musimy płacić opiekunkę. Jak więc przekonać nasze babcie, by wreszcie nam pomogły?














